• facebook
  • rss
  • Sonety, buława i... goła głowa

    dodane 27.10.2016 00:00

    O tajemniczej i przedwczesnej śmierci pianisty arystokraty i zgubnym nałogu bibliotekarza mówi dr Adam Wójcik, autor nowo wydanej książki „Tajemnice Zamku Tarnowskich”.

    Marta Woynarowska: Która to już książka w Pańskim dorobku?

    Dr Adam Wójcik: Zrobiłem niedawno swoisty remanent i okazało się, że ta jest już 88. Naturalnie, książki te mają bardzo różną objętość, są na różne tematy, a uzbierało się ich aż tyle, bo publikuję od ponad 30 lat.

    Jaka myśl przyświecała Panu podczas pisania książki?

    Zamek Tarnowskich jest najlepiej znanym mi obiektem. Poświęciłem mu sporo książek, ale prezentowały one głównie wiedzę oficjalną, znaną wielu osobom, traktującą o jego powstaniu, przemianach architektonicznych, zbiorach, itp. Nie napisałem natomiast nic o rzeczach pobocznych, smaczkach, ciekawostkach, które ludzi interesują najbardziej. Mówiąc nieco nieskromnie, jestem człowiekiem chyba najlepiej znającym zamek, dlatego uznałem, że warto, by powstała książka odsłaniająca różne tajemnice – tak samej budowli, jak i ludzi mieszkających i goszczących w jej murach. Bardzo zależy mi, by to nasze znakomite muzeum z bezcennymi zbiorami stało się popularne. Stąd pomysł, aby poprzez anegdoty, czasami dość zabawne, dotrzeć do jak najliczniejszego grona czytelników.

    W jaki sposób odkrywał Pan tajemnice Zamku Tarnowskich?

    W ciągu wielu lat pracy dowiadywałem się coraz więcej o tym miejscu. Gromadząc różne informacje, zupełnie jakby ze sobą niepowiązane, zawsze ma się świadomość, że po złożeniu ich wszystkich otrzymuje się mozaikę wiadomości prezentujących historię obiektu i jego mieszkańców. Wiedza ta obejmuje zatem poszczególne biografie Tarnowskich (bardzo mocno różniących się, nie stanowili bowiem monolitu, jak by niektórym się mogło wydawać), dzieje samego obiektu, jak i przedmiotów, które w nim się znajdowały, a które miały swoje, często niespotykane losy. A źródła to przede wszystkim archiwalia, pamiętniki, wspomnienia, listy, publikacje oraz badania architektoniczne. Wykorzystałem swój warsztat historyka sztuki oraz konserwatora, by dotrzeć do wielu nieznanych faktów.

    Która z historii była dla Pana zaskoczeniem, odkryciem?

    Nie jest to łatwe pytanie. Ale chyba są to historie dwóch wspaniałych postaci: Władysława Tarnowskiego i Michała Marczaka. Ten pierwszy, zupełnie zapomniany, drugi niby znany, a jednak, jak się okazało, skrywający swoje tajemnice. Otóż dzikowski bibliotekarz miał pewną słabość, która bardzo mu uprzykrzała życie – był nią nałóg tytoniowy. Już na początku kariery w Dzikowie wiele go kosztował, przez niedopałek stracił bowiem nowiutki, nietani kapelusz panama i przyjechał do Tarnobrzega z gołą głową, co wówczas uchodziło za wielki nietakt, ba! wręcz skandal. Dowiedziałem się też, że był zamiłowanym kolekcjonerem. Posiadał zbiór odbić pieczęci chyba wszystkich gmin małopolskich. To była naprawdę bezcenna kolekcja, niestety, w znacznej mierze została zniszczona podczas powstania warszawskiego. Ale z pewnością wielkim odkryciem dla mnie była postać Władysława Tarnowskiego, wspaniałego pianisty, kompozytora, poety i doskonałego zarządcy swego majątku. Przekazy rodzinne mówią, że w dzieciństwie spotkał się z Fryderykiem Chopinem. Ile w tym prawdy, trudno powiedzieć. Z pewnością natomiast poznał ówczesnego wielkiego wirtuoza fortepianu Franciszka Lista, który w uznaniu dla jego kunsztownej gry, zaprosił go do zagrania wspólnego koncertu. Ponoć muzyczne uzdolnienia małego Władysława zauważył organista, który nauczył go czytać nuty. Tarnowski nie pobierał właściwie nauki gry, był genialnym samoukiem. Koncertował na całym świecie. Był autorem pięciu oper, do których sam napisał libretto i skomponował muzykę. Pisał również piosenki, a ponieważ było to pewną ujmą na honorze rodzinnym, przyjął pseudonim Ernest Buława. Jego matka bowiem nosiła imię Ernestyna, zaś buława była odwołaniem do hetmańskich tradycji rodzinnych. I pod tym pseudonimem skomponował wiele piosenek, w tym znaną i śpiewaną do dzisiaj „Jak to na wojence ładnie”. Znakomicie władał piórem. Jego sonety tatrzańskie naprawdę w niczym nie ustępują mickiewiczowskim „Sonetom krymskim”, którymi się zachwycamy. Wiersze te świadczą o jeszcze jednym fakcie – otóż Tarnowski odkrył Tatry, zanim zrobił to Tytus Chałubiński. Zmarł zaś w stylu dzisiejszych celebrytów – na statku po przedawkowaniu morfiny, choć oficjalna wersja głosi, że był to atak serca. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół