Nowy numer 43/2020 Archiwum

Doskonała harfa

Muzyka. To nie jest zwykła rodzina Kowalskich. I choć nie zawsze wszystko gra, to jednak, jak wszyscy potwierdzają, tworzą wspaniałą symfonię. Nie tylko tę muzyczną, ale przede wszystkim domową.

Wszystko zaczęło się w Lublinie. On – gitarzysta z Opatowa, ona – skrzypaczka z Ostrowca Świętokrzyskiego. Zdobywali muzyczne szlify na tamtejszych uczelniach. Mimo że Grzegorzowi było wtedy daleko do Kościoła, dla Iwony był w stanie iść do spowiedzi czy przygrywać parafialnej scholi. – W niej była ta iskra i super nam się rozmawiało. To był dobry początek, choć wtedy nie przypuszczałem, że Bóg poprowadzi nas w taką niesamowitą przygodę, jaką jest szczęśliwe małżeństwo i wielodzietna rodzina – opowiada Grzegorz Kowalski.

Lepsze niż podróż dookoła świata

– By poprowadzić scholę, która była dla mnie wtedy życiowym wyzwaniem, potrzebowałam dobrego gitarzysty. A takim był Grzegorz. Dopiero zaprzyjaźniony ks. Zbyszek powiedział mi po jakimś czasie, że schola to tylko małe zadanie, jedno z wielu, a przede mną życie, które muszę jakoś ułożyć. Wtedy zaczęłam modlić się o dobrego męża i „odkryłam” na nowo Grzegorza – wspomina Iwona. Jak opowiadają, stworzyli doskonałą małżeńską harfę. – Pan Bóg dał nam zadanie jak w Psalmie 33: „Sławcie Pana na cytrze, śpiewajcie Mu przy harfie o dziesięciu strunach”. Moja gitara miała sześć strun, jej skrzypce cztery, więc powstała doskonała małżeńska harfa o dziesięciu strunach. Lecz do wychwalania Boga było jeszcze daleko – z uśmiechem dodaje Grzegorz. Po studiach powrócili do Ostrowca Świętokrzyskiego. Mały własny domek i na świat przychodziły pierwsze pociechy. – Gdyby na początku mojego małżeństwa ktoś mi powiedział, że będę miał dziesięcioro dzieci, tobym postukał się w głowę. Miałem inną wizję. Dziś wiem, że byłem zniewolony dziwnym patrzeniem na świat. Takim standardem życiowym. Jedno, góra dwoje dzieci, dobra praca, domek, aby spędzić wygodnie życie. Dziś wiem, że szczęśliwie Pan Bóg zmienił moje życie i myślenie. Gdy inni mówią o robieniu kariery zawodowej, muzycznej czy innej, ja wiem, że dla mnie najpiękniejszą karierą życia jest małżeństwo i rodzina. To lepsze niż podróż dookoła świata, a uśmiech dziecka wdzięczniejszy jest od najgłośniejszych aplauzów publiczności – opowiada Grzegorz.

Małżeństwo na Drodze

W ich życiowy standard wkroczył w pewnym momencie, jak dziś o tym mówią, „Boży niepokój”. – Było to zaraz po powrocie do Ostrowca – wspomina Iwona. – Wtedy mieliśmy tylko córkę Anię. Pewnego dnia przyszedł do nas ks. Marian, nasz proboszcz, z zaproszeniem na jakieś katechezy, które miały się rozpocząć przy parafii. Mówił, że to ważne, że nam się spodoba. Ja nie wiedziałam, co o tym myśleć, mąż zdecydowanie był przeciwny – wspomina. – Gdy usłyszałem o jakimś neo... czymś tam, pomyślałem, że to chyba jakiś zakon, i wiedziałem, że na to nie pójdę – dodaje Grzegorz. Po kilku wizytach i zachętach księdza na pierwszą katechezę poszła żona. – Poszłam, aby nie sprawić przykrości księdzu, a wróciłam odmieniona i zachwycona. Mówiłam o tym dużo Grzegorzowi i na następną poszliśmy już razem – wspomina żona. – To niewątpliwie zmieniło nasze rozumienie nie tylko wiary, ale Boga, małżeństwa, rodziny. Bóg niejako wyzwolił nas z naszej ludzkiej niewoli, a zaprosił do niesamowitej przygody z Nim – podkreśla Grzegorz. Jak wspominają, bycie we wspólnocie neokatechumenalnej pozwoliło im być bliżej siebie, razem patrzeć na wspólne życie. Wracając z katechez, więcej czasu spędzali razem, doszedł wspólny temat rozmów, razem wychodzili na wspólnotową liturgię. – Zrozumieliśmy, że w małżeństwie najważniejsze są jedność i nasza wzajemna miłość. Nawet dzieci nie są tak ważne, choć Pan Bóg dał nam ich dziesiątkę, jak ważna jest jedność małżeńska. Dzieciom tak naprawdę najbardziej potrzebny jest obraz naszej wzajemnej miłości, wtedy czują się bezpieczne – podkreśla Grzegorz. Podczas kilku lat realizowania kolejnych etapów drogi duchowego odrodzenia odkryli swoje najpiękniejsze role rodzinne: ojcostwo i macierzyństwo. – Zrozumieliśmy, że dziecko, nowe życie, to kolejny skarb dla małżonków. Kolejne dzieci nie zabierały naszej wolności ani nie kradły wygodnego życia. Oczywiście, pojawiały się ciężkie chwile, stawały przed nami trudne decyzje i wybory, ale nigdy w tych chwilach nie poczuliśmy się sami. Towarzyszył nam Bóg – podkreśla Iwona. Dziś, gdy są na etapie bycia ewangelizatorami Drogi Neokatechumenalnej, wiedzą, że nie ma lepszego sposobu na pozyskanie nowych wyznawców Chrystusa, jak urodzenie i dobre religijne wychowanie dziecka.

120 par butów

W rodzinnym domu państwa Kowalskich panuje, jak sami określają, „święty bałagan”. – Porządek i spokój są tylko na cmentarzu, w wielodzietnej rodzinie jest głośno, radośnie i żywo – podkreśla Grzegorz, zapraszając do mieszkania. W korytarzu i przedpokoju mijamy szeregi ustawionych butów. – Kiedyś zliczyliśmy je – w domu było ponad 120 par. Tu większość jest kobiet, więc jest spory wybór – z uśmiechem wtrąca Anna Maria, jedna z córek. – Najwięcej pracy mieliśmy z żoną do momentu, gdy najstarsze córki nie umiały wiązać same sznurowadeł. I każdej trzeba było zawiązać buciki. Gdy się nauczyły, poszło jak z płatka. Teraz jest zasada: starsi wiążą młodszym, i ta funkcja przechodzi z jednych na drugich – z uśmiechem dodaje Grzegorz. Nie ukrywają, że czasem zdarza się, że ktoś patrzy na ich wielodzietną rodzinę trochę dziwnie. – Czasami mamy wrażenie, że postrzegani jesteśmy albo jak wariaci, albo jak bohaterowie, a co najmniej jak dinozaury. Wiele osób nie wierzy, że dziś można wychowywać dziewięcioro dzieci i być szczęśliwym. Jedno nasze dziecko jest już w niebie. Pytają nas, jak dajemy radę. Kiedyś jedna pani w szkole żaliła mi się, że ma trójkę dzieci i już nie może sobie poradzić. Zapytałam ją: „A gdzie jest pani mąż?”. Nie dostałam odpowiedzi, pochyliła głowę i odeszła. Ja nie wyobrażam sobie takiej dużej rodziny bez odpowiedzialnego męża i ojca. To on jest jej głową i autorytetem. Zadaniem żony jest zabiegać o autorytet ojca każdego dnia, nie walczyć z mężem, ale podkreślać jego autorytet – wskazuje Iwona. – Wiele młodych małżeństw gubi swoje rodzinne role. Zadaniem ojca nie jest przynieść pieniądze do domu, a potem mieć z głowy wszystko i czuć się spełnionym. Dziś zbyt często wielu ojców zwalnia się z zadania wychowania dziecka. Zadaniem ojca jest być przy żonie w wychowaniu dzieci, dać im poczucie bezpieczeństwa i uczyć odpowiedzialności za innych. Jedynym minusem rodziny wielodzietnej jest chyba tylko to, że czasem w łazience trudno znaleźć swoją szczoteczkę. Dlatego skrupulatnie dobieramy kolory – z uśmiechem dodaje Grzegorz. W jednej z piosenek, które ma w swoim repertuarze ich rodzinny zespół muzyczny, są bardzo ciekawie brzmiące słowa: „Jeśli wychowasz dobrze malca, nie trafisz do domu starca”. – Często śmieję się, że wielodzietność to najlepszy fundusz emerytalny, żaden inny nie gwarantuje takiego bezpieczeństwa na starość jak dobrze wychowane dzieci. Nikt za otrzymane wychowanie, miłość, szczęśliwe dzieciństwo nie odpłaci nieżyczliwością – podsumowuje.

Jeremiasz i jego siostry

O śpiewającej i grającej rodzinie z Ostrowca zrobiło się głośno kilka lat temu, gdy zaczęli dawać ewangelizacyjne koncerty. – Nie jest trudno zachęcić dzieci do grania na instrumentach, gdy sami rodzice muzykują. I tak wychowanie szło w parze z nauką grania. Powstanie zaś zespołu było bardzo prozaiczne. Straciłem w pewnym momencie pracę i trzeba było coś wymyślić. Odwiedził nas zaprzyjaźniony ks. Jan Zieliński i rzucił hasło: załóżcie zespół. Była wtedy moda na zespoły religijne i... ewangelizacyjne. On także wymyślił nazwę „Siostry Jeremiasza” – wspomina Grzegorz. Wtedy pierwszy syn Jeremiasz miał kilka miesięcy i pięć sióstr, które wraz z tatą i mamą utworzyły zespół. Sytuacja jednak zmieniała się w miarę, jak najstarsze córki zakładały rodziny, a u Kowalskich przychodziły na świat kolejne dzieci. – Jak Ania wyszła za mąż, ja wskoczyłem w jej buty i zasiadłem za perkusją – z uśmiechem dodaje dziś już muzykujący Jeremiasz. – A z tymi talentami rodzinnymi to nie jest tak łatwo. Rodzice czasami różnymi sposobami zachęcali nas do ćwiczenia i grania. Nie zawsze na początku było to radosne, ale dziś z perspektywy czasu widzimy, że wspólne muzykowanie to wspaniała sprawa – dodaje Anna Maria, grająca na gitarze basowej. – Początkowo w skład zespołu wchodzili: mama Iwona – skrzypce, tata Grzegorz – gitara, najstarsza Ania – perkusja, Weronika – flet poprzeczny, Agnieszka – skrzypce i wokal, Maria Teresa – gitara basowa, Gabriela – instrumenty klawiszowe, Jeremiasz – podmienił perkusistkę, na gitarze próbuje już Zachariasz, a na swoją kolej czekają Zosia i Samuel – wymienia pan Grzegorz. Trzeba będzie chyba także pomyśleć o zmianie nazwy zespołu, ale najważniejsza jest ta nasza rodzinna harmonia – dodaje.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama