Nowy numer 42/2018 Archiwum

Życie w trzech epokach

Coraz mniej czasu spędzamy w XXI wieku, wybierając średniowiecze lub okres sarmacki – żartują aktorzy serialu „Korona królów”.

Jednorazowy, jak planowano, udział w telewizyjnej produkcji przekształca się powoli w systematyczną grę w serialu. – Nie przypuszczaliśmy, jadąc w lutym do Malborka na plan zdjęciowy, że ta sympatyczna przygoda potrwa znacznie dłużej. Nie ukrywamy, że bardzo nas to cieszy – stwierdza Sławomir Partyka z Tarnobrzeskiej Chorągwi Rycerskiej Leliwa.

– Dzięki temu mamy doskonałą sposobność zawarcia znajomości, wymiany doświadczeń z innymi grupami rekonstrukcyjnymi z Polski, co w naszej działalności jest niezwykle cenne – dodaje Szymon Kasak. Tym razem uczestniczyli w dwóch planach zdjęciowych, kręconych na zamku w Malborku oraz w opactwie cysterskim w Wąchocku. Krzyżacki zamek ponownie stał się tłem, tym razem dla II zjazdu wyszehradzkiego, który odbył się latem 1338 lub 1339 roku – co do daty wśród historyków nie ma zgody. – Zdjęcia, podobnie jak w lutym, trwały pełne trzy dni, od wczesnego ranka do późnego wieczora. Na szczęście było nieco cieplej niż poprzednio – opowiada Sławomir Partyka, który awansował z trębacza na dworzanina węgierskiego i tym samym znalazł się razem z panem Szymonem w otoczeniu króla Węgier Karola Roberta, będącego gospodarzem zjazdu. – Szczęśliwie nie musiałem wciągać na siebie „szachownicy”, w jaką odziany byłem jako trębacz, ale założyłem szaty przystające godności postaci, w którą się wcielałem. Właściwie niemal całe kostiumy, w których graliśmy, były nasze. Panie garderobiane użyczyły tylko jakichś dodatków. – Okazuje się, że producenci serialu kładą nacisk, aby osoby wypełniające tło, czyli przede wszystkim członkowie grup rekonstrukcyjnych, posiadali własne kostiumy z epoki. Znacznie ułatwia im to pracę i odciąża zapewne budżet produkcji. W serialu, co ciekawe, właściwie nie występują typowi statyści, tylko rekonstruktorzy. Powód jest bardzo prosty. Nam, doskonale czującym dawną epokę, znającym ówczesną obyczajowość, sposób bycia, codzienne życie różnych sfer społecznych, noszone ubiory, nie wspominając o historii, nie trzeba tłumaczyć, jak mamy się zachowywać, poruszać. My to mamy już we krwi i w chwili, kiedy zakładamy historyczne kostiumy, automatycznie przybieramy postawy i zachowanie z epoki – mówi Szymon Kasak. – Z mówienia sobie po imieniu przechodzimy bezwiednie na zwroty: „panie Sławomirze”, „szlachetny panie”, „asan”, „waszmość” itd. Dlatego pan Sławomir, jako dworzanin jednego z najpotężniejszych i najbogatszych ówczesnych monarchów europejskich, musiał wykazać się pełną galanterią i wykwintnym obyciem, zwłaszcza wobec dam dworu. – Sceny kręcone były nie tylko w jednej z komnat, ale także w krużgankach, na dziedzińcu, gdzie miałem oprowadzać dwórki, przechadzając się z nimi pod rękę oraz zabawiać je w czasie przerw w obradach zjazdu. Był nawet dość zabawny moment, kiedy – jak kazały ówczesne prawidła savoir vivre’u  – witając się z jedną z dam, przyklęknąłem i ujmując w dłoń dół sukni, ucałowałem jej rąbek – opowiada Sławomir Partyka. – Dziewczyna, co było widać, lekko się zaniepokoiła, co też Sławek zamierza zrobić z jej sukienką – śmieje się pan Szymon. Obok wyczerpującej pracy na planie, trwającej po kilkanaście godzin, w czasie których kręcono niezliczoną ilość dubli, były również chwile na małe przyjemności lub, jak kto woli, na małe co nieco, po którym nikt nie mógł nawet patrzeć na obiad. – Pierwszego dnia, kiedy już skończyliśmy kręcenie scen z uczty, reżyser, zadowolony z pracy, w przypływie życzliwości uznał, że szkoda zostawiać na stole tyle pieczystego i zaprosił rekonstruktorów do uczty – mówi, śmiejąc się pan Sławomir. – Przyznam, że tak się objadłem pieczonymi kurczakami, że do następnego dnia nic nie jadłem – dodaje pan Szymon. – Ale to było tylko pierwszego dnia. – Bo już trzeciego, kiedy nagrywaliśmy sceny kończącego się zjazdu, na stołach królowały przeważnie mocno ponadgryzane resztki z poniedziałkowego pieczystego – śmieje się S. Partyka. W Wąchocku zaś, gdzie w zdjęciach uczestniczył pan Szymon i kilku członków Grupy „Sarmata” z Sandomierza oraz zaproszeni przez niego rekonstruktorzy m.in. z Ostrowca Świętokrzyskiego i Radomia, filmowców przywitała prawdziwa marcowa zima. – Rozpętała się okropna zamieć, ale dzięki temu zdjęcia wyszły niezwykle urokliwie – wyjawia S. Kasak. – Mimo panującego zimna nie zmarzłem, ponieważ stałem przy samym ognisku, w którym rozgrzewałem… narzędzia tortur. Pan Szymon został bowiem dominikańskim mnichem pomagającym egzorcyście w „uzyskaniu” przyznania się do winy jednej z głównych postaci serialu. – Rola zakonnika nie była mi obca, gdyż przed laty wcielałem się w paulina, i to przez trzy dni, przy okazji obchodów 350. rocznicy obrony Jasnej Góry. Ach, co to się wówczas działo… – z tajemniczym uśmiechem wspomina Szymon Kasak.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy