Nowy numer 43/2020 Archiwum

Po godzinach

Przed paroma tygodniami odbyła się premiera najnowszego tomiku wierszy pt. „Osady” tarnobrzeskiego poety i krytyka literackiego Grzegorza Kociuby. O mistrzach i pisaniu po pracy z autorem zbioru rozmawia Marta Woynarowska.

Marta Woynarowska: Kim Pan bardziej się czuje – poetą czy pedagogiem?

Grzegorz Kociub: Zdecydowanie nauczycielem. Przypomina mi się stwierdzenie Juliana Przybosia, że „poetą się nie jest, poetą się bywa”. Ja ująłbym to jeszcze inaczej – poezja jest, a poetą się bywa. Poezja istnieje i może mnie w takim czy innym momencie użyć, podczas gdy ja nie jestem w stanie wymusić na niej, by ona użyła mnie wówczas, kiedy ja tego chcę. Wojtek Kass, poeta i kustosz Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu, wymyślił określenie, że wiersz jest „czasem świętalnym”, czyli poezja jest rodzajem święta, reszta to profanum. Mamy przecież swoje życie, obowiązki, pracę. Uważam, że dobrze jest być poetą po godzinach. Nie wyobrażam sobie, aby być zawodowym poetą i utrzymywać się z pisania. Tym bardziej, że poezja to coś nieprzewidywalnego, nieobliczalnego.

Pierwszy kontakt z poezją?

Ukończyłem Technikum Chemiczne w Jaśle, ale już w trzeciej klasie zrozumiałem, że chemika ze mnie nie będzie (śmiech), mimo że radziłem sobie całkiem przyzwoicie, zdarzały się nawet świadectwa z paskiem.

Być może był to bardziej efekt pracy opartej na ambicjach niż zdolności do nauk przyrodniczych. W czwartej klasie byłem już pewien, że bliżej mi do humanistów niż przyrodników. Ponieważ wiedziałem, że licealiści są bardziej do przodu, jeśli chodzi o język polski, dlatego zaordynowałem sobie samouctwo. Sięgałem po lektury spoza kanonu szkolnego. Teraz wiem, że przeczytałem książki najważniejsze w literaturze XX-wiecznej, bo były to dzieła Kafki, Prousta, Joyce’a. W tym okresie również dużo pisałem. Była to całkowita grafomania (śmiech), ale potrzebna jako ćwiczenie językowe.

Każdy, kto para się literaturą, ma swego wybranego pisarza. Którzy z poetów należą do grona Pańskich mistrzów?

Z XX-wiecznych poetów obcojęzycznych z pewnością za swych mistrzów uważam Thomasa S. Eliota, który uczy pewnej dyscypliny warsztatowej i precyzji w oglądzie świata oraz Rainera Marię Rilkego. I Octavio Paza, późno przeze mnie odkrytego, poetę meksykańskiego. Stało się to dopiero po przyznaniu mu Nagrody Nobla w 1990 roku. Z polskich poetów wymieniłbym wielką czwórkę: Herbert, Miłosz, Różewicz, Szymborska. Z poetów późniejszych zaś, z tzw. Nowej Fali, Krzysztofa Karaska, którego zacząłem odkrywać w połowie lat 90. Później poznałem go osobiście, a obecnie kończymy pracę nad jego biografią, mającą formę wywiadu rzeki. Karasek to swoisty fenomenem poetycki. Jak sam podkreśla, właściwie dopiero około 60. roku życia odkrył swój język poetycki. Krzysztof Karasek to poetycki długodystansowiec.

Z jaką grupą poetycką jest Panu po drodze?

Jeszcze w trakcie studiów z kolegami, Mariuszem Kalandykiem i Staszkiem Dłuskim, którzy są czynnymi poetami i ludźmi zajmującymi się zawodowo literaturą, założyliśmy grupę „Draga”. Określenie to zaczerpnęliśmy z języka ukraińskiego, w którym oznacza m.in. koparkę, pogłębiarkę. Naszym mentorem był nieżyjący już prof. Józef Nowakowski, osoba nie tylko doskonale zorientowana we współczesnej poezji, ale dodatkowo inspirator i duch sprawczy. Wiele z nami dyskutował, wspierał, podpowiadał. Był dla nas człowiekiem bezcennym. Gdy przyglądam się grupom poetyckim XX-lecia międzywojennego, to z pewnością „nie zapisałbym się” ani do Skamandra, ani do Awangardy Krakowskiej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama