Nowy numer 2/2021 Archiwum

Trud, który przyniósł owoc

Odbył niezwykłą podróż do Rzymu. Bez nogi pokonał rowerem ponad 1700 km. Nagrodą było spotkanie z Janem Pawłem II i modlitwa w prywatnej papieskiej kaplicy.

Andrzej Wawrylak ze Staszowa 18 lat temu podjął się mission impossible. Postanowił odbyć samotną pielgrzymkę rowerową do Rzymu w intencji odbudowy Pustelni Złotego Lasu w Rytwianach. Nie tylko wypełnił misję, ale dane mu było modlić się w prywatnej papieskiej kaplicy, osobiście spotkać się z papieżem Janem Pawłem II, przekazać przywiezione pamiątki z rodzinnego miasta i otrzymać błogosławieństwo na dzieło odbudowy pokamedulskiej pustelni. – Cały czas byłem przekonany, że warto było podjąć ten trud. Cieszę się, że rytwiańska pustelnia jest uratowana, a mnie pozostały wspomnienia spotkania z papieżem Polakiem – podkreśla Andrzej Wawrylak.

Ambitny plan

Kiedy ruszał na trasę 27 maja 2002 r., mało kto wierzył w Staszowie, że da radę o jednej nodze dojechać na rowerze do Wiecznego Miasta. Jak opowiada, tego dnia w pełni zdał się na Bożą Opatrzność. Zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, aby nie obciążać roweru. Bez namiotu, bez części zamiennych miał do pokonania 1700-kilometrową trasę. Najważniejsze dla niego było zrobić coś wartościowego dla sprawy, która leżała mu na sercu. – Sam jestem zaskoczony, skąd we mnie było tyle entuzjazmu i determinacji. Dla mnie osobiście i mojej rodziny był to bardzo trudny okres. Spółdzielnia inwalidzka, gdzie pracowałem, upadała, stałem się bezrobotnym inwalidą. Dwóch synów było na studiach, w domu piętrzące się zaległości finansowe. Było bardzo trudno. Ale mimo to włączyłem się w działalność Stowarzyszenia Miłośników Pustelni Złotego Lasu w Rytwianach, czyli grupy ludzi, którzy stanęli obok ks. Wiesława Kowalewskiego. Miał on zadanie podniesienia z ruin pokamedulskiej pustelni. I to właśnie wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, aby wybrać się do Watykanu po papieskie błogosławieństwo dla tego dzieła – opowiada pan Andrzej.

Wiele osób miało zastrzeżenia, czy 55-letni człowiek z jedną protezą zamiast nogi da radę pokonać taki dystans. – Rozpocząłem od wyznaczenia trasy. Założyłem, że będę potrzebował około 20 dni na podróż. Musiałem szukać dróg, po których mógłbym podróżować bezpiecznie. Nie mogłem przewidzieć pogody i tego, jak zareaguje moje ciało na tak duży wysiłek. Moje obawy dotyczyły protezy i kikuta. Ruszając, marzyłem, aby tylko dojechać do Rzymu, nawet nie myślałem o spotkaniu z papieżem – opowiada. Na drogę otrzymał odpowiednie pisma uwierzytelniające o podjętej pielgrzymce i prośbę do papieża o błogosławieństwo dla pustelni.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama