Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pychówka popłynęła

W przystani wiślanej w Tarnobrzegu odbył się chrzest łodzi o wdzięcznym imieniu „Wena”.

Jest to pierwsza tradycyjna, drewniana pychówka, która po kilkudziesięciu latach pojawiła się na Wiśle pod Tarnobrzegiem.

– Z moich młodych lat pamiętam, jak Wisła „żyła” drewnianymi łodziami, jak piasek z dna był wydobywany na lary, a przewóz odbywał się dużą pychówką. Było mnóstwo żaglówek, kajaków i jedna milicyjna motorówka. To wszystko w pewnym momencie zniknęło. Dlatego z pojawieniem się „Weny”, należącej do członków naszego towarzystwa, wiążemy nadzieję, iż zachęci innych do budowy lub zakupu drewnianych łodzi i pływania nimi po Wiśle. Chcielibyśmy, by jej chrzest zapoczątkował powstanie dużej przystani łodziowej, a może portu rzecznego w Tarnobrzegu. Byłby to piękny powrót do minionych lat – mówi Zbysław Babula, prezes Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej Siarka Tarnobrzeg, kultywującego tarnobrzeskie tradycje wodniackie. – Niestety, nasze miasto przez kilkadziesiąt ostatnich lat zdecydowanie odwróciło się tyłem do Wisły. To stopniowo zaczyna się zmieniać i pojawiły się pierwsze jaskółki wieszczące, że mieszkańcy, turyści, władze powoli znowu ją zauważają i doceniają jej walory turystyczne i wypoczynkowe – zauważa Z. Babula. Na zakup pychówki, ale w unowocześnionej wersji (napędzana jest silnikiem, nie ma zatem konieczności korzystania z długiego drąga, jakiego używają flisacy), zdecydowali się zagorzali miłośnicy spływów rzecznych, zwłaszcza wiślanych – Marta Lipowska, Gniewko Ziemba i Wojciech Malicki. – Jest to łódź drewniana zwana pychówką, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu była stałym widokiem na Wiśle w naszym regionie – wyjaśnia Marta Lipowska, która jest jedną z nielicznych kobiet sterniczek. – W Tarnobrzegu na razie są dwie łodzie, ale już w Sandomierzu jest ich kilkanaście. Łódź według starych wzorów zbudowali mistrzowie szkutnictwa z podtarnobrzeskich Sokolnik. Do budowy zostało użyte drewno sosnowe, natomiast w miejscach szczególnie narażonych na uszkodzenia, czyli na dziobie i rufie – dębowe, twardsze i mocniejsze. Marta Lipowska zwraca uwagę, że łódź pozwala na swobodne poruszanie się po Wiśle zarówno z nurtem, jak i pod prąd. – Nie ma konieczności dowożenia jak w przypadku kajaków. Chętnie wypływamy zarówno w górę, jak i w dół rzeki, zatrzymując się i wypoczywając w całkowitym spokoju i ciszy na pustych wiślanych wysepkach. To jest fantastyczny relaks – dodaje M. Lipowska. – Zwłaszcza że Wisła w naszych okolicach jest bardzo urokliwa. Niestety bez łodzi trudno dostrzec i docenić jej piękno, gdyż nad brzegiem, na długości Tarnobrzega, nie ma ani jednego miejsca, gdzie można by usiąść, poopalać się, zwyczajnie odpocząć i podziwiać majestat rzeki. Mam nadzieję, że to się zmieni i pójdziemy w ślady Sandomierza. Jeszcze kilka lat temu w Sandomierzu nie było ani jednej tradycyjnej drewnianej łodzi. Sytuacja zmieniła się po 2016 roku, kiedy w rejsie do Warszawy wraz z motorówkami popłynęła jedna drewniana łódź. – Uczestnicy stwierdzili, że to niepowtarzalne doświadczenie musi być kontynuowane. I tak od jednej łódki doszliśmy w Sandomierzu do kilkunastu. Stworzyliśmy grupę osób współpracujących ze sobą, podzielających fascynację Wisłą, kochających spływy i wodę. Ta grupa przekształciła się w stowarzyszenie „Napędzani Wisłą” – mówi Marek Bażant, prezes organizacji. – Nawiązujemy do tradycji regionu, ale i do naszych rodzinnych zwyczajów. Wawrzyniec Korona, rybak z Koćmierzowa, przodek kilku osób z „Napędzani Wisłą”, w okresie zaborów ratował przed carskim więzieniem, zsyłką albo i śmiercią niepodległościowych działaczy, nielegalnie przewożąc ich przez rzekę do Galicji. Za swoją działalność po I wojnie został uhonorowany medalem. Wiślackie tradycje swego przodka kultywuje Agnieszka Korona, która została wybrana na matkę chrzestną „Weny”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama