Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wigilia pod palmą

Jak wygląda Boże Narodzenie w Papui-Nowej Gwinei? Wigilia w temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza, przy choince zrobionej z gałązki krotonu i kwiatu hibiskusa to święta misjonarza ks. Grzegorza Kasprzyckiego.

Nie było kolędy

W pierwszej kaplicy nabożeństwo rozpoczęło się z godzinnym opóźnieniem. – Ludzie jednak cierpliwie czekali na Mszę św., której w wigilijny wieczór nie mieli już kilku dobrych lat. Atmosfera wypełnionej po brzegi kaplicy wynagrodziła mi trud drogi. Odkryłem po raz kolejny prawdę, że „kto wierzy, nigdy nie jest sam”. Nie było tylko polskiej kolędy „Wśród nocnej ciszy”, ale były równie piękne papuańskie śpiewy – wspomina. Po Mszy ruszył do kolejnej kaplicy. – W tej miejscowości parafianie przygotowali mi niezwykłe powitanie. Właśnie tutaj po raz pierwszy dowiedziałem się, jakie przywileje mają pierworodne dzieci. Parafianie nie omieszkali się dowiedzieć, że jestem pierwszym dzieckiem swoich rodziców, dlatego przygotowali mi tradycyjny obrzęd (kustom), przypisany pierworodnemu – opowiada. Po Mszy były uściski rąk, życzenia oraz coś na wynos na bożonarodzeniowe świętowanie. – Przechodząc przez kaplicę, musiałem uważać na śpiące na twardym betonie dzieci, które nie potrzebują do spania miękkich łóżek. Potrafią usnąć niemal na wszystkim – dodaje z uśmiechem. Do głównej stacji zabrał go szpitalny ambulans, który na daną chwilę był jedynym dostępnym samochodem.

Ananas zamiast opłatka

Papuasi nie przygotowują wigilijnej wieczerzy, nie łamią się opłatkiem. Jak wspomina misjonarz, na kolację zjadł pozostały z obiadu ryż z ananasem i wypił kilka łyków kawy. I choć wydawać by się mogło, że Wigilia dla Papuasów to dzień jak co dzień, to jednak tylko zewnętrzne złudzenie. – Gdzieś głęboko w ich oczach widać radość z Bożego Narodzenia i Mszy pasterskiej, której, jak się dowiedziałem, nie było od czasu, gdy wyjechali stąd ostatni biali misjonarze z Niemiec. Na miejscu w kościele parafialnym Msza św. rozpoczęła się uroczyście, z kadzidłem. Jednak o dziwo na początku była tylko garstka ludzi. Z czasem jednak kościół wypełnił się po brzegi. Cóż, pomyślałem, ja mam zegarek, a oni mają dużo czasu – dodaje misjonarz. Tak minęła pierwsza Wigilia pod palmami i na wyspach wielkiego oceanu. Na uroczystość Bożego Narodzenia zaplanował dwie Msze Święte. – Do pierwszej stacji trzeba maszerować dwie godziny. Oby tylko nie było deszczu – kończył wigilijną opowieść ks. Grzegorz Kasprzycki.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama