Nowy numer 37/2021 Archiwum

W blasku rozżarzonego koksu

Największą atrakcją był plenerowy wypał w piecu węgierskim, którego dokonali dr hab. Stanisław Brach z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i jego trzej studenci.

Cechą charakterystyczną tego pieca jest to, że stanowi on jednorazową konstrukcję, ponieważ po przeprowadzeniu wypału rozbiera się go. Piec podpalany jest od góry, a cały proces trwa kilkanaście godzin. Żarzący się koks daje bardzo widowiskowe efekty, zwłaszcza po zmroku. Wysoka temperatura pozwala zaś na uzyskiwanie ciekawych efektów wypalania ceramiki – wyjaśnia Stanisław Brach. Trzydniowe warsztaty garncarskie, które odbyły się w pracowni Adama Żelazki w Łążku Garncarskim, poprowadziło czternastu garncarzy z różnych stron Polski, w tym dwóch miejscowych.

Gdyby nie pandemia, spotkanie to odbywałoby się już po raz 15. Idea garncarskich spotkań wyszła od pracowników Muzeum Regionalnego w Janowie Lubelskim. – Ich celem jest ożywienie tutejszego ośrodka garncarskiego. W Łążku Garncarskim, podobnie jak i w innych miejscowościach w Polsce, to artystyczne rękodzieło zaczęło szybko zanikać. Wykorzystaliśmy więc sytuację, że w Łążku żyli starej daty garncarze, w tym Leon Żelazko czy Mateusz Startek, wyróżniony nagrodą Oskara Kolberga, i próbowaliśmy ich namówić, by wrócili do swojego zawodu. Dostaliśmy również dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i Sztuki z programu „Ginące zawody” – wspomina Barbara Nazarewicz, dyrektor Muzeum Regionalnego w Janowie Lubelskim.

Obecnie w Łążku Garncarskim jest zaledwie dwóch garncarzy. – Chcemy wyszkolić jak najwięcej garncarzy, by ten piękny zawód nie zaginął. Kiedyś było nas aż 30. Cała wieś żyła z garncarstwa. Teraz, gdy wyszkolimy ucznia, od razu wyjeżdża on za granicę, bo tam się opłaca wyrabiać ceramikę. U nas nie. Teraz garncarstwo to dla nas tylko hobby – podkreśla Adam Żelazko. Zdaniem pana Adama, by dobrze opanować tę sztukę, trzeba uczyć się przynajmniej przez rok oraz odbyć około stu godzin zajęć na kole u prawdziwego mistrza. – Obecnie mam dwie uczennice, jedna dojeżdża z Sandomierza – dodaje pan Adam.

Spotkania nie tylko sprawiły, że Łążek Garncarski zaczął znowu żyć. Udało się także nawiązać kontakty z innymi podobnymi ośrodkami w kraju. Wymieniane są doświadczenia, zawiązywane przyjaźnie. – Z roku na rok widzimy coraz większe zainteresowanie garncarstwem ze strony całych rodzin, które uczestniczą w warsztatach. Mistrzowie fachu potrafią natomiast cierpliwie i ciekawie tłumaczyć tajemnice swojego zawodu. Do tego cisza, spokój, jak gdyby się czas zatrzymał – dodaje pani dyrektor.

Spotkania garncarskie są dofinansowywane przez Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu przy wydatnej pomocy lokalnego samorządu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama