Nowy numer 43/2020 Archiwum

Zawsze są w pogotowiu

– Każde dziecko kochamy jak swoje, dając mu to, co najważniejsze: własne serce – podkreśla Anna Gajewska.

W domu państwa Gajewskich najpierw zwraca uwagę kilka łóżeczek dla małych dzieci, ustawionych w dwu pokojach, potem całkiem sporo zabawek oraz wszystko to, co potrzebne jest do pielęgnacji maluchów i opieki nad nimi. – Jesteśmy przygotowani na przyjęcie każdego dziecka. Od kilkutygodniowego noworodka prosto ze szpitala, do kilkulatków, które przywożone są najczęściej z interwencji policyjnych – opowiada Anna Gajewska.

Mama i tata na telefon

Niczym nie wyróżniający się dom w podostrowieckich Gromadzicach kryje tajemnicę niezwykłych serc, które gotowe są na pomoc o każdej porze dnia i nocy. Państwo Anna i Mirosław Gajewscy od kilkunastu lat dają nie tylko schronienie, ale przede wszystkim rodzinne ciepło i rodzicielskie serce skrzywdzonym i poranionym dzieciom. Ich zadaniem, jako pogotowia rodzinnego, jest doraźna pomoc i opieka nad dziećmi, w których rodzinach źle się dzieje. Przy nich dzieci doświadczają prawdziwej miłości, rodzinnego ciepła i odzyskują wiarę w kochające rodzicielskie serce. – Tak naprawdę to my więcej zawdzięczamy tym dzieciom niż one nam. Dzięki nim nie starzejemy się jako rodzice, zawsze jesteśmy małżeństwem z małymi dziećmi. To one uczą nas dziękować Bogu za dar bycia dobrym ojcem i dobrą mamą – podkreśla Anna Gajewska. Mieli już niemal dorosłe dzieci, gdy pani Ania wyczytała w prasie, że Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie poszukuje małżeństw, które zdecydowałyby się pełnić funkcję rodziny zastępczej. – Kiedy jeszcze mieliśmy dwoje dzieci, myśleliśmy o adopcji, ale pomysł upadł, gdy na świat przyszła trzecia córka. Wtedy pojawiła się myśl o rodzinie zastępczej, jednak okazało się, że mamy za mały dom, aby sprostać wymaganiom, dlatego zdecydowaliśmy się włączyć w program pogotowia rodzinnego. Starsze córki, które były już poza domem, były pełne euforii. Najmłodsza początkowo miała pewne opory, które z czasem przełożyły się na wielką siostrzaną miłość, jaką okazywała dzieciom, które trafiały pod naszą opiekę – dodaje. – Jesteśmy mamą i tatą na telefon, w nocy, o północy, gotowi do opieki nad każdym dzieckiem. To wymaga poświęcenia, ale daje dużo radości – dodaje pan Mirosław. Jak opowiada pani Ania, początkowo wraz z mężem mieli wiele obaw, czy podołają obowiązkom, czy dadzą radę opiekować się kilkoma dziećmi naraz, czy starczy sił i cierpliwości. – Jako pierwsze trafiło do nas rodzeństwo, 4-letni chłopczyk i 6-letnia dziewczynka. Zostali przywiezieni po domowej interwencji policji, z rodziny mocno dotkniętej alkoholem i przemocą. Potrzebowali spokoju, czułości i opieki. Ta pierwsza podopieczna jest już dorosła i czasem nas odwiedza w święta czy przy innych okazjach – opowiada pani Anna. Potem przyszli kolejni podopieczni. Do ich domu trafiają niemowlaki pozostawione przez mamy w szpitalach, dzieci z interwencji czy też maluchy, które oczekują na adopcję. – Każde z nich kochamy jak swoje, a nawet bardziej. Od pierwszej chwili czujemy się ich rodzicami, od razu jest przytulanie i obdarzenie wielką czułością rodzicielską. Staramy się im dać wszystko to, co powinni dać rodzice. A odpowiedzialność za nie jest nawet większa niż za biologiczne dzieci – dodaje pani Anna.

Dom otwarty dla każdego

W ich domu opiekę i rodzicielską miłość odnalazło już 69 dzieci, a niebawem otrzymają kolejne maleństwa. Kilkumiesięczna dziewczynka śpi w łóżeczku, a po pokoju spaceruje kilkuletnia Zuzia, co chwila prezentująca z dumą swoje zabawki. – Lżej jest, gdy trafiają do nas niemowlaki zostawione przez mamę w szpitalu, one jeszcze nie są aż tak zranione emocjonalnie. Mogą szybciej trafić do adopcji i mieć normalne, piękne dzieciństwo. Dużo trudniej jest wtedy, gdy dzieci przywozi policja, czasem prosto z interwencji. Wtedy trzeba szybko sprawić, aby poczuły się jak w domu. A trafiają do nas dzieci naprawdę skrzywdzone przez najbliższych. Niektóre są na głodzie alkoholowym, inne zaniedbane higienicznie i zdrowotnie, często głodne, wystraszone, a nawet dotknięte przemocą fizyczną. Najpierw trzeba o nie po prostu zadbać, nakarmić, wykąpać, przytulić i ukochać. To najlepiej leczy zranione uczucia. Wiele z nich wymaga pomocy lekarzy specjalistów, więc staramy się im taką opiekę zapewnić. Nie wracamy do tego, co przeżyły, ale przede wszystkim dajemy miłość i rodzicielską troskę. Szybko przyzwyczajają się do nas jako do swojej nowej cioci i wujka – opowiada, nie kryjąc wzruszania pani Ania. Pod ich opieką dzieci pozostają do momentu, aż sytuacja rodzinna się wyklaruje lub trafiają do ośrodków opiekuńczych. Czasem trwa to krótko, a nieraz trochę dłużej, więc dzieci pozostają u nich nawet ponad rok. Są przypadki, że rodzice zdołają zrozumieć swój problem, rozwiązują go i dzieci wracają do nich. Jednak to zdarza się rzadko. Częściej dzieci trafiają do rodzin zastępczych, domów dziecka lub zostają adoptowane przez nowych rodziców. Tak najczęściej dzieje się z najmłodszymi. Choć państwo Gajewscy byli już doświadczonymi rodzicami, to jednak musieli się na nowo uczyć opieki nad noworodkami, które przywożone są czasem prosto ze szpitala. – Zaraz na początku dostaliśmy miesięcznego maluszka, potem dołączył nieco starszy trzymiesięczny, więc przechodziliśmy na nowo chrzest rodziców małych dzieci. Było nocne wstawanie, bieganie po schodach z butelkami z mlekiem i przewijanie. Oczywiście przychodziło zmęczenie i pytanie, po co to robię, ale ono przechodziło bardzo szybko, gdy na buzi dziecka pojawiał się uśmiech szczęścia – opowiada pani Ania. Po tych kilkunastu latach doświadczenia, gdy w domu pod opieką jest jedno lub dwoje dzieci, to dla nich jest to niemal sytuacja wypoczynkowa i – jak mówią – duży luz. – Bywało i bywa tak, że pod opieką mamy kilkoro dzieci, więc wtedy pracy jest naprawdę sporo. Był czas, że przez chwilę mieliśmy szóstkę takich kilkulatków, nie było łatwo podołać. Przy takiej grupce jest cała masa prania i prasowania. Jednak rodzicielstwo nas nie męczy, a ja nie umiem powiedzieć, nie. Bo gdy w nocy dzwoni ktoś z interwencji, to jak możemy nie przyjąć dziecka. Zawsze jest u nas dla niego miejsce – dodaje.

Wartość rodzicielstwa

– Największy stres i emocje przeżywamy przy pożegnaniach. Choć zdajemy sobie sprawę, że nasza opieka ma być krótkotrwała, to jednak z każdym dzieckiem związani jesteśmy bardzo emocjonalnie. Pamiętamy imię każdego z nich. Gdy odchodzą od nas, oddajemy im kawałek własnego serca – podkreśla pani Ania. W przypadku, gdy dziecko ma trafić do adopcji, najpierw badane jest przez ośrodek adopcyjny. Pani psycholog sprawdza jego poziom intelektualny, emocjonalny, a w przypadku noworodka ogólny stan zdrowia. – Przy ostatniej adopcji rodzice przyjeżdżali do nas przez dwa miesiące, na godzinę lub dwie, aby zapoznać się z dzieckiem, pobyć z nim, przyzwyczaić go do siebie. Wtedy przeżywa ono mniejszy stres wejścia w nową sytuację. Jednak często schody zaczynają się, gdy dziecko pojedzie z rodziną. Czasem ci rodzice muszą się uzbroić w cierpliwość, by dziecko zaaklimatyzowało się i zaufało im. Podziwiam rodziców adopcyjnych, są naprawdę bohaterami. To właśnie przy nich zrozumieliśmy, jak wielkim darem jest rodzicielstwo. Mieliśmy taki przypadek, że jeden z przyszłych tatusiów, gdy przyjechał i zobaczył dziecko, które mieli adoptować, klęknął na progu i zaczął płakać z radości. Kolejne małżeństwo, gdy zaadoptowało niepełnosprawne dziecko, było tak szczęśliwe z obecności maluszka, że zadzwonili do nas i powiedzieli, że są gotowi na kolejną adopcję, nawet gdyby i kolejne także miało być niepełnosprawne. To są współcześni bohaterowie – dodaje. Oboje podkreślają, że w naszym społeczeństwie adopcja jest niedoceniana i patrzy się na nią bardziej przez pryzmat zaradzenia niemożności posiadania potomstwa niż jako wielki dar dla dziecka. – Jedna z naszych dziewczynek, która została zaadoptowana, gdy pewnego razu odwiedziła nas ze swoimi nowymi rodzicami, powiedziała, że nie lubi słowa adopcja. Zapytałam, dlaczego? Opowiedziała, że kiedyś na podwórku jedna z jej koleżanek powiedziała „jedna matka cię zostawiła, a druga głupia, że cię wzięła”. Ta koleżanka na pewno tego sama nie wymyśliła, musiała słyszeć w domu. Rodziny adopcyjne to wielkie dobro i szansa na normalne rodzinne życie dla wielu dzieci. Warto o tym pamiętać, a nie stygmatyzować ich – dodaje. Dobry przykład buduje Jedna z córek państwa Gajewskich, zapatrzona w postawę rodziców, sama podjęła pracę w domu dziecka prowadzonym przez siostry franciszkanki Rodziny Maryi w Denkowie. – Także nasi bliscy i znajomi wzięli z nas przykład i też pomagają dzieciom. Mój brat założył pogotowie rodzinne, zaprzyjaźniona rodzina z okolic Kielc została rodziną zastępczą, bo ciężko im było rozstawać się z małymi dziećmi. A jedna z rodzin, która adoptowała od nas maluszka, teraz u siebie w Warszawie założyła pogotowie rodzinne. Dobrem więc można, a czasem nawet trzeba się zarazić – podsumowuje pani Anna. – Nasze działanie nie byłoby możliwe bez wielu osób, które nam pomagają i nas wspierają. Począwszy od rodziny, przyjaciół pracowników PCPR po wszystkich, których spotykamy na naszej drodze. Dziękujemy Bogu, za to, że jesteśmy, trwamy i możemy się dzielić tym, co mamy – podsumowuje pan Mirosław.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama