Nowy numer 42/2019 Archiwum

Nielegalny budowniczy

O. Józef Kostecki OP, wieloletni przeor tarnobrzeskiego klasztoru ojców dominikanów, mówi o swojej pracy i wzruszeniu związanym z powrotem do miasta, w którym zostawił po sobie trwały ślad.

Marta Woynarowska: Jakie uczucia towarzyszą Ojcu po otrzymaniu tytułu Zasłużony dla Tarnobrzega?

O. Józef Kostecki OP: Jestem autentycznie mocno wzruszony, że po 40 latach znów jestem wśród swoich i że jeszcze mieszkańcy miasta i władze pamiętają o mnie.

Pamięta Ojciec pierwszy dzień w tarnobrzeskim klasztorze?

Przyjechałem przed Wigilią Bożego Narodzenia, a moim pierwszym duchowym występem było kazanie na Pasterce. Wówczas kazania głoszone były z ambony. Wyszedłem, spojrzałem, a tu cały kościół wypełniony ludźmi. Nasza parafia obejmowała przecież cały Tarnobrzeg, łącznie z Mokrzyszowem. Byłem lekko stremowany, wzruszony, ale jak później niektórzy parafianie mi mówili, mimo mojego młodego wieku z każdym kolejnym zdaniem rosło ich uznanie dla mnie i dla tego, co mówiłem. Pewien starszy pan, siedzący tuż przy ambonie, trącił łokciem swoją żonę i stwierdził: „Nawet nieźle mu idzie”. (śmiech)

Czas, w którym Ojciec był przeorem klasztoru, czyli od lat 60. po początek 80., dla Kościoła, w tym również tarnobrzeskiego, był bardzo trudny.

W roku moich święceń kapłańskich, czyli w 1959, doszło do kolejnego aktu profanacji cudownego wizerunku Matki Bożej Dzikowskiej. Po raz drugi w jego dziejach świętokradca zerwał korony z głowy Maryi i Dzieciątka. Przyjeżdżając do Tarnobrzega, pomyślałem sobie, że moim wielkim pragnieniem byłoby ponowne ukoronowanie Dzikowskiej Pani. I tak też się stało. Trzecia w historii koronacja odbyła się w 1966 r. Drugą wielką troską było zbudowanie domu katechetycznego, by młodzież i dzieci mogły w godziwych warunkach uczestniczyć w katechezach, brakowało nam bowiem sal. Wpadłem na pomysł, by w miejscu stajni (wciąż jeszcze przy klasztorze istniały dawne nieużytkowane zabudowania gospodarcze) powstał dom katechetyczny. Dla zmylenia władz po dziedzińcu chodziły kury, kaczki, a my na fundamentach stajni rozpoczęliśmy budowę. Naturalnie nie mieliśmy żadnego pozwolenia, którego przecież i tak nie otrzymalibyśmy. W efekcie powstał budynek z ośmioma salami lekcyjnymi, służący do dzisiaj. Niestety, po pewnym czasie dostałem wezwanie na milicję do Rzeszowa, gdzie byłem przesłuchiwany przez cały dzień. Koniecznie chcieli ze mnie wydobyć nazwiska osób zaangażowanych w budowę. Nikogo nie zdradziłem. Później odbyła się sprawa sądowa, ale pani sędzia okazała się naprawdę dobrym człowiekiem i mimo obecności przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa i milicjantów nie uległa presji. Stwierdziła, że oskarżony, czyli ja, nie miał w tym przedsięwzięciu żadnego prywatnego interesu, a kierowała nim jedynie troska o dobro dzieci i młodzieży.

Niemało zmartwień przysporzyła Ojcu i kapelanowi o. Filipowi Mitule ówczesna dyrekcja szpitala.

Pod pretekstem remontu władze szpitala dążyły do zamknięcia, a właściwie likwidacji kaplicy. Zostałem nawet wezwany do zabrania Najświętszego Sakramentu. Wyjaśniłem, że nie ma takiego zwyczaju. Wówczas zamknęli kaplicę, plombując wejście do niej. Znaleźli się jednak dwaj odważni ludzie, którzy zerwali plomby i weszli do środka razem ze mną. Odprawiłem Mszę, spożyłem komunikanty, ale zostawiłem trzy, z przekonaniem, że jeśli Najświętszy Sakrament pozostanie w kaplicy, to nie zostanie zlikwidowana. Pojechałem w lipcu na urlop i niebawem otrzymałem telefon, że kaplicy nie ma, a wszystko, co się w niej znajdowało, zostało wyrzucone, w tym także puszka z Najświętszym Sakramentem. Kiedy przystąpiliśmy do – znowu potajemnej i nielegalnej – budowy małego kościoła, który powstawał w środku pod przykryciem dawnej stodoły, nadaliśmy mu wezwanie Męki Pańskiej, w ramach ekspiacji za zbezczeszczenie w szpitalu Pańskiego Ciała.

Ma Ojciec również swój udział w powstaniu parafii i pierwszego, jeszcze drewnianego, kościoła na osiedlu Serbinów.

Biskup Ignacy Tokarczuk zaprosił mnie do Przemyśla. Ponieważ podejrzewał, że ma założony w pałacu podsłuch, rozmawialiśmy w ogrodzie. Powiedział, że trzeba wybudować w Tarnobrzegu kolejną świątynię, gdyż sanktuarium i kościół Męki Pańskiej nie wystarczają dla rozrastającego się szybko miasta. Zależało mu na postawieniu nawet czegoś małego. Poszedłem zaraz po tej rozmowie do państwa Szczytyńskich, starszego już małżeństwa, on był chyba w oddziale „Jędrusiów”. Było to w nocy, obudziłem ich. Mówię do pana Szczytyńskiego, że musimy zrobić coś przeciw komunie, a on na to, iż zbrojnie jej nie pokonamy, ale spróbujemy ją w inny sposób rzucić na kolana. Zgodził się przekazać swoją prywatną działkę pod budowę kościoła. Niebawem przyjechał oddelegowany przez bp. Tokarczuka ks. Michał Józefczyk i razem, wykorzystując zaaferowanie władz pielgrzymką Jana Pawła II, ustawiliśmy drewniany kościółek na Serbinowie. To było moje ostatnie dzieło kończące pobyt w Tarnobrzegu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL