Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Odkryta na nowo

Z s. Benedyktą Karoliną Baumann OP o jej powieści „Na końcu schodów”, opowiadającej o życiu i działalności matki Kolumby Róży Białeckiej, rozmawia Marta Woynarowska.

Marta Woynarowska: Wielowieś nie jest Siostrze obca.

S. Benedykta: Przygotowywałam się tu do ślubów wieczystych w latach 2010–2011, czyli tuż po tragicznej powodzi. Kiedy przybyłyśmy, klasztor był w fatalnym stanie. Dlatego nasza matka generalna zdecydowała o przewiezieniu nas do Bielin, siostrzanego klasztoru będącego pomniejszoną kopią wielowiejskiego. Tam przebywałyśmy pół roku. Powróciłyśmy w czerwcu, praktycznie tuż przed ślubami. Naturalnie pobyt, choć krótki, pomógł mi pokochać matkę Kolumbę. Wówczas jeszcze nie wiedziałam, że będę pisać książkę o naszej założycielce.

Kim była dla Siostry matka Kolumba?

Gdy wstępowałam do zgromadzenia, była dla mnie kimś obcym, mimo iż byłam zafascynowana charyzmatem dominikanów. Zresztą to dzięki duszpasterstwu dominikańskiemu, czyli słynnej „Beczce” krakowskiej, nawróciłam się jako dorosła osoba. Kiedy znalazłam się w zakonie, matka Kolumba była mi zupełnie nieznaną osobą, kimś z innej planety. Jej pisma wydawały mi się trudne i nieco przygnębiające. Kiedy doszłam do granicy ślubów wieczystych, stwierdziłam, że skoro chcę być w tym, a nie innym zgromadzeniu, to przede wszystkim muszę to zgromadzenie kochać. Poza tym zakon to nie jest jakaś abstrakcja, tylko konkretne osoby i konkretne dzieło naszej Matki Założycielki. Postanowiłam odrzucić stereotyp myślenia o niej jako świętej z obrazka, patrzącej tylko w górę i niedostrzegającej niczego w dole. Uznałam, że muszę odkryć ją na nowo.

W jaki sposób odbywało się to odkrywanie?

Zaczęłam czytać kroniki, znajdujące się w klasztorze wielowiejskim. Przygotowałyśmy także z siostrami przedstawienie „Kroniki wielowiejskie”, oparte na zapiskach klasztornych. Wgłębiałam się w pisma matki Kolumby, w tym w natchnienia duchowne, listy kierowane do sióstr. Wówczas odnalazłam zupełnie inną osobę niż dotychczas. Odkryłam człowieka z takimi samymi dylematami jak my wszyscy. Człowieka zagubionego tak jak my, człowieka szukającego Boga, przeżywającego rozterki duchowe, ciemności. Ale niepoddającego się, niezatrzymującego się, tylko walczącego o Jezusa. Matka Kolumba potrafiła być bardzo czuła i opiekuńcza. Siostry ze zgromadzenia traktowała niczym swoje córki, bardzo się o nie troszcząc, zarówno pod względem duchowym, jak i zdrowotnym. Kazała im dbać o siebie, dobrze się odżywiać, wysyłała je na kuracje, niejednokrotnie bardzo drogie. To wszystko odkryłam jeszcze podczas junioratu, zanim powstał pomysł napisania książki.

Kiedy i jak zrodził się pomysł powstania książki o matce Kolumbie?

Matka generalna Beniamina Potoczna wiedziała, że jestem absolwentką polonistyki, że mam dar i zamiłowanie do pisania. Sama tworzę scenariusze do przedstawień przygotowywanych z dziećmi i młodzieżą. Zapewne dlatego powiedziała, że ma dla mnie nietypowe zadanie i spytała, czy zgodziłabym się napisać książkę o naszej założycielce. Zaczęłyśmy się zastanawiać, w jakiej formie to zrobić, i doszłyśmy do wniosku, że najlepsza będzie powieść, bo opracowania popularnonaukowe z bogatą dokumentacją źródłową już istnieją.

Czy jest to pierwsza prozatorska publikacja Siostry? Były wcześniej jakieś próby pisania powieści?

Owszem, w wieku lat 8 (śmiech) napisałam książkę zatytułowaną „Laleczka, czyli dziewczynka o rozwianych włosach”. Były nawet obrazki.

Powieść o matce Kolumbie to bynajmniej nie fikcja literacka, lecz książka mocno oparta na źródłach, opracowaniach naukowych, z niezwykle wartką i wciągającą fabułą.

Opierałam się na źródłach pisanych, doskonałych biografiach naukowych i popularnonaukowych oraz na opracowaniu cnót, przygotowanym specjalnie w związku z procesem beatyfikacyjnym. Jego autorką jest s. Włodzimiera, postulatorka procesu beatyfikacyjnego matki Kolumby. Naturalnie sięgnęłam również po życiorys spisany przez s. Benwenutę Pasławską, świadka życia matki Kolumby, jej dzienniczek, a także listy. Pojechałam również na Ukrainę, by zobaczyć miejsca, gdzie urodziła się i wychowywała Róża Białecka, czyli Jaśliszcza, Podkamień, Lwów. I ta wizyta okazała się bardzo ważna, także dla fabuły książki. W pierwszej wersji opisałam spotkanie młodej Róży z o. Wincentym Jandelem, generałem dominikanów w Podkamieniu. Opisałam, że wyprawa ze Lwowa do Podkamienia i z powrotem zajęła jej zaledwie 3 godziny. Tymczasem teraz jazda samochodem, tylko w jedną stronę, zajmuje ok. 3 godzin. Pomyślałam sobie: o święta naiwności. Dzięki poznaniu miejsc, w których toczy się akcja powieści, uniknęłam takich wpadek jak w przypadku wspomnianej wyprawy.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma