Nowy numer 16/2018 Archiwum

Kolory Zambii

– Krajobraz Afryki zmienia się i zależy od tego, czy mamy porę deszczową czy też suchą. Raz jest to świat tysiąca barw, za chwilę szary i ceglany od pyłu wznoszącego się nad wyschniętą ziemią – opowiada ks. Andrzej Nowakowski.

Jego powołanie misyjne rodziło się już podczas studiów w sandomierskim seminarium. – Jednak o wyjeździe na misje zacząłem myśleć podczas pracy na pierwszej parafii. Moim marzeniem była od zawsze Afryka, praca z ludźmi zamieszkującymi rozległe tereny buszu afrykańskiego. Dziś wiem, że marzenie się spełniło – opowiada misjonarz.

Suszona szarańcza

Dwa i pół roku temu objął misję Chilumba, której tworzenie kilka lat temu rozpoczął śp. ks. Jan Krzysztoń, pochodzący z Godziszowa w naszej diecezji. Jak podkreśla, pierwszym zadaniem misjonarza jest niesienie i głoszenie słowa Bożego tam, gdzie jest jego największa potrzeba. – Tutaj głód Ewangelii jest wszędzie. Przepowiadanie tego słowa nie jest łatwe, bo najpierw potrzeba poznać język ludzi, do których się głosi. Teren mojej parafii zamieszkują trzy plemiona: Bemba, Tonga i Lunda. Każde z nich ma swój własny język. Językiem popularnym jest cibemba i nim można się porozumieć, choć oficjalnym językiem Zambii jest angielski.

Trudnością jest to, że nauka lokalnych języków najczęściej odbywa się werbalnie, chociaż plemiona mają swoje księgi liturgiczne, a nawet wydawana jest prasa katolicka w tych językach – opowiada ks. Andrzej. Drugim zadaniem misjonarza jest troska o materialne zaplecze misji parafialnej. Tam na miejscu na wszystkim trzeba się znać i niemal wszystko umieć zrobić. – Mój tydzień dzielę na połowę. Kilka dni przeznaczam na dotarcie do kaplic w poszczególnych wioskach. Tam najpierw prowadzę katechezy sakramentalne, robię spotkanie z katechistami, potem jest Msza św. i udzielanie sakramentów, a następnie obowiązkowy poczęstunek. Menu naprawdę bywa urozmaicone i zależy od zamożności wioski. Nieraz jest to kurczak z warzywami i kukurydzą, gdzie indziej suszone gąsienice, szarańcza czy pieczona mysz buszowa. Na początku trzeba się przełamać, ale z czasem odnajduje się w tych potrawach znakomity smak – opowiada z uśmiechem misjonarz. Często trudnością jest samo dotarcie i znalezienie wiosek w buszu, który zmienia się w zależności od pory roku. Najdalsza z 14 kaplic, które ma do odwiedzenia ks. Andrzej, znajduje się w wiosce oddalonej od centrum misji o 90 kilometrów. – Zagrożeniem podczas podróży są zwierzęta, które mogą niespodziewanie wyjść na drogę wprost pod koła samochodu. Niejednokrotnie miałem spotkania ze słoniami, żyrafami czy antylopami – mówi misjonarz. Powrót z takiej wyprawy przypada wieczorem. Ważne, aby wrócić, gdy jest jeszcze widno, bo po zmroku podróżowanie staje się jeszcze niebezpieczniejsze. Jak opowiada ks. Andrzej, niejeden raz musiał noc spędzić w środku buszu w samochodzie.

Śladem misjonarza Afryki

Pierwsi misjonarze przybyli w te rejony 125 lat temu. Na północy kraju pracowali ojcowie biali, a w południowej części jezuici. – W chwili obecnej Kościół rozwija się bardzo prężnie. W świadomości wiernych nadal tkwi pamięć o wielkim kardynale Adamie Kozłowieckim, który położył fundamenty pod rozwój administracji Kościoła i dzieła ewangelizacji. Zambia to jeden z nielicznych krajów na świecie, który ma zapisane w konstytucji, że jest krajem chrześcijańskim – opowiada ks. Andrzej. Codzienność na misjach przynosi niekiedy zaskakujące i często niebezpieczne sytuacje. Pytany o takie przeżycia, ks. Andrzej opowiada o kilku, które mogły zakończyć się tragicznie. – Jedna z nich wydarzyła się podczas podróży rzeką, gdy naszą łódź zaatakowały hipopotamy. Z pozoru bardzo spokojne zwierzęta, lecz jeśli naruszy się ich terytorium, bywają groźne. Nam na szczęście w porę udało się uciec – opowiada misjonarz. Kolejna sytuacja, bardzo niebezpieczna dla misjonarza, miała miejsce blisko plebanii. – Pewnego ranka tuż obok naszej parafii przechodziło duże stado słoni. Postanowiłem zrobić kilka zdjęć tym gigantycznym zwierzętom i podszedłem zbyt blisko, co nie uszło uwadze jednej z samic, która niebezpiecznie zbliżała się do mnie. Na szczęście w porę jeden z parafian ostrzegł mnie, abym szybko się oddalił – opowiada misjonarz. Podkreśla, że na razie o powrocie nie myśli. – Póki zdrowie pozwala, chcę być pośród tych ludzi, którzy stali się dla mnie drugą rodziną – podsumowuje ks. Andrzej Nowakowski, misjonarz w Zambii.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma