Nowy numer 39/2022 Archiwum

Przygoda z Walerią

– Bardzo chciałam zdążyć z pierwszym tomem „Mojego dziennika” na grudzień, kiedy przypadają urodziny jego autorki, i wszystko wskazuje, że się udało – mówi Monika Chwałek-Oczkowska.

Bieżący rok w Tarnobrzegu został z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Tarnobrzega ogłoszony Rokiem Walerii i Jana Feliksa Tarnowskich.

Przypadają bowiem okrągłe rocznice – 180. śmierci Jana Feliksa (zm. 3 maja 1842 r.) i 240. urodzin Walerii (ur. 9 grudnia 1782 r.). Ponadto w ubiegłym roku Muzeum Historyczne Miasta Tarnobrzega zakupiło utworzoną przez nich słynną Kolekcję Dzikowską. Zatem rok 2022 był doskonałą okazją do upamiętnienia i złożenia hołdu tym dwojgu niezwykłym ludziom. A jak niezwykli byli, wie Monika Chwałek-Oczkowska, z urodzenia tarnobrzeżanka, obecnie mieszkanka Krakowa, romanistka, tłumaczka języka francuskiego, muzeolog, miłośniczka historii, pasjonatka Walerii ze Stroynowskich Tarnowskiej. W lutym 2020 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. dr. Michała Marczaka w Tarnobrzegu odbyła się oficjalna premiera „Moich podróży” Walerii ze Stroynowskich Tarnowskiej w tłumaczeniu Moniki Chwałek-Oczkowskiej, czyli dziennika spisanego podczas jej wspólnej z mężem Janem Feliksem wyprawy do Włoch. – Moja przygoda z Walerią Tarnowską zaczęła się w sierpniową niedzielę dziewięć lat temu. Zwiedzałam zamek. W ostatniej wielkiej sali przewodnik, wskazując jej portret, powiedział, że ta pani przez większość swego życia pisała dzienniki w języku francuskim, które jeszcze nie zostały przetłumaczone. Wówczas pojawiła się we mnie przemożna chęć poznania ich, zwłaszcza że jestem romanistką, tłumaczką. Francuski jest niemal moim drugim językiem. Wychodząc z muzeum, byłam już innym człowiekiem, z żelaznym zamiarem nie tylko poznania, ale również przetłumaczenia dzienników Walerii ze Stroynowskich Tarnowskiej – wspomina M. Chwałek-Oczkowska.

Dzienniki Walerii

– Od ukazania się polskiego tłumaczenia „Moich podróży” upłynęły dwa lata. Nie był to bynajmniej czas odpoczynku, ale kontynuacji żmudnej, lecz fascynującej pracy nad tłumaczeniem „Journal de mes pensées” – „Dziennika moich myśli” z lat 1799–1800 i „Mon journal”, czyli „Mojego dziennika”, pisanego przez 34 lata. Efektem tych prac są: pierwszy wydruk tekstu liczącego 220 stron, pierwsze korekty, dobór fotografii. Jeszcze sporo pracy, ale z pewnością na rocznicę urodzin Walerii zdążymy z prezentem, który mam nadzieję sprawi jej radość, nawet tam w wieczności – mówi M. Chwałek-Oczkowska. – Odmiennie niż w przypadku „Moich podróży” musiałam dokonywać wyboru i skrótów z uwagi na ogrom materiału. Wymagało to zastanowienia, jak to wszystko ułożyć. Wybrałam formułę opowiadania wątkami, czyli o miłości jej i Jana Feliksa, o miłości do dzieci, ojczyzny, sztuki, Dzikowa. Pierwszy tom „Mojego dziennika” obejmuje czasy panieńskie, okres narzeczeństwa z Janem Feliksem, który mimo wielkiej i pięknej miłości, jaka ich połączyła, nie był usłany różami, oraz pierwsze dziesięć lat małżeństwa. Opowieść zaczyna się w 1799 roku, kończy zaś w roku 1810. Jak podkreśla tłumaczka, tym razem praca była łatwiejsza z uwagi na dostępność całości oryginału w zbiorach cyfrowych Biblioteki Jagiellońskiej. Niestety, kopie dalszych części „Dziennika” – od drugiej do dziewiątej – są bardzo słabej jakości. – Korzystając z wejściówki do Działu Mikrofilmów, wykonałam 4 tys. zdjęć mikrofilmów. Bardzo się cieszyłam, że mam cały materiał, że poznam dalszą część historii. Kiedy jednak zrzuciłam materiał na komputer, okazało się, że jakość jest fatalna, klisze są prześwietlone, na fioletowym tle. Mój organizm po prostu się zbuntował i odmówił współpracy – śmieje się M. Chwałek-Oczkowska. – Odczytuję co drugie, nierzadko co dziesiąte słowo, co drugą linijkę, częściej domyślam się, co autorka napisała. Szczęśliwie Waleria posługiwała się niezwykle pięknym, starannym językiem francuskim.

Waleria w świetle pamiętników

– Nie można użyć w odniesieniu do człowieka przymiotnika „doskonały” i prawdę powiedziawszy, nie bardzo mogę odnaleźć słowa, które mogłyby ją scharakteryzować – zastanawia się tłumaczka. – Była człowiekiem niezwykle głębokim i prawdziwym, nie udawała. „Dziennik” pisała dla siebie, co podkreśliła w części powstałej w Dzikowie. Pisała, by kiedyś, gdy przekroczy próg śmierci, mogła spotkać się w lepszym świecie ze swymi zmarłymi dziećmi. Pod datą 24 stycznia 1805 r., czyli w rocznicę urodzin Rozalki, zapisała: „Już jesteś, Rozalio moja, w krainie wiecznej szczęśliwości i kiedyś tam się z tobą spotkam! Kocham naszą chrześcijańską doktrynę, tak jak kocham samego Boga, który powiedział nam, że królestwo niebieskie należy do dzieci! To tam już jesteś moja kochana. Tam spotkałaś brata! I tam oboje czekać będziecie na waszą matkę! Och, śmierć będzie mi słodka. Czeka na mnie na końcu mojego ziemskiego pielgrzymowania!”. To był stały proces pracy nad sobą na drodze do wieczności. Zapiski służyły jej do przeglądania się jak w zwierciadle, do przypatrywania się wadom, by móc je w sobie zwalczać. Zresztą sama o tym informowała w pierwszym wpisie tomu z lat 1804–1838, poczynionym 9 grudnia, czyli w dniu 22. urodzin, w którym czytamy: „Dokonanie podsumowania dnia, spisanie ostatnich przemyśleń: mogłyby to być odczucia towarzyszące jakiejś rozmowie, jakiś list napisany czy otrzymany, przyjemność płynąca ze zrobienia czegoś dobrego; nierzadko też niestety żal z poczynionych błędów, o których tak szybko i łatwo zapominamy, a wierzę, że nie byłoby niczego złego w przypomnieniu ich sobie od czasu do czasu. Najważniejszym bowiem celem życia człowieczego jest ciągłe stawanie się lepszym. Dobrze więc czasami popatrzeć wstecz, by ocenić, czy do celu tego się przybliżamy. Będę zatem tak czynić, z całkowitą szczerością, bo któż inny miałby czytać ten dziennik?”. Przez ponad 30 lat spisywania codziennych przemyśleń, przeżyć, dzień po dniu pracowała nad sobą. To nie była sztuczna poza, po cóż miałaby udawać przed samą sobą? Mamy więc pewność co do jej postaw, charakteru. To autentycznie piękny człowiek o pięknym sercu i nieprzeciętnej inteligencji. Po prostu niespotykana osoba – charakteryzuje postać Walerii tłumaczka jej „Dziennika”, która zna ją jak nikt inny współcześnie. Dzięki słowom kreślonym przez panią na Dzikowie tłumaczka mogła poznać poglądy Walerii, sposób postrzegania świata, podejścia do bliskich i zupełnie obcych ludzi. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że zdołała wniknąć w jej duszę, poznać najskrytsze myśli.

Pierwsze wspólne lata

W pierwszym tomie „Mojego dziennika”, który ma ukazać się w grudniu, czytelnicy poznają uczucia Walerii towarzyszące jej w pierwszych chwilach znajomości z przyszłym mężem, później okres narzeczeństwa oraz początkowe lata małżeństwa. – Pierwsze spotkanie Walerii i Jana Feliksa było zaaranżowane przez jego wuja Tadeusza Czackiego. Doszło do niego w Warszawie 26 lutego 1799 r. i później Waleria do tego dnia wielokrotnie powracała w „Dzienniku”. Była ubrana na czarno, nosiła bowiem żałobę, Jan Feliks również odziany był na czarno. Postawiono ich naprzeciw siebie. Nie dane im było zamienić nawet słowa, byli w towarzystwie, pilnowani, bacznie obserwowani. Wymieniali jedynie spojrzenia, ale nic między nimi nie zaiskrzyło. Dopiero po trzecim spotkaniu, kiedy dano im nieco więcej swobody i mogli porozmawiać, okazało się, jak wiele ich łączy – opowiada M. Chwałek-Oczkowska. Odnalazły się dwie bratnie dusze, mające takie same zainteresowania, zamiłowanie do sztuki, wrażliwość i przede wszystkim niemal identyczne charaktery. Podczas rozłąki słali do siebie piękne listy, w których pisali o swej miłości. Niewiele brakowało, a pozostałaby niespełniona, gdyż w decydującej chwili, kiedy zamierzali oficjalnie dać sobie słowo, na drodze do ich szczęścia stanął sprzeciw ojca Jana Jacka Tarnowskiego. Rozpacz zakochanych była ogromna, słowa Walerii w „Dzienniku” nawet dzisiaj, po ponad 200 latach chwytają za serce – tyle w nich cierpienia i bezmiaru miłości do ukochanego. Szczęśliwie Jan Jacek zmienił zdanie i dał im swoje błogosławieństwo. – Dziennik panieński skończyła pisać 30 sierpnia 1800 r. Potem następuje paroletnia luka, po której pojawił się „Dziennik moich podróży”. Wielka szkoda, że nie poznamy pierwszych wrażeń Walerii z Dzikowa, chyba że z listów, do których jeszcze nie sięgałam – mówi tłumaczka. – Z następnych wpisów, czynionych po powrocie z Włoch, wyłania się obraz Dzikowa jako przede wszystkim domu jej teściów, do którego odnosi się z ogromnym szacunkiem, tak jak do panujących w nim zwyczajów. Atmosfera była jednak czasami przytłaczająca, gdyż mama Jana Feliksa, Rozalia z Czackich, była kobietą o mocnym charakterze. Małżeństwo uwielbiało spędzać czas w dworku w Trześni, o której Waleria pisała: „Moja mała, śliczna Trześń”. Tam odpoczywali. Sporo czasu spędzali jednak zarówno w Dzikowie, jak wołyńskim Horochowie, czyli majątku Stroynowskich. Oboje wykazywali się wielkim posłuszeństwem i obowiązkowością wobec rodziców, to były dla nich rzeczy święte. I tak jeździli pomiędzy Dzikowem a Horochowem, spędzając w nich po pół roku, dzieląc swój czas między swych rodzicieli. Poza tym Dzików miał przypaść Michałowi, bratu Jana Feliksa, więc poniekąd Waleria do czasu, kiedy jej mąż stał się pełnoprawnym właścicielem tutejszych dóbr, nie czuła się w nich pewnie. Jakie były dalsze losy, co działo się w życiu jej, jej najbliższych, Dzikowa, Horochowa można poznać w kolejnych tomach „Mon journal”. Ale czy zdołam z negatywów mikrofilmów odczytać treść, tak by można ją opublikować? Bardzo bym chciała – dodaje tłumaczka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy