Nowy numer 49/2020 Archiwum

Gringo spod Andów

W pierwszych miesiącach pracy na misji w Ekwadorze spadł z dachu. Przetrwał chorobę i dziś objeżdża blisko 50 wiosek po andyjskich bezdrożach, wioząc pomoc najbiedniejszym.

Jego misyjna historia zaczęła się w Afryce, gdzie posługiwał na misji tworzonej poprzez naszych diecezjalnych misjonarzy. Jednak konsekwencje zarażenia malarią nie pozwalały mu na kontynuowanie pracy w tamtym klimacie. – Tak naprawdę o misjach marzyłem już od seminarium. Na rozmowie z biskupem przed święceniami diakonatu zwierzyłem się, że chcę pomagać najuboższym.

W Afryce niedane mi było długo popracować, więc z Czarnego Lądu przerzuciłem misyjne sieci w ekwadorskie góry – mówi ks. Wiesław Podgórski, diecezjalny misjonarz. Po przylocie na południowoamerykańską ziemię otrzymał misję pełną wyzwań. – Placówka obejmuje dwie gminy złożone z blisko 50 wiosek. Jest to przedgórze Andów, takie nasze Bieszczady, choć tutaj mówi się, że to jeszcze costa, czyli wybrzeże. Klimat nie jest zbyt uciążliwy, choć jeszcze tropikalny – opowiada. Początek pracy nie był dla niego zbyt szczęśliwy. Upadek z dachu omal nie zakończył się tragicznie. – Były to pierwsze miesiące mojego pobytu. Budowałem na dachu zbiornik na wodę, aby w kranach było odpowiednie ciśnienie. Podczas pracy niefortunnie spadłem i nabawiłem się krwiaka na mózgu. Obserwujący mnie parafianie pytali: co ten gringo (biały) kombinuje? Po upadku zawieźli mnie do szpitala. Za jakiś czas przyjechał do mnie młodszy brat do pomocy. Ja powoli dochodziłem do siebie. Wtedy on postanowił dokończyć pechową robotę i także spadł, uszkadzając sobie poważnie kręgosłup. Po poważnej operacji stanął na nogi i na szczęście może sam chodzić – wspomina ks. Wiesław. Jak dodaje, to poświęcenie misjonarza przełamało parafian, którzy zobaczyli, że „ten biały” naprawdę przyjechał tu dla nich. Codzienność misjonarza spod andyjskich wiosek to przede wszystkim praca z katechistami. – Teraz jest nas dwóch, bo pracuję z ks. Tomaszem Furmankiem, także z naszej diecezji. To właśnie katechiści są głównymi odpowiedzialnymi na poszczególnych wioskach za katechezę i niedzielne nabożeństwa. My w miarę możliwości docieramy do każdej z nich z posługą sakramentalną. Najważniejsze, że nasi parafianie wiedzą, że mogą na nas liczyć w każdej sprawie i w każdej chwili. Niejednokrotnie rozstrzygamy rodzinne spory, jedziemy w nocy z chorym do szpitala. Mnie nazywają „padre loco”, bo wiedzą, że „ojciec wariat” potrafi zrobić wszystko – podsumowuje misjonarz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama