Nowy numer 49/2020 Archiwum

Ekipa ratunkowa

Świadectwo. – Lekarz powiedział nam, że nie ma szans, aby dziecko urodziło się zdrowe i że jeśli w ogóle przyjdzie na świat, będziemy je odwiedzać w hospicjum. – Czy chcecie takiego życia? – to zabrzmiało jak wyrok.

W mieszkaniu Elżbiety i Konrada Kaczmarskich pełno papieskich obrazków. W dziecinnym pokoju – papież staruszek tulący małe dziecko, w tym dużym – portret ojca świętego obok Matki Bożej Częstochowskiej. – Ta ekipa uratowała nam syna. Dlatego jakiś czas temu w pielgrzymce dziękczynnej zostawiliśmy przed jasnogórskim obrazem pierścionek zaręczynowy jako podziękowanie za nasze szczęście – podkreśla pani Ela.

Życie, którego nie miało być

Nic nie wskazywało na to, że w doskonale układające się życie dwojga młodych małżonków wedrą się jak nawałnica dni niesamowicie ciężkich decyzji i trudnej walki o życie i zdrowie ich dziecka. Mimo chwilowych zawahań, a nawet do dziś bolących decyzji, wiedzą, że ktoś czuwał nad tym wszystkim, że nad życiem Piotrusia czuwał inny Piotr. – Przez kilka lat modliłam się o dobrego męża. W mojej książeczce ta strona z modlitwą była wytarta i zniszczona, bo wracałam do niej prawie codziennie. Opłaciło się. Gdyby nie Konrad, chyba nie przetrwałabym tych dni – wspomina Ela. Gdy ich pierwsze dziecko, Paulinka, była już kilkuletnim maluchem zdecydowali wspólnie, że czas, aby miała rodzeństwo. – Szczęśliwie zaszłam w ciążę, czułam się świetnie. Zaplanowaliśmy z Konradem, że będę aktywna zawodowo jak najdłużej. Czułam, że to będzie synek. Już wtedy miał imię – Piotruś. Przyszedł trzynasty tydzień ciąży, gdy zaczęły się problemy. Podczas badań wyszło, że mam olbrzymie torbiele. Lekarz pytał, czy brałam jakieś leki, bo to niemożliwe, że w takim stanie zaszłam w ciążę. Zlecono mi zrobienie markerów nowotworowych, co zabrzmiało prawie jak wyrok – wspomina E. Kaczmarska. Każde badanie, na które kierowano przyszłą mamę, nie napawało optymizmem. Badano ją i malutkie życie, które – jak twierdzono – nie miało prawa się rozpocząć, a tym bardziej żyć już tak długo. – To były straszne dni: niepewność, strach i bezsilność. Czekanie na każdy wynik jak na wyrok, a każdy z lekarzy dodawał tylko, aby nie spodziewać się niczego dobrego, by sobie niczego nie obiecywać. Robili to, co najgorsze. Zabierali nam nadzieję – dodaje Konrad Kaczmarski. Diagnoza była przerażająca. – Jak stwierdził lekarz, poprzez nieprawidłowe zapłodnienie spowodowane torbielami, płód jest jednym kłębkiem wad genetycznych. Naszemu dziecku miało grozić wodogłowie oraz cały szereg chorób, które albo miały spowodować, że się w ogóle nie urodzi, albo jeśli nawet, to będzie w dużym stopniu niepełnosprawne – opowiada ze wzruszeniem pani Ela.

Piotruś zaczął kopać...

Podczas rozmowy lekarz sugerował im terminację ciąży. Bo istniało duże prawdopodobieństwo, że dziecko umrze w łonie matki i może stać się zagrożeniem dla jej życia. – Któregoś z tych ciężkich dni kupiłam taki zwykły kalendarz ścienny ze zdjęciami papieża. Na ostatniej stronie było zdjęcie, jak papież już w podeszłym wieku chrzci małe dziecko. Pomyślałam wtedy, jak bardzo bym chciała choć ochrzcić mojego Piotrusia. Nie wiem dlaczego, ale włożyłam ten kalendarz do teczki z badaniami. Codziennie modliłam się do bł. Jana Pawła o mojego Piotrusia – dodaje. Mieli kilka dni na podjęcie trudnej decyzji. Modlili się, dawali na Mszę św., jednak wyniki kolejnych badań były bezwzględne. Ciąża nie miała przyszłości. – Podczas rozmowy z naszym proboszczem usłyszałam o św. Joannie Beretcie-Molli. Czytałam o niej dużo, jednak nie byłam gotowa na taki heroiczny czyn jak ona. Po wielu konsultacjach lekarskich skierowano nas do Łodzi. Przepłakałam niejedną noc, żegnając się z Piotrusiem, zanim jeszcze mogłam go powitać i wziąć w ramiona. To chyba jest najstraszniejsze dla matki. A on od jakiegoś czasu tak kopał, jakby czuł, co się dzieje – opowiada, ocierając łzy, Ela. – Najcięższa dla mężczyzny i ojca jest bezsilność. Wiesz, że pan Bóg powierzył ci te osoby, byś je chronił, a tu totalna bezsilność i brak wsparcia – dodaje Konrad. Pierwszy termin, aby usunąć ciążę, wyznaczono im na 8 grudnia. – Stwierdziłam, że w tym dniu tego nie zrobimy. Wróciliśmy do domu – wspomina Ela. Było jeszcze kilka badań i kolejna wyznaczona data w Łodzi. Po przyjeździe na miejsce jeden z lekarzy zalecił im jeszcze jedno badanie USG. – Przyszedł bardzo młody lekarz, nie chciał nic wiedzieć, aby się nie sugerować w badaniu. Po kilku minutach mówi: „Ale piękny profil dziecka. Ustawia się jak do zdjęcia. Rzadko kiedy dziecko tak się prezentuje”. Gdy opowiedziałam mu, po co tu jesteśmy, dodał, że to wszystko chyba nie tak, bo on żadnych wad nie widzi, a wręcz przeciwnie – dziecko jest jak najbardziej prawidłowo rozwinięte. Kolejne badania to było coś niesamowitego. Nic z poprzednich się nie powtórzyło. Wszystko wróciło do normy. Ktoś czuwał. Została tylko gorycz, że podjęliśmy taką decyzję wobec naszego dziecka. Ale wbrew nadziei pojawiła się wielka radość – wspomina Ela.

Chrzest na oddziale

Minęły trzy tygodnie, było coraz lepiej i czas na kolejną wizytę. Kończył się właśnie czas Wielkiego Postu. Nic nie zapowiadało, że będzie to dla młodej rodziny prawdziwie Wielki Tydzień. – Po jednym z badań lekarz stwierdził, że postępuje bardzo groźna hipotrofia płodu, czyli Piotruś przestał rosnąć i rozwijać się. Ważył kilogram, a powinien minimum półtora kilograma. Zaczęto mi robić wymówki, że coś tam zaniedbałam. Lekarz zalecił natychmiastową szybką konsultację w klinice w Łodzi i mówił: „Niech pani liczy ruchy dziecka, bo wszystko jest możliwe” – opowiada Ela. To był Wielki Tydzień, w czwartek podano jej sterydy, aby rozwinęły się płuca dziecka, a w Wielki Piątek urodził się Piotruś poprzez cesarskie cięcie, bo jego życie znów było zagrożone. – Był taki malutki, ale żył. Trafił na intensywną terapię, nie mogłam go ani przytulić czy nakarmić, bo nie miał wykształconego nawyku ssania. Na szczęście oddychał samodzielnie – dodaje. Pierwszą myślą rodziców było to, aby go szybko ochrzcić. Telefon do znajomego księdza z prośbą i pytaniem, jak to zrobić. – Piotruś był w takich sterylnych warunkach, że strach było go nawet dotykać. Wziąłem na palec święconą wodę z kaplicy szpitalnej i uczyniłem znak krzyża na maleńkiej główce synka, wypowiadając słowa: „Piotrze, ja ciebie chrzczę...”. Było to niesamowite przeżycie. Nie wiem, czy dobrze to zrobiłem, ale się starałem – opowiada tata. Sytuacja Piotrusia nie była łatwa. Cały czas toczyła się walka o jego życie. – W Niedzielę Zmartwychwstania mogłam go dotknąć, pogłaskać – dodaje Ela. Kolejne tygodnie to nieustanne badania tomograficzne i wiele innych, które diagnozowały rozwój malucha. – Byliśmy rozbici, ja w Łodzi, mąż z córką w domu. Jak wróciłam do domu, tęskniłam za Piotrusiem, jak byłam przy nim, myślałam o Paulince. To była taka rodzinna gehenna – dodaje Ela.

Papieski happy end

Dziś Piotruś to już dwuletni mały rozrabiaka. Biega po pokoju z ulubionym misiem Mimi. – Kilka tygodni temu odetchnęliśmy z ulgą. Po ponad dwu latach biegania od lekarza do lekarza, po tysiącach godzin rehabilitacji i nieustannego niepokoju pani neurolog powiedziała, że nie widzi na razie konieczności konsultacji, bo wszystko wróciło do normy. Oboje z mężem wiemy, że to Ktoś tam z góry nad nim czuwał – dodaje ze łzami w oczach Ela. Jednak zaraz po powrocie ze szpitala tak nie było. Po kilku miesiącach radości i nadziei, że to, co najgorsze, za nimi, przyszły nowe problemy. – W pewnym momencie Piotruś przestał jeść. Nie miał apetytu, nie chciał przyjmować pokarmów. Przez to nie rósł i był osłabiony. Wtedy znów badania, lekarskie konsultacje i żadnej konkretnej diagnozy. Jednak któregoś wieczoru odwiedził nas znajomy ksiądz. Gdy usłyszał o całej historii, podarował nam mały obrazek papieża Jana Pawła II z małą cząsteczką jego sutanny. To stało się naszą domową relikwią. Modliliśmy się o jego opiekę nad synkiem. I powoli zaczęło wszystko wracać do normy – wspomina Ela. Mały Piotruś, zapytany, gdzie jest papież, z uwagą podnosi głowę znad całej masy zabawek, podbiega do komody, bierze mały obrazek oprawiony w ramkę i z dziecięcą ufnością całuje. – Musieliśmy tę małą relikwię oprawić, bo już była dobrze zniszczona. Wiemy i czujemy, że on czuwa nad nami – dodaje uśmiechnięta mama. – Myślę, że przez to wszystko dojrzeliśmy jako małżonkowie, rodzice, ludzie wierzący. Wiemy, że czasem nie jest łatwo uwierzyć wbrew nadziei, że sami jesteśmy tacy bezsilni i słabi, a z Bożą pomocą i pod opieką świętych łatwiej ponieść to, co najtrudniejsze – dodaje tata Konrad. – Zrozumieliśmy, że życie to wielki dar i łaska. Doceniamy codzienność; zwykły spacer czy odpoczynek na balkonie dają nam wielką radość. Chyba Bóg chciał nas tego nauczyć. W tym trudnym dla nas czasie spotkaliśmy się z wielką dobrocią i życzliwością ludzi, nie tylko rodziny. Znajomi na każdym kroku ofiarowali nam pomoc i modlitwę. A Jan Paweł II – synka – podsumowuje Elżbieta.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama