Nowy numer 38/2018 Archiwum

To cud, że przeżyliśmy

Ze swojego dzieciństwa pamięta zimno, głód i strach. Na dalekiej Syberii straciła dwóch braci, a w pamięci pozostały straszne obrazy, które trudno zapomnieć.

Ja już mało co pamiętam, ale mój brat może odtworzyć każdy szczegół z tej strasznej wędrówki – zastrzegła pani Maria Kędziora na początku spotkania. O jej wojennych losach pierwszy dowiedział się ks. Krzysztof Rusiecki, proboszcz sandomierskiej parafii św. Pawła. – Gdy przyszedł po kolędzie, od razu zauważył obraz Matki Bożej Sybiraczki i zapytał, dlaczego wisi u mnie na ścianie – wyjaśnia pani Maria. Wtedy zaczęła się opowieść.

Nie po tej stronie rzeki

Ojcowizna pani Marii była w Dańcach na Lubelszczyźnie. Przed wojną było tam biednie. Jej ojciec Stefan znalazł pracę po drugiej stronie rzeki Bug jako gajowy. – Mieliśmy piękną gajówkę, tuż przy samym lesie. Ja więcej czasu spędzałam u babci w Dańcach. Tak było i podczas wakacji w 1939 roku. Niestety, przed samym wybuchem wojny ojciec zabrał mnie za Bug – opowiada pani Maria. W kolejne wojenne miesiące robiło się coraz niespokojniej. – Tamtą noc z 10 na 11 grudnia 1940 r. pamiętam jakby to było wczoraj. Wszyscyśmy już spali, gdy ktoś zaczął walić do okien i wołać: Otwierać. Ojciec wstał szybko i otworzył drzwi. Weszło czterech enkawudzistów i zażądali wydania broni, którą ojciec jako gajowy posiadał. Nie uwierzyli, że ma tylko jedną dubeltówkę i zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Zrywali nawet podłogi. Potem powiedzieli, że mamy się spakować, bo nas wywożą w bezpieczniejsze miejsce. Mama zdążyła nas ubrać, zabrać kożuchy, pierzynę i bochen chleba. Saniami zawieźli nas na stację kolejową w Brześciu – wspomina. Tam zwożono Polaków z całej okolicy. Rankiem załadowano ich do bydlęcych wagonów, zaryglowano drzwi i transport ruszył w drogę. – W wagonie był niesamowity tłok. Leżeliśmy jak śledzie na słomie. Co jakiś czas pociąg stawał i tylko jedna osoba mogła się wychylić z wiadrem, do którego nalewali tzw. kipiatok, czyli coś, co przypominało zupę. Dopiero po kilku dniach mogliśmy wyjść na chwilę. Pamiętam jak jeden z Żydów, który jechał z nami, zaczął wytrzepywać swoją kapotę i na torach pozostawały wielkie pchły. Zaraz potem musieliśmy wsiadać na powrót do wagonów. Czasem zamiast kipiatoku dawali nam zupę z ryby. Wiele osób zmarło z zimna, głodu czy chorób. Byli wyrzucani, gdy pociąg się zatrzymywał. Ta straszna podróż trwała chyba ponad miesiąc – wspomina pani Maria.

Dzieciństwo pełne ran

Koniec gehenny podróży wcale nie oznaczał poprawy sytuacji zesłańców. – Wysiedliśmy na jakiejś stacji wśród lasów. Pamiętam przenikliwe zimno i to, że od razu musieliśmy ruszać w drogę. Zapędzono nas w miejsce, gdzie było wiele drewnianych baraków. Nie były one ogrodzone, jak się później okazało – wcale nie musiały, bo nie było gdzie uciekać, wszędzie lasy. Moja rodzina trafiła do baraku nr 10. Barak był podzielony na dwie części, w każdej z nich mieszkało 12 rodzin. Każdą z części baraku ogrzewał jeden piec, taka żelazna koza, gdzie wszystkie rodziny mogły grzać wodę i gotować jakieś jedzenie – wspomina ze wzruszeniem pani Maria. Wszyscy dorośli od razu zostali przydzieleni do wyrębu drzewa w tajdze. Tylko wyrobienie wyznaczonej normy mogło zapewnić, że rodzina dostała głodową porcję chleba. Jak wspomina sybiraczka, śmiertelność była olbrzymia. Osoby starsze i dzieci nie wytrzymywały zimna, głodu i ciągłego prześladowania ze strony enkawudzistów. – Ja miałam wtedy 12 lat, najmłodszy brat był o trzy lata młodszy, więc my nie chodziliśmy do pracy, ale starsi bracia i rodzice codziennie ruszali do wyrębu drzewa, to zapewniało nam przeżycie. Pewnego dnia, gdy rodzice i starsi bracia byli w lesie, z jednego z pomieszczeń naszego baraku zaczął wydobywać się zapach gotowanych klusek. W tej kwaterze mieszkał sędzia, który pracował w kancelarii u strażników. Od nich dostawał mąkę i masło. Gdy nie było starszych, jego rodzina w baraku gotowała kluski. One tak pachniały! Z młodszym bratem podeszliśmy do drzwi i pochłanialiśmy ten wspaniały zapach, myśląc, że jemy te kluski. Ten obraz został mi do dziś – opowiada pani Maria. Straszliwe warunki i głód były powodem wielu chorób, największe żniwo zbierały tyfus i dur brzuszny. – Latem gotowaliśmy zupę na ziołach czy lebiodzie, czasem na ukradzionym ziemniaku lub cebuli. Zimą zupełnie nie było co jeść. W tym trudnym czasie wspierał nas ksiądz, a może był to zakonnik, bo chodził w brązowym habicie przepasanym białym sznurem. Jak strażnicy zakazali mu chodzić w tym stroju, to on zakładał go dopiero wtedy, jak wchodził do nas do baraku. Dzięki ziołom, które dał mamie, średni brat wyzdrowiał z ciężkiej choroby. Przyszedł też do nas w Wigilię i przyniósł biały chleb, którym dzieliliśmy się jako opłatkiem. Mieliśmy śpiewać kolędy, ale wtedy każdy zaczął płakać. Ksiądz był dla nas wielkim wsparciem, ale po jakimś czasie enkawudziści go zabili – wspomina ze smutkiem pani Maria. Jak opowiada, w tamtych warunkach próbowano zorganizować dla dzieci, które nie pracowały, coś na wzór szkoły. – Uczyła nas nauczycielka Zinka. Tak naprawdę nie było tam nauki, oni chcieli nas urobić na swoją stronę. Do tej szkoły nie chodziliśmy długo. Wyrzucono nas za śpiewanie nieodpowiedniej piosenki – z lekkim uśmiechem dodaje pani Maria. Najbardziej traumatyczne wspomnienie związane jest ze śmiercią dwu braci i przemocą fizyczną ze strony enkawudzistów wobec młodych dziewcząt. – Wyznaczono mnie i dwie dziewczyny do sprzątania mieszkań i biur strażników i enkawudzistów. Ja, jako młodsza, miałam ścierać kurze, one miały myć podłogi. W pewnym momencie do pomieszczenia weszło trzech żołnierzy z bronią. Najpierw wzięli Jankę do gwałtu. Władzia krzyczała przeraźliwie. Do dziś słyszę jej płacz. Ja zemdlałam ze strachu i to mnie uratowało. Jasia nie przeżyła, tak byli brutalni – z płaczem opowiada pani Maria. Okazja do opuszczenia gułagu nadarzyła się, gdy przyszła odwilż po umowie Stalina i gen. Sikorskiego. – Wtedy mogliśmy opuszczać obóz. Ojciec po wypadku przy załadunku drzewa był skierowany do pilnowania plantacji ziemniaków. Podkradaliśmy je i sprzedawaliśmy do pobliskiego kołchozu. Ojciec kupił cztery bilety, bo drugi brat też już umarł i wyjechaliśmy z tego piekła – dodaje.

Z afrykańskim świadectwem

Jak zapamiętała, pociągiem dojechali do Bezłuków. Tam kilka dni koczowali na stacji kolejowej, nie wiedząc, co z sobą począć. Spotkali mężczyznę, który zapisał się do tworzącej się armii Andersa i mógł wziąć ze sobą rodzinę. – Pamiętam, nazywał się Zbyszek Zagórski. Gdy nas zobaczył, powiedział, że musi nam pomóc. Razem z nim wyjechaliśmy do Uzbekistanu, tam mieszkaliśmy przez jakiś czas w ziemiance, jedząc zupę gotowaną tylko na kości. Potem z transportem trafiliśmy do Kirgistanu – wspomina. Kolejnym przystankiem był Iran, gdzie przejęła ich pod opiekę UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration – Administracja Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy). Tam w wojskowym obozie objęto uratowanych z gułagów Polaków troskliwą opieką. – Zamieszkaliśmy w namiotach, wymyto nas, dano nowe ubrania, odwszono i zaczęto powoli odżywiać. Wiele osób z nierozwagi i przejedzenia zmarło. Wszyscy, którzy wyszliśmy z Rosji, wyglądaliśmy jak cienie ludzi. Stamtąd przewieziono nas do Karaczi, skąd statkiem popłynęliśmy do Afryki. Podzielono nas na sześć obozów. Moja rodzina trafiła do Ugandy do miejscowości Masindi – dodaje. To właśnie tam rozpoczęli nareszcie normalne życie. Jak wspomina, mimo że dokuczało im gorąco, to zadbano, aby żyli jak w normalnej rodzinie. Dorośli rozpoczęli pracę, dzieci skierowano do szkoły, o ich zdrowie dbały higienistki. – Do dziś mam świadectwa ze szkoły, do której uczęszczałam w Masindi. Ukończyłam tam, oczywiście w przyśpieszonym trybie, trzy lata szkoły podstawowej, dwa lata gimnazjum, a nawet zrobiłam kursy krawiectwa i szycia – wspomina pani Maria.

Tata wybrał Polskę

Kończyła się wojna. Pewnego dnia do polskiego obozu przyjechał konsul, aby omówić, gdzie mieszkający tam Polacy mogą wracać. – Można było swobodnie wybrać kraj: Włochy, Anglia, Stany Zjednoczone. Tata nawiązał jakimś cudem kontakt z rodziną w Polsce. Napisano mu, że jest bezpiecznie i może wracać. Byliśmy w nielicznej 90-osobowej grupie, z 11 tys. Polaków, którzy wybrali powrót do ojczyzny – wspomina. Z portu w Mombasie ekskluzywnym statkiem Winchester Castle przypłynęli do Włoch. – Była to wspaniała podróż. Takiego przepychu, jaki był na tym statku, już nigdy nie widziałam. Przypłynęliśmy chyba do Wenecji, potem pociągiem wyruszyliśmy do Czech, a stamtąd do Polskiej granicy. UNRRA wyposażyła nas wspaniale, do dziś mam otrzymane wtedy prześcieradła. To pozwoliło nam zagospodarować się w zrujnowanej Polsce. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy byliśmy przerażeni zniszczeniami. Po kilku dniach koczowania w ruinach pojechaliśmy pociągiem do Białej Podlaskiej, a stamtąd brat ojca zabrał nas do rodzinnych Daniec. Tak zakończyła się nasza wędrówka. Był to straszny czas, który zabrał mi dzieciństwo i dwóch braci. To, że przeżyliśmy, to prawdziwy cud. Te obrazy towarzyszą mi cały czas. Nie mogę ich zapomnieć – podkreśla pani Maria.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma