Nowy numer 39/2020 Archiwum

Będą ratować ludzi

Na Jeziorze Tarnobrzeskim rozpoczęła się pierwsza tura kursu na ratowników wodnych.

Zorganizował je Podkarpacki Oddział Wodnego Pogotowia Ratunkowego. – Pandemia nam nieco pokrzyżowała plany i pierwszą turę kursu rozpoczęliśmy dopiero w drugiej połowie lipca. Mamy kilku uczestników m.in. z Mielca, Tomaszowa Lubelskiego, Ustrzyk Górnych oraz Sanoka. Niestety nikogo z Tarnobrzega lub okolic – mówi kierownik Drużyny Podkarpackiej WPR Waldemar Rams, który prowadzi szkolenie.

Młodzi adepci ratowniczy rozpoczynają dzień już o 7 rano i to od razu bardzo aktywnie – rozgrzewką, w ramach której mają do pokonania biegiem ok. 2 km, a następnie ćwiczenia w wodzie. Na śniadanie udają się po dwóch godzinach zajęć fizycznych, a potem są wykłady, znowu ćwiczenia w wodzie z przerwą na obiad i kolację. Najbardziej intensywne będą dwa dni kończące kurs, kiedy jego uczestników czeka cały szereg zaliczeń. – Zaplanowane są kolejne tury, na które bardzo serdecznie zapraszamy osoby, czujące chęć i potrzebę niesienia pomocy innym. Informacje można znaleźć na fanpage’u na Facebooku Podkarpackiego Oddziału Wodnego Pogotowia Ratunkowego lub dzwoniąc bezpośrednio do mnie pod numer 695 391 686. Na budynku bazy nad Jeziorem Tarnobrzeskim umieszczone są numery kontaktowe – informuje Waldemar Rams. Wśród uczestników kursu jest Oliwia, jedyna dziewczyna w gronie kursantów. – Naukę pływania rozpoczęłam w wieku 6 lat. Zwyczajnie rodzice zaprowadzili mnie, abym nauczyła się pływać. Zamiłowanie do tej dyscypliny przyszło z czasem. Na kurs zgłosiłam się, bo uznałam, że skoro umiem dobrze pływać, to może warto podszkolić się i zdobyć uprawnienia ratownicze. To fantastyczna sprawa móc komuś pomóc, czy wręcz uratować życie. Nie ukrywam, że jest to również jakiś sposób na zarobienie pieniędzy na wakacje czy studia – wyjaśnia Oliwia, która przyjechała na kurs z Mielca. Znalezienie pracy zwłaszcza w wakacje nie powinno nastręczać problemów. Jak informuje Waldemar Rams od pewnego czasu brakuje ratowników wodnych. Przed tegorocznym sezonem szacunki mówiły, że tylko w samym Gdańsku na kąpieliskach strzeżonych brakowało aż 180 ratowników. – Wynagrodzenia ratowników są niezadowalające. Być może owe braki w obsadzie stanowisk zmienią coś w tej mierze i pracodawcy podniosą stawki – zauważa Waldemar Rams. Służba w ratownictwie wodnym jest nie tylko trudna, ale również wymagająca zarówno wiedzy medycznej, jak i doskonałej kondycji fizycznej, umiejętności pływackich na najwyższym poziomie, spostrzegawczości, opanowania oraz bardzo dużej odporności psychicznej. Ratownicy niejednokrotnie mają bowiem do czynienia ze śmiercią. Najtrudniej jest wówczas, gdy zabiera ona dzieci. Również ratowanie tonącego niesie ogromne zagrożenie, także dla ratownika. – Nasza służba nie jest tak barwna, jak pokazywał to popularny przed laty amerykański serial „Słoneczny patrol” – śmieje się W. Rams. – To jest ciężki kawałek chleba. Na ratowniku spoczywa szereg obowiązków. Naturalnie najważniejszym zadaniem jest niesienie pomocy, ale należy pamiętać, że ponosi on także odpowiedzialność za sprawne zorganizowanie swojej pracy na kąpielisku, w tym przygotowanie sprzętu. Tu nie ma miejsca na niedopatrzenie, najmniejsze uchybienie, gdyż w grę wchodzi ludzkie życie. Służba wymaga także nieustannego skupienia i bacznego kontrolowania sytuacji. By dostać się do tego grona, należy spełnić cztery główne warunki. Jednym z nich jest odbycie kursu ratowniczego, obejmującego 63 godziny i zakończonego egzaminem. Niezbędne są także kurs kwalifikowany pierwszej pomocy, dodatkowy patent w ratownictwie wodnym oraz przynależność lub służba w organizacji, mającej zgodę ministerialną na zajmowanie się ratownictwem. Jeszcze kilka lat temu uzyskanie patentu ratownika było znacznie łatwiejsze, jednak po zmianie ustawy w 2011 roku, jest o to trudniej. Tymczasem obecność ratownika na kąpieliskach jest niezbędna, zwłaszcza, że wypoczywający nad wodą niejednokrotnie prowokują bardzo niebezpieczne sytuacje, kończące się czasami tragedią. – Najgorszym dniem w mojej kilkudziesięcioletniej służbie był 18 sierpnia 2001 r. Byłem wówczas koordynatorem do spraw ratownictwa nad Zalewem Solińskim. Doszło wtedy do trzech utonięć, jednego po drugim. W dwóch przypadkach byli to pijani ojcowie, którzy wypłynęli na pontonach, trzecia osoba wypłynęła sama bez asekuracji i nagle zniknęła rodzinie z oczu – wspomina ratownik. Najczęstszymi ofiarami są mężczyźni w przedziale wiekowym 40–55 lat będący pod wpływem alkoholu, którzy giną przeważnie w weekendy. Przed wyjazdem do domu chcą się jeszcze raz schłodzić i jest to niestety ich ostatnie w życiu wejście do wody.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama