Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wigilia pod palmą

Jak wygląda Boże Narodzenie w Papui-Nowej Gwinei? Wigilia w temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza, przy choince zrobionej z gałązki krotonu i kwiatu hibiskusa to święta misjonarza ks. Grzegorza Kasprzyckiego.

Mimo że w tym roku pogoda nas rozpieszcza i chyba zatęskniliśmy za śnieżnymi świętami, trudno sobie wyobrazić święta w upale i wilgotności dochodzącej do 95 proc. – Okres świąt Bożego Narodzenia w Papui to czas pory deszczowej, więc w samą Wigilię od rana na horyzoncie wisiały ciężkie chmury zapowiadające długie godziny deszczu. W Bitokara, mojej parafii, wstaje się wcześnie, bo nie sposób spać przy śpiewie ptaków i pokrzykiwaniach ludzi, którzy od wczesnych godzin rannych krzątają się przy parafii. Podczas porannej modlitwy cieszyłem się, że kilka dni wcześniej założyłem w oknach siatki przeciw owadom, bo od kilku już dni na zewnątrz trudno się odgonić od całej chmary komarów – opowiada ks. Grzegorz Kasprzycki, misjonarz w Papui-Nowej Gwinei.

Szopka w pełnym słońcu

Rankiem w sam dzień Wigilii musiał najpierw podłączyć linię elektryczną od generatora do plebanii, a potem, jak przystało na dzień przedświąteczny, wziął się za sprzątanie. – Od rana parafianie przygotowywali otoczenie i samą świątynię.

Kosili trawę i sprzątali wokół kościoła. Podziwiałem ich, że dawali radę pracować w pełnym słońcu. W kościele dzieci robiły świąteczne dekoracje. Przyniosły gałązki krotonu, które używane są tutaj jak nasze gałązki jodłowe. Mężczyźni przygotowywali szopkę (w tutejszym języku: hałs bilong bulmakau) i żłóbek (bokis kaikai bilong ol bulmakau) – relacjonuje misjonarz. Jak opowiada, w jego mieszkaniu też stanęła papuańska choinka z gałązki krotonu i kwiatu hibiskusa. W sam dzień Wigilii odprawiał trzy Msze św., dwie w pobliskich kaplicach i o północy w głównym kościele. Liderzy kościołów już wcześniej zobowiązali się zadbać o transport. – Pierwsza papuańska taksówka miała przybyć o 16.00. Niestety, nawet się nie łudziłem, że będzie na czas. Papuasi nie noszą zegarków, dlatego po chwili oczekiwania wraz z grupką ministrantów (kundar) ruszyłem pieszo w kierunku miejscowości Ganeboku, gdzie miała być pierwsza Msza św. Po drodze zabrał nas samochód z posterunku policji i podrzucił parę kilometrów do pobliskiej krzyżówki. Tam po 30 minutach oczekiwania pojawiła się umówiona ciężarówka, ale na niej było pełno tubylców wracających z miasta z zakupami. Misjonarze jednak mają przywileje, dlatego zasiadłem w kabinie na zwolnionym miejscu – opowiada ks. Kasprzycki.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama