Nowy numer 43/2020 Archiwum

Z Jadachów do Londynu

Z Wojciechem Zychem, który, mając zaledwie 16 lat, wyjechał do jednego z najlepszych liceów w Anglii, rozmawia Andrzej Capiga.

Andrzej Capiga: Jak to się stało, iż z wioski niedaleko Tarnobrzega trafił Pan do New Hall School w Chelmsford?

Wojciech Zych: Wszystko zaczęło się w listopadzie 2011 r. Byłem wtedy w trzeciej klasie gimnazjum w Jadachach. Dyrekcja szkoły zaproponowała, bym starał się o zagraniczne stypendium. Z ciekawości złożyłem wymagane dokumenty, w tym esej na 700 słów o sobie, rodzinie i zainteresowaniach, oraz wykaz przewidywanych ocen na koniec roku. Zostało to wysłane do Krajowego Centrum Oświaty Niepublicznej w Warszawie. Centrum zaś przekazało moją aplikację do Anglii. Potem zostałem zapro- szony na rozmowę kwalifikacyjną do Warszawy z przedstawicielką szkoły. Po dwóch tygodniach przyszła wiadomość, iż dostałem się do New Hall School w Chelmsford i że od września 2012 zaczynam naukę. Otrzymałem także stypendium, które pokrywało całe moje czesne, 28 tys. funtów rocznie, w tym i zajęcia dodatkowe, na przykład naukę gry na organach. Czesne zawdzięczam programowi stypendialnemu HMC Central and Eastern Europe.

Jak długo trwała nauka?

Dwa lata. Na początku, zwłaszcza przez pierwsze dwa, trzy miesiące, było ciężko, gdyż wszystkie zajęcia były prowadzone w języku angielskim. W Polsce nigdy nie miałem dodatkowych zajęć z tego języka, chociaż na egzaminie gimnazjalnym wypadłem bardzo dobrze, zdałem na ponad 90 proc. Nauczyciele w Chelmsford byli jednak bardzo pomocni i wkrótce mogłem na zaję- ciach z teologii dyskutować o Bogu…Obecnie jestem już po maturze, którą zaliczyłem na 97 proc., zdając teologię, historię i politykę.

Wraca Pan jednak do Anglii. Dlaczego?

Aby zarobić na czesne. Będę pracował jako wychowawca w internacie w byłej szkole. Od września zaczynam bowiem studiować prawo na słynnej londyńskiej School of Economics. Otrzymałem również rządową pożyczkę. Powinno wystarczyć. Studia licencjackie trwają trzy lata. Moim marzeniem jest zostać adwokatem w Anglii.

W Polsce został Pan wyróżniony za blog opowiadający o wrażeniach i doświadczeniach bycia stypendystą. Jak do tego doszło?

Znalazłem w internecie wiadomość o konkursie „Moje stypendium – Opowieści stypendialne”. Postanowiłem stworzyć duży blog, gdzie na bieżąco opisywałem wszystkie swoje przeżycia. Jak się później okazało, kilka osób, dzięki mojemu blogowi, dostało upragnione stypendium, w tym dwie koleżanki, które są teraz ze mną w szkole w Anglii. Bardzo się cieszę, iż mogłem komuś pomoc. Za tego bloga dostałem wyróżnienie. Gala odbyła się 30 października w Warszawie, ale byłem wtedy w Anglii.

A co z zamiłowaniem do organów? Ponoć zaczął Pan grać przez przypadek?

Moja przygoda z organami zaczęła się we wrześniu 2010 r., gdy zagrałem pierwszą w życiu Mszę w kościele w Jadachach. Miesiąc później grywałem Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Jednak dopiero dzięki wyjazdowi do Chelmsford zacząłem grać profesjonalnie. Tamtejsza dyrekcja szkoły zaproponowała mi lekcje gry na organach. Ta muzyka, potęga jej brzmienia, mnie fascynowała. A w tamtejszej szkole jest kaplica wielkości kościoła w Jadachach z potężnymi 40-głosowymi organami. Było naprawdę na czym grać. Poznałem też wielu organistów, w tym organistę z katedry w Chelmsford. Mój najbliższy cel to zdobyć dyplom the Royal College of Organists. Taki dyplom ma tylko jeden organista w Polsce, w Licheniu. Może uda się być tym drugim. Gdy siadam za organami, zapominam o całym świecie – jestem tylko ja i muzyka. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama