Sunąc po drogach wijących się między sandomierskimi sadami aż miło patrzeć na maleńkie drzewka oblepione owocami jak choinka bombkami. Widać, że tutejsi hodowcy to specjaliści w swoim fachu. Już w rok po posadzeniu sadu otrzymują pierwsze owoce o dobrej jakości.
Nie zawsze jednak doświadczenie producenta pokrywa się z jego zyskiem. Od lat sandomierscy sadownicy i ogrodnicy doświadczani są problemami wynikającymi z niestabilności rynku oraz huśtawką cen na ich produkty właśnie wtedy, gdy
przychodzą ogrodowe i sadownicze żniwa.
Jakiś czas temu huknęło w mediach, że rosyjskie embargo zniszczy polskich producentów! Wszyscy mówili jak bardzo minister rolnictwa zabiega o to, aby sadownikom zrekompensować ponoszone straty. W te obietnicy uwierzyli wszyscy oprócz sadowników. Unijne dopłaty od poniesionych strat dotyczą tylko owoców zakwalifikowanych do pierwszej klasy, na których nie brakuje chętnych, a które według unijnych zaleceń sadownicy powinni zniszczyć. Te z drugiej klasy, które nie zakwalifikowano w unijną pomoc, pozostawiono w rękach sadowników, którzy zawsze mieli kłopot z decyzją: czy je zostawić na sprzedać czy oddać na tzw. przemysł, czyli przerób na koncentrat jabłkowy.
Mimo problemów i ponad tym całym medialnym boomem owocowi producenci tak naprawdę przyzwyczaili się radzić sobie sami z corocznymi problemami. Zakładane grupy producenckie biorą sprawy w swoje ręce. Nie patrzą tylko w stronę wschodu, jako jedynego odbiorcy doskonałego polskiego jabłka. Ten owoc robi już furorę w Afryce i na innych kontynentach. Naturalny sok tłoczony z jabłek był zeszłorocznym hitem na rynku owocowo-warzywnym. W tym roku zaskoczą nas chipsy i suszonki owocowe. Jednak, jak powtarzają producenci, gdy Polacy wrócą do konsumpcji jabłka sprzed 25 lat, czyli około 25 kg na osobę to nie musimy się martwić rosyjskim embargiem.








