Nowy numer 43/2020 Archiwum

Tworzenie jest jak oddech

– Sztuka jest dobra wówczas, gdy jest autentyczna, gdy zawieramy w niej siebie, swoje widzenie świata – mówi Krzysztof Kołek, rzeźbiarz i malarz z Tarnobrzega.

Pozostaje od lat wierny sobie, swojej artystycznej wrażliwości, nie ulega nowym modom, trendom, czasami nawet idzie na przekór nim. – Dobra sztuka, wartościowe dzieło oprze się upływowi czasu i współczesnym mu gustom. To, że w sztukach plastycznych mamy ogromną różnorodność, to bardzo dobrze, w sztuce musi być pluralizm i demokracja, tak jak w innych dziedzinach naszego życia. Każdy powinien mieć prawo do tworzenia wedle własnych przekonań, a czy powstałe dzieła będą się podobały odbiorcom, czy nie, to już zupełnie inna kwestia. Naturalnie twórczość wypływa z wewnętrznej potrzeby, czasami wręcz odczuwam to jako podświadomy nakaz. Idę do pracowni, biorę dłuto lub pędzel do ręki i zaczynam działać. Jeśli bym tego nie uczynił, to poczułbym się, jakbym nagle przestał oddychać. Tworzenie jest jak oddech, niezbędny nam, artystom, do życia, w przeciwnym razie udusilibyśmy się – wyjawia Krzysztof Kołek. – Nie wiem, co bym zrobił, gdyby zabrano mi dłuta, drewno, pędzle, płótna…

Zachwyt naturą

Urodził się i dzieciństwo spędził na wsi, dającej możliwość nieograniczonej bliskości z naturą. Jak podkreśla artysta, te wczesne lata spędzane na łąkach i polach, obserwowanie pór roku, zachodzących w przyrodzie zmian i zjawisk, podglądanie z bliska roślin ukształtowały jego wrażliwość, osobowość i patrzenie na świat. – My, rodzice, niestety często bagatelizujemy znaczenie i wpływ otoczenia – w sensie miejsca zamieszkania – jaki wywiera ono na dziecko, zwłaszcza w tych kilku pierwszych latach życia. Jestem przekonany, że gdyby nie dzieciństwo na wsi, codzienny kontakt z przyrodą, obserwowanie ludzi zmęczonych naprawdę ciężką pracą, ale autentycznie szczęśliwych, byłbym wewnętrznie znacznie uboższy. Nigdy nie zapomnę widoku całych grup zasiadających u kresu dnia na ławeczkach i często śpiewających czy to ludowe, czy też modne wówczas przeboje znane z radia. To, jak widzę świat, mój zachwyt nad nim, zrodziło się w rodzinnej wiosce – opowiada pan Krzysztof. – To tam miałem czas, by przez długie chwile przypatrywać się budowie listków, kwiatów, zmieniającym się barwom i ich nasyceniu w zależności od kąta padania światła. Dlatego natura niezmiennie pozostaje moją główną inspiracją. Przedstawiam ją poprzez mój pryzmat patrzenia na nią, wzbogacając to o wartości duchowe. Interesuje mnie również ludzka psychika, zwłaszcza jej najmniej znane rejony.

Patyki i scyzoryk

Zaczęło się od rysowania, jak to u dzieci, i wycinania w patykach, kawałkach drewienek jakichś figurek. Dokąd artysta sięga pamięcią, zawsze interesowało go i pociągało dłubanie, robienie czegoś niemal z niczego. Miał zresztą lekkość tworzenia. Na dobre zainteresował się malarstwem i rzeźbą w VI i VII klasie. – Chodziłem do piątki, jak się powszechnie mówiło, czyli Szkoły Podstawowej nr 5 w Tarnobrzegu, gdzie plastyki uczyła mnie pani Wielgoszowa. Szybko dostrzegła, że mam predyspozycje artystyczne, i umiejętnie je ze mnie wydobywała i rozwijała. Dlatego już właściwie chyba w VII klasie zacząłem bardzo poważnie myśleć o kontynuowaniu nauki w szkole plastycznej – wspomina tarnobrzeski artysta. Wybór padł na Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu, gdzie spotkał wybitnych pedagogów, będących również znakomitymi artystami. Jak mówi, profesorowie Edward Kieferling i Wiktor Śliwiński pozostawili niezatarty ślad w jego myśleniu o sztuce, ale również samym procesie twórczym. – Pomimo upływu wielu lat wciąż, przystępując do pracy, nie mogę wyzbyć się pewnych ukształtowanych nawyków, spostrzeżeń, że tak jest źle, tak nie powinno się robić, że tak się nie komponuje, bo to błąd. Nawet wówczas, gdy mam ogromną ochotę zrobić małe odstępstwo od tych prawideł, nie udaje mi się i postępuję tak, jak uczyli mnie mistrzowie – mówi z uśmiechem pan Krzysztof.

Na dwa etaty

Po liceum przyszła szara rzeczywistość, czyli konieczność znalezienia pracy. Traf chciał, że pan Krzysztof został zatrudniony w laboratorium KiZPS „Siarkopol” Olendry. Dzisiaj śmieje się, że wszystkiego by się spodziewał, ale że życie spłata mu takiego figla – to nie. Musiał bowiem mocno przyłożyć się do nadrobienia wiedzy z chemii, gdyż ta wyniesiona z plastyka okazała się nazbyt skromna. Nauka, kursy, kolejne egzaminy i praca zabierały niemal cały czas, jednak pan Krzysztof zawsze potrafił wynaleźć chwilkę na swoją pasję. Wkrótce jego zdolności plastyczne zostały odkryte w Siarkopolu i do obowiązków laboranta-chemika doszły nowe – przygotowywanie opraw plastycznych przy okazji uroczystości, wizyt ważnych gości itp.

Rzeźba i malarstwo

– Co jest mi bliższe – rzeźba czy malarstwo? – zastanawia się pan Krzysztof. – Nie potrafię odpowiedzieć. Chyba zależy od nastawienia, jakie mam tuż po przebudzeniu się – czy wstanę jako rzeźbiarz, czy jako malarz – dodaje ze śmiechem. – A nieco bardziej serio – ma na to wpływ pora roku. W zimie malarstwo, bo łatwiej można zainstalować się w domu, natomiast latem rzeźba, która wymaga jednak znacznie więcej przestrzeni, a tej pod dostatkiem mam w letniej pracowni. Niemniej często udaje mi się połączyć obie te dziedziny. Rzeźbię przeważnie w drewnie, które – nie ma co ukrywać – jest łatwiejsze i wdzięczniejsze w obróbce niż kamień, jest również o wiele cieplejsze, przyjaźniejsze, przynajmniej ja je tak odbieram – mówi z uśmiechem. Jego prace można oglądać nie tylko w galeriach, prywatnych zbiorach, ale także codziennie przemierzając place Tarnobrzega. Na jednym z nich, noszącym imię dr. Antoniego Surowieckiego, przed kilku laty stanęły pomniki-ławeczki upamiętniające ważne dla miasta postaci – Jana Słomkę, słynnego wójta Dzikowa, autora „Pamiętników włościanina”, oraz prof. Stanisława Pawłowskiego, odkrywcę złóż siarki pod Tarnobrzegiem. – Pierwsza była ławeczka Słomki. Jej wykonanie zleciły mi Urząd Miasta i Miejska Biblioteka Publiczna, które w ten sposób chciały m.in. uczcić Rok Jana Słomki, obchodzony w mieście w 2012 r. Pomnik wykonałem z piaskowca, który nie jest kamieniem łatwym w obróbce. Jest to specyficzny materiał, niepozwalający na zbyt duże prześwity itp. Rzeźby piaskowcowe winny być zwarte, by kamień nie ulegał szybkiemu niszczeniu pod wpływem czynników atmosferycznych. Postanowiłem ukazać Słomkę jako człowieka mającego za sobą wiele doświadczeń, osiągnięć i posiadającego mądrość przynależną ludziom starszym. Ławeczka prof. Pawłowskiego powstała na prośbę Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa oraz KiZPS „Siarkopol”. Moja koncepcja – przyjęta przez pomysłodawców pomnika – by ukazać go siedzącego i oglądającego przez lupę kawałek rudy siarki, spotkała się z krytyką części mieszkańców, która przelała się również przez niektóre media. Wziąłem to wszystko na klatę, uznałem, że być może mogłem coś inaczej wykonać, coś zmienić. Niemniej nie zabrałem głosu, postanowiłem to przemilczeć, by nie wdawać się w jakieś niepotrzebne i prowadzące donikąd dysputy – opowiada pan Krzysztof. – Cóż, jak chce się być artystą, tworzącym prace nie dla siebie, lecz znajdujące się w przestrzeni publicznej, to swoją wrażliwość trzeba pokryć grubą skórą. Inaczej trudno byłoby przetrwać spotykającą nas krytykę. Niestety, albo stety, artyści to najczęściej osoby odznaczające się dużą nadwrażliwością. Coś, co dla przeciętnego człowieka byłoby zwykłą uwagą, dla twórcy może okazać się falą miażdżącej krytyki, przypłaconą załamaniem nerwowym, depresją lub czymś jeszcze gorszym – zaznacza rzeźbiarz. Inną pracę Krzysztofa Kołka, rzeźbę „Mnich”, mogą podziwiać również pielgrzymi i turyści przemierzający pątniczy szlak wiodący z Koprzywnicy do Sulisławic. Powstała podczas pleneru artystycznego, zorganizowanego przez Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Koprzywnicy.

Wystawy i konkursy

– Byłbym fałszywie skromny, gdybym stwierdził, że prezentuję swoje prace na wystawach, zgłaszam do konkursów ot tak, dla siebie, nie mając na względzie nagród, wyróżnień, pozytywnych opinii. Każdy, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, po cichu pragnie docenienia swoich starań, włożonej pracy, talentu. Pochwała, słowa uznania czy nagroda przyznawana przez jury, w którym zasiadają fachowcy z dziedziny sztuki, są artystom bardzo potrzebne. Dodają wiary, potwierdzają właściwy wybór, są wreszcie owym namacalnym docenieniem ich twórczości. Dlatego cieszą mnie nagrody, jakie udało mi się dotychczas otrzymać, zarówno w przeglądach wojewódzkich, jak i konkursach międzynarodowych. Było mi również szalenie miło, gdy moja ubiegłoroczna wystawa malarstwa w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie została bardzo ciepło przyjęta, a szczególnie obrazy zainspirowane rysunkami syna. Pan Krzysztof przełożył na język malarski rysunki syna z zespołem Downa, który bardzo lubi rysować. Przedstawia rzeczywistość tak, jak ją postrzega, na swój sposób. – Ja dodałem im tylko barwy i fakturę, w zakresie kompozycji nie zmieniłem niczego. Wiem, że są dobre, bo są autentyczne, wyrażają mojego syna i po części mnie. Niemniej, gdybym stwierdził, że jestem z nich całkowicie zadowolony, to byłby mój koniec. Jaki byłby sens dalszego tworzenia, skoro już powołałem do życia dzieło idealne? A tak wciąż poszukuję drogi do owego ideału, którego, wiem o tym dobrze, nigdy nie osiągnę, dlatego będę tworzył do ostatniej minuty ziemskiego życia – podkreśla Krzysztof Kołek. Tym samym dowodzi, jak mocno w pamięci zapadły mu słowa jego mistrza z czasów liceum plastycznego, który mawiał: „Kiedy zaczynają nam się podobać własne prace, to znaczy, że na nic więcej nas już nie stać”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama