Nowy numer 3/2021 Archiwum

My wszyscy z niego

Zryw, który zaczął się wieczorem 29 listopada 1830 r., mocnym echem odbił się także w naszym regionie.

Choć powstanie listopadowe, podobnie jak późniejsze – styczniowe, toczyło się w zaborze rosyjskim, przeciw Rosji były bowiem skierowane, nie pozostawiły obojętnymi Polaków z dwóch pozostałych zaborów – austriackiego i pruskiego.

– Mocno zaangażowanych w zryw było kilka osób pochodzących z regionu czy związanych z nim, jak chociażby Jan Feliks Tarnowski, właściciel Dzikowa, znany głównie jako współtwórca, wraz ze swą żoną Walerią ze Stroynowskich, słynnej kolekcji dzikowskiej. Zdecydowanie słabiej znamy jego działalność polityczną, a był zwłaszcza w okresie przedpowstaniowym wybitnym politykiem, senatorem Królestwa Polskiego. Kiedy wybuchło powstanie, a wiemy o tym z pamiętników jego żony, odniósł się do niego sceptycznie. W Dzikowie obserwowano, jak potoczy się powstanie, ale trzeba było się jasno określić – opowiada dr hab. Tadeusz Zych, dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega. Dziedzic Dzikowa akceptował wszystkie uchwały Sejmu, także tę z 25 stycznia 1831 r., idącą najdalej, czyli o złożeniu Mikołaja I z tronu Królestwa Polskiego. Sceptycznego stosunku do powstania nie podzielał jego syn Walerian Tarnowski, który jako młodzieniec w marcu 1831 r., wstąpił do polskiej armii i służył pod generałem Karolem Różyckim, współorganizatorem sił zbrojnych na Wołyniu. Udział w powstaniu młody Tarnowski zakończył z wysokimi odznaczeniami wojskowymi. Kiedy zwycięstwo zaczęło przechylać się na stronę rosyjską, a zwłaszcza tuż po upadku powstania, Dzików stał się azylem dla uczestników zrywu. Część z nich odegrała później znaczącą rolę w wychowaniu patriotycznym młodego pokolenia Tarnowskich, jak chociażby Jędrzej Dobrodzicki, uczestnik powstania na Wołyniu, gdzie w jednej z największych bitew pod Boremlem został ciężko ranny. Na Wołyniu walczył także Fortunat Brodzki, jeden z wychowawców przyszłego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Stanisława Tarnowskiego, również powstańca, ale styczniowego. – Na naszym terenie znalazło się liczne grono powstańców, bo na tzw. Zasanie wkroczył II Korpus Armii Polskiej dowodzony przez włoskiego generała Girolama Ramorina. Mimo że jest symbolem polsko-włoskiego braterstwa broni, zapisał się niezbyt chlubnie, decydując się na ucieczkę do zaboru austriackiego. Sporo informacji o tych wydarzeniach zawierają zapiski powstałe w klasztorze kapucynów w Rozwadowie, gdzie przez pewien czas przebywali ranni podwładni włoskiego generała – mówi Tadeusz Zych. – Nie można nie wspomnieć o wybitnej i bardzo ważnej dla regionu postaci barona Kaliksta Horocha, dziedzica Wrzaw. Zebrał 15 ochotników, z którymi ruszył do Warszawy. Zanim do niej dotarli, oddział rozrósł się do kilkudziesięcioosobowego, potem zaś liczył już kilkuset żołnierzy. Kalikst Horoch walczył pod Kazimierzem Dolnym, który zdołał zdobyć, za co został odznaczony złotym krzyżem Virtuti Militari. Potem bił się w najsłynniejszych bitwach powstania listopadowego – pod Wawrem i Dębem Wielkim, uczestniczył w wyprawie gen. Dwernickiego na Wołyń. Podczas walk o Kazimierz Dolny zginął 30-letni Juliusz Małachowski, wprawdzie nie związany bezpośrednio z naszym regionem, niemniej postać bardzo ważna w historii rodziny Tarnowskich. – Był bratem Gabrieli z Małachowskich, żony Jana Bogdana Tarnowskiego, a matki Stanisława, przyszłego profesora, i Juliusza, powstańca styczniowego. Jego życie wywarło przemożny wpływ na jego siostrzeńca i imiennika – Juliusza, który podzielił los wuja, jak i on ginąc w walce. Stanisław Tarnowski tak pisał o swym młodszym bracie: „Młody Juliusz zawsze miał dziwny, tajemniczy jakiś pociąg do swojego wuja Juliusza Małachowskiego. Lubił myśleć, lubił mówić o tym młodym żołnierzu, który poległ z kosą w ręku. Może czuł, że z imieniem odziedziczył i ducha, a może przeczuwał, że śmierć taka sama uzupełni to podobieństwo. Wspominał go często, szczególnie kiedy sam na wojnę się wybierał. Raz pamiętam mówił do drugich: »Miałem takiego wujka co w 30 roku pułk postawił własnym kosztem, a ja biedak nie mam i za co pięciu ludzi przyprowadzić«”. Jak wiemy, nasz Juliusz Tarnowski podzielił los swojego wuja. Co prawda nie z kosą w ręku, ale ze strzelbą poprowadził słynny szturm na bagnety na oddziały rosyjskie w bitwie pod Komorowem w czerwcu 1863 r., gdzie zginął. Ta tradycja i pamięć o obu Juliuszach kształtowały kolejne pokolenia wychowujące się w Dzikowie – podkreśla historyk. – Powstanie listopadowe odegrało w naszych dziejach ogromną rolę, gdyż ukształtowało naszą polską mentalność. Klęska zrywu stworzyła polski romantyzm. Gdyby nie doświadczenie powstania listopadowego, nie byłoby Mickiewicza, Słowackiego, polskiego mesjanizmu i tego, co nazywamy naszą narodową cechą, czyli kultywowania wszystkich klęsk. Można zatem obrazowo stwierdzić, że my wszyscy jesteśmy z niego – podsumowuje Tadeusz Zych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama