Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wiem, że tu wrócicie

– Jestem przekonany, że doświadczyliśmy cudu. Po pierwsze, że się nie zaraziliśmy, a po drugie – że zostawiliśmy DPS bez wirusa – zapewnia br. Łukasz Wasiljew z klasztoru braci mniejszych kapucynów.

W kwietniu funkcjonowanie Domu Pomocy Społecznej im. Józefa Gawła w Stalowej Woli było zagrożone. – Koronawirusem zaraziło się sześć osób: czterech mieszkańców i dwóch pracowników. Zmarły trzy. Jego mieszkańcom, a jest to ponad 80 osób, groziła ewakuacja, ponieważ nie miał się nimi kto opiekować. Część załogi musiała bowiem przejść kwarantannę, inni pracownicy przebywali na lekarskich zwolnieniach – wspomina Łukasz Chrząstek, dyrektor stalowowolskiego DPS.

Kierownictwo domu oraz powiatowe starostwo zaapelowali o pomoc. Zgłosiło się 16 wolontariuszy; przede wszystkim osoby konsekrowane (trzej bracia kapucyni, trzy siostry dominikanki, trzech braci albertynów, trzy siostry służebniczki starowiejskie i dwie siostry felicjanki), ale też dwie osoby świeckie. Swoją posługę prowadzili do 1 maja. Teraz odbywają kwarantannę. Bracia kapucyni z klasztoru w Stalowej Woli-Rozwadowie – Wojciech Sokołowski, Mariusz Leszczak i Łukasz Wasiljew – swoją pomoc zaoferowali już w Niedzielę Wielkanocną. – Z dnia na dzień do pracy w DPS w Stalowej Woli przestało chodzić 70 proc. załogi. 6 kwietnia pozostało już tylko sześć osób z personelu opiekuńczo-pielęgnacyjnego, które musiały pracować całą dobę, aby zapewnić choć minimalną opiekę mieszkańcom domu. Opadały już z sił – opowiada brat Mariusz. – Pracownicy domu byli nie tylko bardzo zmęczeni, ale też smutni, przygnębieni i pozbawieni nadziei. Dlatego zaraz po przybyciu na miejsce udaliśmy się na dyżur, by zająć się podopiecznymi: karmieniem, wymianą pampersów itp. – dodaje brat Wojciech. – Tak naprawdę nasza praca dotyczyła trzech aspektów: duchowego, opiekuńczego i reintegracyjnego. Na ile tylko pozwalały na to procedury, sprawowaliśmy opiekę duszpasterską wobec personelu, mieszkańców i wolontariuszy. Im dłużej posługiwaliśmy, tym lepiej poznawaliśmy mieszkańców, a jednocześnie podejmowaliśmy coraz więcej obowiązków, jak codzienna toaleta czy pomoc w poruszaniu się wózkiem inwalidzkim, rozmawiając z nimi i wspierając na duchu – wyjaśnia brat Łukasz. Posługa w domu pomocy nie była łatwa. – Towarzyszyło nam zmęczenie, niepewność co do wyników testów, ale z drugiej strony doświadczaliśmy wiele wsparcia, modlitwy. Czuliśmy obecność Pana Boga. Dodawało nam to siły, aby dalej walczyć o mieszkańców, chcieliśmy być z nimi i dla nich – opowiada brat Wojciech. – Dużym wsparciem była dla nas wspólnota. To, że byliśmy tam razem, we trzech, jako kapucyni. Mieliśmy siebie nawzajem. Z czasem ta wspólnota powiększyła się o następne osoby z innych zgromadzeń zakonnych, co dawało nam siłę do dalszej posługi. Jestem oczywiście zmęczony, ale jednocześnie mam satysfakcję, że mogłem pomóc. Jeżeli trzeba byłoby tam pójść jeszcze raz, nie zastanawiałbym się. – Jestem przekonany, że doświadczyliśmy cudu. Po pierwsze, że się nie zaraziliśmy, a po drugie – że zostawiliśmy DPS bez wirusa. Na długo pozostanie mi w pamięci sytuacja z dnia, kiedy otrzymaliśmy pozytywne wyniki testów dwóch mieszkańców. Po kilkunastu godzinach pracy, wyjeżdżając do bursy, w której nocowaliśmy, usłyszałem od opiekunki ocierającej łzy, z którą się żegnałem po skończonym dyżurze, następujące słowa: „Teraz żegnamy się, ale wiem, że jutro tu wrócicie” – wspomina z przejęciem brat Łukasz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama