Nowy numer 42/2020 Archiwum

Wilia z tarnobrzeskim akcentem

– Dla nas najważniejsza jest świadomość, że w naszej ojczyźnie są ludzie pamiętający o nas, że jest ktoś, kto nie zostawi nas w najtrudniejszych chwilach życia – zwierza się Halina Pawluk z Maniewicz.

Dla Polaków mieszkających na Ukrainie, którzy zostali w swych rodzinnych miejscowościach z przywiązania albo zrządzeniem losu, kontakt z Polską, jak sami podkreślają, jest bezcenny. – I nie chodzi tylko o pomoc materialną, która także, zwłaszcza w przypadku seniorów, jest bardzo potrzebna. Sprawa ma przede wszystkim wymiar emocjonalny, duchowy. Dla osób starszych i samotnych, najbardziej dotkniętych problemami materialnymi, wręcz borykających się z biedą, świadomość, że w ich ojczyźnie jest ktoś, kogo ich los interesuje, jest ogromną pociechą i otuchą – podkreśla ks. Andrzej Kwiczala, proboszcz parafii pw. Zesłania Ducha Świętego w Maniewiczach, w diecezji łuckiej na Ukrainie.

Świąteczne paczki

Dowód troski o los rodaków żyjących na Wołyniu dali w listopadzie mieszkańcy Tarnobrzega, którzy hojnie odpowiedzieli na prośbę prezydenta miasta Dariusza Bożka, który wyszedł z inicjatywą zbiórki darów dla maniewickich parafian. Zebrane żywność, chemia gospodarcza, środki higieniczne, pieluchy dla dorosłych, odzież, zabawki i przybory szkolne ostatniego dnia listopada zostały dostarczone do Maniewicz, gdzie przyjazd autokaru załadowanego darami wzbudził żywe zainteresowanie. – Bardzo wyczekiwane były pampersy i podkłady dla obłożnie chorych, których zapas skończył się, więc transport z Tarnobrzega to jak dar z nieba – mówi z uśmiechem ks. Andrzej. – Po świętym Mikołaju zaś zacząłem przygotowywać świąteczne paczki – większe z żywnością, mniejsze z chemią i kosmetykami. Niektóre już część osób, mieszkających najbliżej, odebrała osobiście, resztę rozwiozę, by najpóźniej na kilka dni przed Wigilią trafiły do moich parafian. Są to w przeważającej mierze seniorzy mieszkający w miejscowościach oddalonych od Maniewicz kilka czy kilkanaście kilometrów. Wiem, że już niecierpliwie mnie wyglądają, czasami nawet żartują, że z utęsknieniem wiszą na płotach, czekając, aż się pojawię. Świąteczne paczki z żywnością wywołują u nich taką samą radość jak u dzieci mikołajowe prezenty. W tym roku z pewnością dzięki tarnobrzeżanom święta będą bardzo radosne – dodaje ksiądz proboszcz. Radość i kręcące się w oczach łzy szczęścia można było zauważyć u osób, które przyszły pomóc w rozładunku, gdy zobaczyły ilość i to, co znalazło się w transporcie. Nawet Bogdan Antkiw, lekarz, chociaż nie tak dawno przebył poważną operację, chciał, na ile siły i zdrowie pozwalały, pomóc w rozładowaniu darów. – O Boże, ile tego jest! Gdzie się to pomieści? Jesteście kochani – powtarzał łamaną lekko polszczyzną z szerokim uśmiechem. Radość maniewickich parafian zapewne nie dziwi starszego i średniego pokolenia tarnobrzeżan, doskonale pamiętającego, z jakim utęsknieniem oczekiwano paczek z Zachodu, które przed świętami trafiały do parafii. Dla naszych rodaków mieszkających na Ukrainie dary z Polski są jeszcze więcej warte. Przy nieprawdopodobnie niskich emeryturach, sięgających mniej niż 100 dolarów, a przy cenach żywności niewiele niższych niż u nas, można w pełni zrozumieć, czym jest dla tamtejszych emerytów pomoc płynąca z ojczyzny. W tym roku do paczek dołączone będą niezwykłe kartki świąteczne, które przyjechały do Maniewicz razem z darami. Dlaczego niezwykłe? Wszystkie wykonane zostały bowiem ręcznie przez członków Domu Dziennego Pobytu w Tarnobrzegu, według projektu Jadwigi Sochaj, a piękne, wzruszające wierszowane życzenia ułożyła Maria Okulska, specjalnie z myślą o seniorach z Maniewicz. – Kartki naprawdę rozczuliły wiele osób, dla większości z nich to jedyne pocztówki ze świątecznymi życzeniami, jakie otrzymały. Pięknie dziękujemy za ten wspaniały dowód pamięci, ale i wyraz ewangelicznej miłości bliźniego – dodaje ks. A. Kwiczala. Również opłatki, którymi wierni z Maniewicz będą się w tym roku dzielić, dotarły z Tarnobrzega.

Wilia na plebanii

Zapewne część darów z Tarnobrzega zostanie wykorzystana do przygotowania wigilijnych potraw, które pojawią się na stole w maniewickiej plebanii. Tradycją jest bowiem, że po Pasterce, sprawowanej o godz. 20 w kościele w Maniewiczach, osoby samotne, starsze zasiadają do wieczerzy wigilijnej w domu u ks. Andrzeja. Chorzy, niemogący uczestniczyć we wspólnym posiłku, otrzymują wigilijne potrawy wraz z opłatkami rozwożone przez księdza do swych domów. – Bardzo zależy mi, aby wśród moich parafian tego wyjątkowego dnia nikt nie był sam. Niektórzy przychodzą lub przyjeżdżają autobusami sami, po innych jadę ja lub ktoś inny, bo trudno, by np. pani mająca 92 lata była w stanie pokonać ponad 10 km – opowiada ks. Andrzej. – Zawsze kilka dni przed świętami zbieramy się, ustalamy, co kto przygotowuje, naturalnie na miarę swoich możliwości. Główne dania, jak chociażby barszcz, uszka, pierogi, są na mojej głowie, z powodów czysto logistycznych. Po Mszy św. w kuchni robi się gwarno i tłoczno, gotowane są uszka czy pierogi. Pozostałe potrawy wyjmujemy spod kołder i koców, dokąd trafiły, żeby nie wystygły. Do wieczerzy zasiada od kilkunastu do ponad dwudziestu osób. Wszystko zależy od zdrowia zaproszonych. Bywa, że epidemia grypy lub jakiejś innej infekcji powoduje, iż część seniorów zmuszona jest pozostać w ciepłych domowych pieleszach. Kiedy jednak zdrowie dopisuje, wówczas ksiądz proboszcz ustawia dodatkowy stół, by wszyscy mogli się pomieścić. Na wieczerzy obowiązkowo muszą być barszcz z uszkami, kutia i pieczona główka kapusty. Pojawiają się również zamówione specjalnie przez ks. Andrzeja i dostarczone z Polski popularne u nas dania, jak ryba po grecku lub po żydowsku. Po wilii cała plebania rozbrzmiewa śpiewem kolęd – polskich i ukraińskich. – Część osób nocuje u mnie i dopiero następnego dnia wraca autobusami do domu, niektóre zaś sam odwożę – wyjaśnia ks. Andrzej. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia świąteczny obiad ks. Kwiczala przygotowuje natomiast dla wiernych z drugiej parafii w Lubieszowie, gdzie również posługuje od 18 lat. – W Wielkanoc jest odwrotnie – śniadanie w Lubieszowie, a obiad w Maniewiczach. Sprawiedliwość musi być – zauważa ze śmiechem.

Dumni z polskości

– Parafia liczy około 75 osób, ale czysto polskich rodzin w Maniewiczach jest około dziesięciu, wiele natomiast jest mieszanych. Nasze poczucie przynależności do polskości nierozerwalnie związane jest także z naszą wiarą rzymskokatolicką. Dla nas jest to jedność. Zresztą, co może niektórych nieco zdziwić, również działalność organizacji polonijnych jest najczęściej związana z placówkami kościelnymi. Nie inaczej jest u nas w Maniewiczach, gdzie głównym ośrodkiem polskości jest parafia, z którą bardzo ściśle współpracujemy jako maniewicki oddział Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu – podkreśla Halina Pawluk, prezes miejscowego oddziału. – Zresztą powstanie stowarzyszenia, które ukonstytuowało się niedługo po upadku Związku Sowieckiego, było efektem zawiązania się w Łucku przy katedrze wspólnoty katolickiej. To osoby przynależące do niej stały się zalążkiem łuckiego SKP, które w kolejnych latach poszerzało swoją działalność, powołując oddziały w innych miastach Wołynia. Pani Halina wspomina, jak razem z nieżyjącą już mamą Kazimierą Mitkalik, z domu Skowronek, pojechały do łuckiej katedry na Mszę, gdy tylko dowiedziały się, że zaczęto odprawiać w niej nabożeństwa. Początkowo odbywały się w zakrystii, w samej świątyni wciąż jeszcze działało Muzeum Ateizmu. O powstaniu stowarzyszenia poinformował panią Kazimierę jej syn, który wracając z Polski, spotkał w autokarze Irenę Kostecką, jego prezes. Kobieta zachęciła go do powołania oddziału w Maniewiczach. Pomysł ten natychmiast podchwyciła pani Kazimiera, która nawet w najgorszych latach stalinowskiego terroru nigdy nie wyrzekła się polskości, wręcz przeciwnie, mocno podkreślała, że jest Polką, i takiej samej postawy uczyła swoje dzieci. – Nigdy nie ukrywaliśmy i nie wstydziliśmy się polskiego pochodzenia, wręcz przeciwnie, dumna byłam, gdy w szkole jako uczennica, a potem nauczycielka słyszałam określenie „Polaczka” – zaznacza pani Halina, która przejęła funkcję prezesa oddziału SKP w Maniewiczach po swojej mamie. Zasługi dla parafii oraz podtrzymywania języka i tradycji polskiej, jakie położyły mama i córka, są nie do przecenienia. Przyczyniły się do odzyskania miejscowego kościoła przez katolicką społeczność, od ponad 20 lat, najpierw dzięki Kazimierze Mitkalik, a następnie jej córce, działa oficjalna Sobotnia Szkoła Języka Polskiego, której uczniowie odnoszą sukcesy w olimpiadach organizowanych przez polski MSZ. Pani Kazimiera pozostała w rodzinnych Maniewiczach zrządzeniem losu, który przysporzył jej niemało cierpień. – Jesienią 1940 r. babcia wyszła za mąż, ale jej szczęście trwało zaledwie kilka dni. Niestety, Sowieci aresztowali jej nowo poślubionego męża, który przepadł bez wieści. Wszelkie poszukiwania, dobijanie się do kolejnych urzędów nie przyniosły rezultatu. Babcia czekała, wciąż wierzyła, że mąż wróci. Kiedy jednak od innego chłopaka z Maniewicz, aresztowanego tego samego dnia co jej mąż, przyszła wiadomość, w której nie wspomniał o nikim z towarzyszy, uwierzyła, że on nie żyje. Pod koniec wojny wyszła po raz drugi za mąż – przytacza rodzinną historię Roman Pawluk, wnuk pani Kazimiery. – Kiedy zaczęła się akcja repatriacyjna, babcia była przygotowana. Udała się z dziećmi do Kowla, skąd miał odchodzić transport do Polski, ale jej drugi mąż nie zgodził się na wyjazd. I tak zostali, chociaż siostry babci zdążyły już wyjechać i osiedlić się w Łodzi. Nie jest to jednak koniec niezwykłej historii mojej babci. W 1947 r. odnalazł się pierwszy mąż. Został zesłany na Syberię, a stamtąd po układzie Sikorski–Majski trafił do armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Pozostał w Anglii. Zaproponował babci wspólne życie, ale było to już niemożliwe. Na świecie pojawiły się dzieci z drugiego małżeństwa, poza tym po 1947 r. granica została zamknięta. Spotkali się w Polsce parę razy, m.in. tuż przed swoim odejściem. Pani Kazimiera do końca życia podkreślała, że jest Polką, i chciała, by tak samo czyniły jej dzieci. Jak się okazuje, pragnienie tej wspaniałej kobiety spełniło się i jej duchowy testament realizują kolejne pokolenia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama