Nowy numer 48/2020 Archiwum

Różne ścieżki, jedna Droga

– Nie wyobrażam sobie, by w Wielki Piątek nie stanąć przy krzyżu na bieszczadzkim szczycie – wyjawia Zenon Dziadura.

W dzień upamiętniający śmierć Chrystusa na krzyżu, wierni masowo uczestniczą w Drogach Krzyżowych odprawianych w kościołach, na ulicach miast, wsiach lub górskich szlakach. Bez względu na to, jakimi ścieżkami one wiodą, łączy je jedna droga – Via Dolorosa.

Bieszczadzki trud

W tym roku, podobnie jak w ubiegłym, wierni uczestniczący w rozważaniach Męki Pańskiej będą podążać na bieszczadzki Smerek, nie zaś na Tarnicę, jak czynili to przez lata. Bieszczadzki Park Narodowy zamknął bowiem szlaki na najwyższy szczyt Bieszczadów. – To bez znaczenia, który będzie to szczyt, wszak będziemy iść w stronę krzyża, a ten jest jeden – zauważa Zenon Dziadura, ultramaratończyk, prezes Klubu Biegacza Witar z Tarnobrzega. Pan Zenon przyznaje, że jest głęboko wierzącym człowiekiem i zawsze był blisko Boga. – Jestem też maratończykiem. Lubię więc podejmować różnego rodzaju wyzwania. Jak tylko dowiedziałem się o Drodze Krzyżowej na Tarnicę, od razu zdecydowałem się pójść. Po pierwszym razie byłem nią oczarowany, mimo że trasa była bardzo wymagająca, ponieważ trzeba było wdrapać się na szczyt góry na wysokość po nad 1300 metrów! Duży wysiłek fizyczny, ale ból towarzyszący modlitewnej zadumie to namiastka tego, co cierpiał Chrystus na krzyżu – dzieli się maratończyk. Zenon Dziadura z reguły chodzi na Drogi Krzyżowe z konkretną intencją. – Los trochę mnie doświadczył, bo od ponad 2 lat choruję na boreliozę. Z tą intencją między innymi pójdę w tegoroczną drogę. Już nie mogę się doczekać. Jest to wewnętrzne przeżycie, które nie da się opisać, ale też wyzwanie. Pamiętam, kiedy podczas jednej z tych dróg na sam szczyt wspięła się tylko garstka pielgrzymów, tych najmocniejszych. Trochę nawet pobłądziliśmy. Trzeba wcześniej do takiej drogi dobrze się przygotować – dodaje pan Zenon. Zwyczaj organizowania wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej na Tarnicę zrodził się w roku 1982, kiedy grupa wiernych z ks. Franciszkiem Rząsą po raz pierwszy wyszła na szlak wiodący do krzyża ustawionego trzy lata wcześniej na szczycie góry. Pomysł wzniesienia go narodził się podczas letnich obozów wędrownych organizowanych dla alumnów Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu. W 1979 r. w tajemnicy został ustawiony 2-metrowy krzyż, zmontowany z rur, który był rodzajem dziękczynienia za powołanie na Stolicę Piotrową Polaka. To jednak było rozwiązanie tymczasowe – w osiem lat później w nocy z 6 na 7 czerwca, kiedy trwała pielgrzymka Jana Pawła II do Polski, grupa konspiratorów pod wodzą ks. Franciszka Rząsy zmontowała 7-metrowy krzyż. Obok umieścili tablicę informującą, że został on postawiony na pamiątkę wyprawy ks. Karola Wojtyły na Tarnicę 5 sierpnia 1953 r. Obecny, trzeci już krzyż – duraluminiowy – ustawiono w roku Wielkiego Jubileuszu, po tym, jak poprzedni uszkodziła wichura.

„Upokorzeni” kruchością

Zainicjowany w 1982 r. zwyczaj odprawiania bieszczadzkiej Drogi Krzyżowej z każdym rokiem przyciągał coraz liczniejsze grono wiernych, wśród których od lat znajduje się silna grupa tarnobrzeska. Od początku organizatorem wyjazdu był Oddział Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Tarnobrzegu, a opiekę duchową i rozważania przygotowywali miejscowi kapłani – ojcowie dominikanie lub księża z innych parafii. Ojciec Andrzej Bielat OP z tarnobrzeskiego klasztoru ojców dominikanów w tym roku podczas Drogi Krzyżowej skorzysta z rozważań amerykańskiego arcybiskupa Fultona Sheena. – Choć pochodzą one z lat 30. ubiegłego wieku, są nadal bardzo aktualne. Tekst nie jest ani łzawy ani sentymentalny czy też emocjonalny. W VIII stacji Drogi Krzyżowej Chrystus wyraźnie mówi: „Nie płaczcie nade mną!” – podkreśla dominikanin z Tarnobrzega. Ojciec Andrzej wybiera się na Tarnicę, bo lubi chodzić po górach. Zostało mu to jeszcze z czasów oazowych. – Ponadto idzie tam setka ludzi, którym chce się kilka godzin jechać autokarami, a później wdrapywać na górę – trzeba im więc służyć, jeśli zachodzi taka potrzeba. Tym bardziej, że naprawdę szukają realnego, duchowego przeżycia. W górach, po pokonaniu kilkugodzinnej trasy, często w deszczu, wietrze a nawet śniegu, wszyscy czujemy się „upokorzeni” swoją ludzką małością i wspominamy potem te przeżycia z wielką pokorą – dodaje. Tarnobrzescy pątnicy tradycyjnie rozpoczną Wielki Piątek jeszcze przed świtem – wyjazd sprzed klubu Tapima planowany jest bowiem o godz. 5. Po kilku godzinach jazdy przez Nową Dębę, Rzeszów i Sanok dotrą do Wetliny, skąd przez Przełęcz Orłowicza będą zdążać na Smerek wznoszący się na wysokość 1222 m n.p.m.

Ku Świętemu Drzewu

Ku górze w każdy Wielki Piątek pną się również wierni, którzy idąc Drogą Królewską z Nowej Słupi ku sanktuarium Krzyża Świętego, rozważają kolejne stacje Drogi Krzyżowej. Bez względu na aurę, która bywa czasami – podobnie jak w Bieszczadach – prawdziwie zimowa, w nabożeństwie uczestniczy kilka tysięcy osób. Są to nie tylko mieszkańcy okolicznych miejscowości, ale wierni z całej diecezji sandomierskiej, jak i sąsiadujących – kieleckiej i radomskiej. Od kilkunastu lat wraz z rzeszą wiernych stromymi ścieżkami podążają biskupi sandomierscy. Świętokrzyska Droga Krzyżowa ma dodatkową szczególną wymowę – modlący się idą, by uczcić relikwie Drzewa Krzyża Świętego, przechowywane i strzeżone od stuleci najpierw przez benedyktynów, obecnie przez ojców oblatów. Nabożeństwa Męki Pańskiej sprawowane na Drodze Królewskiej odbywają się od 410 lat. W roku 1608 została ukończona budowa Kalwarii Świętokrzyskiej, którą zainicjował ówczesny opat klasztoru świętokrzyskich benedyktynów o. Michał Maliszewski. W 400 lat później, staraniem władz gminy Nowa Słupia, zrekonstruowano stacje drogi krzyżowej zniszczone przez burzliwe dzieje i upływ czasu. Rozważania Męki Chrystusa wierni rozpoczynają przy pierwszej stacji usytuowanej przy kościele pw. św. Wawrzyńca w Nowej Słupi, by idąc ścieżkami w dawnej puszczy jodłowej przy wtórze szmeru drzew i wiatru, czując trud wspinania się ku szczytowi Świętego Krzyża, jeszcze głębiej zatopić się w cierpienie Pana Jezusa, które odczuwał w drodze na wzgórze Golgoty.

Hrabiowskimi ścieżkami

W wielkopiątkowe południe na dziedzińcu zamku Tarnowskich w Dzikowie od kilkunastu lat rozpoczyna się Młodzieżowa Droga Krzyżowa. – Pomyślałem sobie kiedyś, przed laty, żeby zorganizować Drogę Krzyżową w Parku Dzikowskim – wspomina Kazimierz Wiszniowski, inicjator przedsięwzięcia. – Niestety nie pamiętam, w którym to było roku, a powinienem. Ale trudno. Poprosiłem ks. Michała Józefczyka o zainteresowanie się tym pomysłem, który jak się okazało bardzo mu się spodobał. Inicjatywa się przyjęła, a najlepiej świadczy o tym tłum ludzi, który przychodzi do Dzikowa. Widać, że jest potrzebna. Każdego roku bardzo ważnym momentem było symboliczne przejście pod mostkiem rozciągniętym nad fosą. Ma on nam uświadomić przejście przez próg śmierci z życia doczesnego do wiecznego. Jest to przejście w inny wymiar. Geografia parku, życie toczące się w nim, śpiewające ptaki, przebiegające wiewiórki przywodzą na myśl Kalwarię Zebrzydowską, gdzie wokół wiernych uczestniczących w misterium przejeżdżają samochody, ludzie biegną za swoimi sprawami. Tak jak to było przed dwoma tysiącami lat w Jerozolimie – dodaje Kazimierz Wiszniowski. Przez szereg lat Drogę Krzyżową prowadził śp. ks. prał. Michał Józefczyk, proboszcz parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Tarnobrzegu. Po raz ostatni przeszedł pod mostkiem w Wielki Piątek 25 marca 2016 r., niecałe trzy miesiące przed śmiercią. Kontynuatorem jego dzieła został o. Wojciech Krok OP z tarnobrzeskiego klasztoru ojców dominikanów. W organizację wydarzenia i przygotowanie rozważań oraz całej oprawy od lat aktywnie włącza się młodzież z Katolickich Szkół im. św. Jana Pawła II w Tarnobrzegu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama