Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Cierpliwi bohaterowie

Nie zważając na status społeczny czy majątkowy, choroba i cierpienie dotykają każdego z nas. Niełatwe do zaakceptowania i trudne w znoszeniu nie zawsze muszą kojarzyć się z życiową przegraną.

Angelika miała 14 lat, gdy jej mamę zaniepokoił fakt, że ciągle była zmęczona i słaba. Wszyscy myśleli, że to osłabienie związane z wiekiem dojrzewania. Pierwsze wizyty u lekarzy nie zapowiadały diagnozy, którą po konsultacjach postawił specjalista. Białaczka, czyli nowotwór układu krwiotwórczego. – Przez tydzień z mężem nie mogliśmy dojść do siebie, tylko płakaliśmy po kątach. Angelika chyba początkowo nie zdawała sobie sprawy, że to bardzo poważna choroba – opowiada pani Jolanta, mama dziewczynki. Potem przyszły miesiące zmagania się z chorobą, kolejne chemioterapie, przeszczep szpiku od najbliższych i oczekiwanie na wyniki. – Przeszczep się udał, ale wciąż jeszcze jesteśmy pełni obaw, czy wszystko będzie dobrze – dodaje mama.

Przychodzą nieplanowane

Większość z nas, pytana o zdrowie, ocenia jego stan jako raczej dobry; o dziwo tylko około 15 proc. Polaków skarży się na jakieś dolegliwości. Jednak dla wielu osób choroba i cierpienie stają się codziennością. A jednak nie traktują tego jak wyrok przegranego życia, ale wyzwanie, które podejmują, aby każdy dzień przeżyć z radością i nadzieją. – Gdy usłyszałem, że mam stwardnienie rozsiane, pierwsze, o czym pomyślałem, było: kto się będzie mną opiekował. Jestem osobą samotną, więc to potęgowało strach. Z czasem postanowiłem, że będę walczył, że dam radę. I choć dziś poruszam się na wózku i nie wiem, co będzie jutro, to jednak każdy dzień jest podejmowaniem zmagania o wciąż normalne życie. Chodzi o to, by choroba nie stawiała nas na przegranej pozycji, ale wyzwalała chęć do życia – podkreśla pan Jerzy z Opatowa.

– Nikt z nas nie spodziewa się choroby, nie przewiduje jej, a tym bardziej nie planuje. U mnie wylew przyszedł nagle. Dobrze, że rodzina była w domu – to mnie uratowało. Jednak paraliż przykuł mnie do łóżka. Teraz choroba to część mojego życia – opowiada pan Józef z Tarnobrzega. – W cierpieniu i chorobie człowiek początkowo się buntuje. Zadaje pytania: dlaczego ja? dlaczego właśnie taka choroba? Szukamy winnego swojego losu. Ale z czasem przychodzi akceptacja. I to jest największy sukces. Wtedy łatwiej znieść cierpienie. Bo nie cierpi już duch, lecz tylko ciało, a z tym można sobie poradzić – z uśmiechem dodaje pan Józef. Podobnie o cierpieniu i kalectwie mówi Andrzej, który od blisko 20 lat porusza się na wózku. – Najtrudniej jest pogodzić się z chorobą i cierpieniem wtedy, gdy przychodzi nagle i w młodym wieku. Młodzieńcza nierozwaga, wypadek – i plany życiowe zostały pokrzyżowane. Potem był czas buntu, a potem akceptacja i zrozumienie. Dziś wiem, że zrozumieć sens cierpienia pomogła mi wiara, i to ona nauczyła mnie owocnego przeżywania swojej niepełnosprawności – tłumaczy pan Andrzej.

Samarytańskie dłonie

Chorzy często podkreślają, że w przeżywaniu lub pokonywaniu choroby ważne jest, aby nie być samemu. Przy tarnobrzeskiej parafii na Serbinowie działają już dwa hospicja dla chorych i starszych, a budowany jest kolejny zakład opieki paliatywnej dla osób z chorobą nowotworową. – Nasze hospicja to miejsca, gdzie niesiemy pomoc jak miłosierny Samarytanin osobom chorym, starszym i potrzebującym. To wielki skarb naszej parafii. Odwiedzając codziennie te osoby, widzimy i doświadczamy, jak wiele możemy się od nich nauczyć i jak wiele od nich otrzymujemy. Ich cierpienie i modlitwa są czymś bezcennym – podkreśla ks. Jan Biedroń, proboszcz parafii. Obecnie w dwóch hospicjach przebywa blisko 150 osób, które otoczone są fachową i rodzinną opieką. – Do naszych hospicjów trafiają ludzie wymagający bardzo specjalistycznej opieki, którą trudno zapewnić im w domu. Dotyczy to osób obłożnie chorych lub potrzebujących nieustannej opieki. Niestety, są i przypadki, że rodzina nie chce ponosić trudu opieki i oddaje osobę starszą lub chorą do naszego ośrodka. Są to bolesne momenty dla tych podopiecznych. Podejmujemy wtedy rozmowę z rodziną, wyczulamy na potrzebę utrzymania relacji z chorym, konieczność odwiedzin, by zmniejszyć jego cierpienie – podkreśla ks. Biedroń. Przy chorych niemal cały czas obecne są pielęgniarki, salowe i cały sztab osób, które pomagają im lepiej znosić chorobę, cierpienie i starość. – Większość naszych mieszkańców potrzebuje szerokiej pomocy modyczno-opiekuńczej. Zapewniamy im dobrą opiekę lekarską i pielęgniarską oraz zajęcia poprawiające sprawność umysłową i intelektualną. Nasi pracownicy są z podopiecznymi przez całą dobę. Niesiemy im nie tylko ulgę w cierpieniu, ale dokładamy starań, aby czuły się w naszych hospicjach jak w domu. Prowadzimy fachową rehabilitację i warsztaty terapeutyczne. Jednak najbardziej cenią sobie czas im poświęcony. Czasem wystarczy pobyć z nimi, wysłuchać, przytulić i pocieszyć. To wydaje się być najlepszym lekarstwem – opowiada Maria Walczyna, zastępca kierownika hospicjum. Mimo że czasem są zapomniani przez najbliższych i dotknięci chorobą i cierpieniem, to nie tracą ducha. Otoczeni życzliwym personelem pokonują to, co najtrudniejsze. Każdego dnia pensjonariuszy odwiedzają księża, sprawując dla nich Eucharystię i roznosząc Komunię św. – Bardzo cenią sobie codzienną obecność kapłana i możliwość rozmowy z nim. Dla nas także są to bardzo ważne chwile, które uczą innego spojrzenia na szybko mijającą codzienność – dodaje proboszcz. O wysokim poziomie opieki parafialnego hospicjum świadczy fakt, że mimo dużej ilości miejsc wciąż są osoby, które czekają na przyjęcie. – Wychodzimy naprzeciw potrzebom obecnego czasu, gdy coraz więcej osób starszych wymaga opieki. Także powstający zakład opieki paliatywnej będzie kolejnym miejscem pełnienia miłosierdzia, niesienia ulgi w cierpieniu i godnego przeżywania nieuleczalnej choroby – dodaje proboszcz.

Lekarstwem jest obecność

Miejscem, które najbardziej kojarzy się z chorobą, jest szpital. W ostatnich latach dużo mówi się o reformie służby zdrowia, o zmianach w ubezpieczeniach i świadczeniach zdrowotnych. – Pracuję od wielu lat w służbie ochrony zdrowia i wiem, że nie jest łatwo wyjść naprzeciw oczekiwaniom pacjentów. Musimy mieć jednak świadomość, że zrobiliśmy w polskiej służbie zdrowia ogromny przeskok technologiczny – wyjaśnia Janusz Sikorski, dyrektor sandomierskiego szpitala. Wskazując na miejscową lecznicę, podkreśla, że jest to placówka kompleksowa, czyli niosąca szeroką pomoc medyczną. – Jesteśmy szpitalem specjalistycznym, mającym 24 oddziały. Od noworodków i dziecięcego po oddział paliatywny. Niesiemy pomoc medyczną na oddziałach zabiegowych, rehabilitacyjnym i psychiatrycznym. Pracuje tutaj duży zespół specjalistów z wielu dziedzin medycznych oraz szeroki personel pielęgniarski. Dokładamy starań, aby także dysponować nowoczesnym sprzętem, by pomoc medyczna była jak najlepsza i efektywna – podkreśla dyrektor. Pośród personelu po szpitalnych korytarzach codziennie wędruje od sali do sali ks. Tadeusz Pawłowski. To taki pielęgniarz dusz. – Chorzy nie potrzebują jakichś wywodów o chorobach czy cierpieniu. Chcą, aby razem z nimi pobyć, posiedzieć, porozmawiać o zwykłych rzeczach i nie użalać się nad nimi – podkreśla kapelan szpitala. – Chorzy, widząc mnie przechodzącego, często sami proszą o spowiedź. Z innymi trzeba dłużej porozmawiać, aby często po latach zaufali miłosierdziu Bożemu – dodaje. Mimo wielu lat pracy w szpitalu cierpienie to dla niego wciąż nieodkryta tajemnica. – Na oddziale paliatywnym duchową opieką trzeba otoczyć nieraz nie tylko chorego, ale także i rodzinę, która cierpi wraz z nim, i przygotować ich na moment śmierci bliskiej osoby. Nie zawsze potrzeba słów pociechy, często wystarczy pobyć i pomodlić się wspólnie – dodaje kapelan. – Praca na tym oddziale nie jest łatwa. Myślę, że najważniejszym naszym zadaniem jest być obok chorego, przynieść ulgę obolałemu ciału, być z nim szczerym i nieść mu normalność. Gdy ktoś zbliża się do momentu agonii, zawsze staramy się zapalić przy nim świecę. Obserwujemy, jak w takich mementach jej blask potężnieje, płomień staje się bardzo intensywny, jakby oświetlał drogę przejścia chorego do domu Ojca. Ten blask świecy bardzo uspokaja i daje nadzieję – dodaje Agnieszka Sojda, pielęgniarka. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma