• facebook
  • rss
  • Od pastuszka do doktora

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 46/2014

    dodane 13.11.2014 00:00

    Ludzie. – Dla Tarnobrzega zrobił więcej niż ktokolwiek dotychczas – uważa Małgorzata Lis. Michał Marczak kilkadziesiąt lat przepracował dla tego miasta i Dzikowa. W końcu ogromny trud, jaki przejął na swoje barki, przypłacił życiem, umierając w niewyjaśnionych do końca okolicznościach.

    Spoczął na cmentarzu parafialnym ojców dominikanów w Tarnobrzegu. Michał Marczak, znany przede wszystkim jako dzikowski bibliotekarz i archiwista, to jeden z najbardziej zasłużonych ludzi dla tego miasta. Przywracany od kilkunastu lat pamięci i świadomości tarnobrzeżan doczekał się niezwykłego uhonorowania.

    Nagroda

    Po raz pierwszy na Zamku w Dzikowie, blisko rocznicy śmierci jej patrona, została wręczona Nagroda im. dr. Michała Marczaka, którą kapituła odznaczenia przyznała jednogłośnie Waldemarowi Praratowi z Wrzaw. W ten sposób Krzysztof Pitra, starosta tarnobrzeski, Piotr Markut, dyrektor Tarnobrzeskiego Domu Kultury, oraz Tadeusz Zych, dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega, wchodzący w skład kapituły, pragnęli podkreślić znaczenie badań laureata, który od wielu lat zgłębia przeszłość, tradycję i kulturę swojej małej ojczyzny, niejednokrotnie docierając do przekazów całkowicie unikatowych i zaskakujących.

    – Od pewnego czasu z ogromną radością obserwujemy rozwój regionalistyki, obejmującej również historię regionalną. Pierwszy impuls dały przemiany, jakie zaszły w 1989, drugi zaś, paradoksalnie, wejście Polski do Unii Europejskiej – wyjaśnia genezę ustanowienia nagrody Tadeusz Zych. – Tę „modę” widać również u nas. Pojawili się ludzie, często bez historycznego przygotowania, zafascynowani przeszłością swoich miast, miasteczek czy wiosek.

    Owocem tego ruchu, jak zauważa Tadeusz Zych, są wydawnictwa, nierzadko ukazujące się sumptem samego autora, choćby miało się to odbyć za „ostatnią złotówkę”. W gronie Tarnobrzeskiego Towarzystwa Historycznego, będącego oddziałem Polskiego Towarzystwa Historycznego, zrodziła się myśl, by tych badaczy, autorów opracowań regionalnych docenić i uhonorować za bezcenny wkład w zachowywanie, a czasami przywracanie pamięci o lokalnych dziejach. – Chcieliśmy również zwrócić uwagę różnych decydentów na tych ludzi, by mogli liczyć na jakieś konkretne wsparcie. To jeden aspekt, drugim zaś była chęć upamiętnienia Michała Marczaka – wyjaśnia Tadeusz Zych.

    Kiedy w Sandomierzu i jego okolicach działał Aleksander Patkowski, Tarnobrzeg miał jego odpowiednika w osobie dzikowskiego bibliotekarza. Michał Marczak, z wykształcenia historyk, był również z zamiłowania regionalistą. Pozostawił po sobie wielką liczbę prac traktujących nie tylko o Tarnobrzegu, jego okolicach, ale również terenów, gdzie przyszło mu pracować. Znaczna część została opublikowana, ale wiele pozostaje nadal w formie rękopisów oczekujących na druk. – Powiązaliśmy zatem te dwa aspekty, pokazując, że jest to kontynuacja dociekań z okresu przedwojennego poprzez danie obecnym badaczom patrona – mówi Tadeusz Zych.

    Na propozycję dyrektora placówki przychylnie spojrzał starosta tarnobrzeski, który wspólnie z MHMT oraz TTH postanowił ufundować wspomnianą nagrodę. Poza dyplomem i pamiątkowym grawertonem przewidziana została również forma, może bardziej przyziemna, ale zdecydowanie praktyczna, czyli nagroda pieniężna, 2 tys. złotych.

    Patron

    – Michał Marczak przybył do Tarnobrzega, a dokładniej Dzikowa, w czerwcu 1913 roku – mówi Małgorzata Lis, autorka książki „Z Grywałdu na Uniwersytet Jagielloński”, będącej jej pracą doktorską traktującą o życiu i pracy M. Marczaka. – Ale zanim mu się to udało, jako chłopski syn musiał przejeść bardzo trudną drogę.

    Urodził się 20 września 1886 roku w Grywałdzie, wsi położonej w powiecie nowotarskim. Jego rodzice, Katarzyna i Wojciech Marczak-Oborscy, byli średniozamożnymi góralami. Marzeniem matki było, by jej najmłodszy syn (rodzeństwo, które przyszło na świat po Michale, zmarło w dzieciństwie) został księdzem. Z uwagi na jego nieprzeciętne zdolności rodzina po wielu naradach i namowach nauczyciela zdecydowała się posłać Michała na dalsze nauki do nowosądeckiego gimnazjum. Decyzja ta jednak wiązała się dla najbliższych przyszłego historyka z ogromnymi jak na ich możliwości wydatkami. Dwie siostry wręcz zadeklarowały, że pojadą do pracy do Prus. Natomiast by opłacić nauczyciela, przygotowującego młodego Marczaka do egzaminów wstępnych do gimnazjum, rodzina sprzedała najlepszą krowę.

    Marzeniem Michała były studia w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niestety, sytuacja rodzinna zdecydowanie pogorszyła się po śmierci ojca. – Był on właściwie zdany sam na siebie – zauważa Małgorzata Lis. – Ile zarobił, tyle miał. Wprawdzie matka sprzedała ogrody, ale sama została zmuszona sytuacją domową do podjęcia pracy u obcych i tułaczki. Ratunkiem dla Marczaka okazała się posada guwernera u Feliksa Gaszyńskiego, właściciela Żarek k. Częstochowy. Dzięki niej w ciągu półtora roku zaoszczędził kwotę pozwalającą mu na dokończenie studiów. Przełomem w jego życiu okazał się rok 1910, kiedy został stypendystą w Muzeum XX Czartoryskich, oznaczało to bowiem awans społeczny góralskiego syna. Dzięki temu zatrudnieniu nie tylko zapoznał się z zasadami pracy bibliotecznej, ale zetknął się z tak wybitnymi postaciami jak Stanisław Smolka, dyrektor muzeum, czy Bolesław Biskupski, wieloletni kustosz tejże instytucji.

    Praca w Muzeum XX Czartoryskich dała mu również przepustkę do dalszej kariery i wymarzonej posady. W 1913 roku został polecony hrabiemu Zdzisławowi Tarnowskiemu z Dzikowa, który poszukiwał bibliotekarza i archiwisty do swoich zbiorów. I tak w czerwcu 1913 roku po raz pierwszy przekroczył próg dzikowskiego zamku. – Trafił akurat na pierwszy zjazd Tarnowskich i wystraszył się ich – opowiada Małgorzata Lis. – W swoich pamiętnikach pisze, że nie miał żadnego stosownego ubrania; ani koszuli, ani garnituru, płaszcza, a tu wielki świat, arystokracja. Mama więc znowu coś sprzedała, by pomóc synowi. Wybuch I wojny światowej zastał go w Dzikowie i tu zdecydował się pozostać. Dokąd bowiem miał wracać? Do Grywałdu? I cóż by go tam czekało?

    Wojna zmusiła Marczaka do zaangażowania się w działalność społeczną. Włączył się bardzo aktywnie w akcję zapomogową, organizowaną przez właścicieli Dzikowa. Nadzorował kuchnię polową, chodził od domu do domu z zapomogami. – Za tę wielką i ofiarną pracę Tarnowscy go docenili i przedłużyli z nim umowę na dalszą opiekę nad zbiorami bibliotecznymi i archiwum – mówi Małgorzata Lis. – Należy podkreślić, że w okresie międzywojennym niemal każda akcja społeczna odbywała się z udziałem Marczaka – dodaje Tadeusz Zych. – Był to zatem nie tylko mól książkowy i archiwista niewidzący nic poza papierami, ale w równej mierze człowiek aktywny społecznie.

    Michał Marczak pracował w Dzikowie do 1930 roku. Stosunki ze Zdzisławem Tarnowskim układały się różnie. Dochodziło do sprzeczek, nieporozumień, głównie z powodu poczucia niedoceniania, jakie miał Marczak. – Bardzo chciał być dostrzeżony, hołubiony za tę swoją benedyktyńską pracę. Żalił się, że koniuszemu płacono więcej niż jemu. Kiedy podjął dodatkową pracę w tarnobrzeskim gimnazjum, Zdzisław Tarnowski obciął mu pensję o połowę.

    Przepychanki trwały do 1929 roku Marczakowi kończyła się wówczas umowa na nauczanie w tarnobrzeskim gimnazjum. Po pożarze zamku, który wybuchł w nocy z 20 na 21 grudnia 1927 roku, stracił wszystkie swoje rzeczy, a od kilku lat był szczęśliwym mężem i ojcem. Potrzebował więc stabilizacji i stałego zatrudnienia. Niestety, jego prośba o zmianę warunków pracy i wynagradzania spotkała się z odmową hrabiego Tarnowskiego. Obraził się i dzięki przyjacielowi Stanisławowi Ćwikowskiemu znalazł posadę nauczyciela w Brześciu. Ale już niebawem ton w listach obu mężczyzn uległ złagodzeniu. Począwszy od 1930 do 1939 roku, zgodnie z nową, umową Marczak spędzał w Dzikowie na opracowywaniu i porządkowaniu zbiorów każde lato oraz inne wolne dni od pracy najpierw w Brześciu, a potem w Warszawie.

    Wybuch II wojny światowej spowodował nieodzowne zmiany. Dzikowski bibliotekarz pojawił się w zamku po dwuletniej przerwie w czerwcu 1941 roku i przystąpił do ratowania ksiąg i archiwaliów, które były potajemnie wydobywane z różnych skrytek, gdzie uległy poważnym uszkodzeniom.

    Okupacja niemiecka okazała się jednak dość łagodna w stosunku do tego, co przynieśli ze sobą sowieccy „wyzwoliciele”, którzy przystąpili do regularnego niszczenia wszystkiego, co się dało. Zamek opuszczony jesienią 1944 r. przez hrabinę Tarnowską z rodziną, zmuszoną do tego przez komunistyczną władzę, zajęły szybko różne urzędy, osoby prywatne. Wcześniej jednak czerwonoarmiści dokonali dzieła zniszczenia. Pastwili się nad samym Marczakiem, niwecząc jego pracę i niszcząc księgozbiór. Osamotniony w walce o zachowanie zbiorów, otoczony, jak sam zapisał w pamiętniku, przez nieprzyjaznych ludzi, zatroskany o los najbliższych, którzy byli w Warszawie w czasie powstania, bez jasnego statusu, mieszkając w opłakanych warunkach w zimnie, wilgoci, bez odpowiedniego ubrania (przyjechał latem 1944 r. przed wybuchem walk w stolicy), zaczął przypłacać to zdrowiem. W pomieszczeniu, gdzie przebywał, zgromadził nie tylko książki, archiwum, ale również bezcenne pamiątki.

    Zmarł 18 listopada 1945 roku. Jego niespodziewana śmierć – choć w pamiętnikach skrupulatnie opisywał różne dolegliwości, które zaczęły go trapić – od początku budziła wątpliwości. Znaleziono go bowiem skulonego z pianą zaschniętą na ustach. Podczas oficjalnej sekcji zwłok stwierdzono wylew krwi do mózgu. Nie wszyscy jednak w to uwierzyli. Doktor Starostka z tarnobrzeskiego szpitala zaproponował żonie Marczaka przeprowadzenie potajemnej sekcji, mającej sprawdzić treść żołądkową pod kątem ewentualnego otrucia. Ta odmówiła. Jeszcze w połowie lat 50. Milicja Obywatelska przesłuchiwała ją i córkę w sprawie śmierci Michała Marczaka, te jednak były bardzo dyskretne i oględne w sądach z obawy przed władzą.

    Pamięć

    Michał Marczak wieczny spoczynek znalazł na cmentarzu parafialnym ojców dominikanów. – Od lat opiekujemy się jego grobem – mówi Stanisława Mazur, dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej im. dr. Michała Marczaka. – Kiedy w 2006 r. postanowiliśmy nadać imię naszej instytucji, wybór był oczywisty.

    Biblioteka gromadzi prace Marczaka, pamiątki po nim przekazywane przez rodzinę. Ostatnio przeprowadziła konserwację kilku tomów pamiętników.

    Również w tarnobrzeskim muzeum postać Michała Marczaka jest szczególnie pielęgnowana. Tu wszak pracował przez kilkadziesiąt lat i tutaj zmarł. – Można powiedzieć, że za życia nigdy nie był tak honorowany. W jednej z sal poświęconej mu zgromadzone zostały pamiątki rodzinne oraz przedmioty związane z nim. Jesteśmy na początku odtwarzania tzw. saloniku Michała Marczaka. Ponadto oprócz niego prezentujemy również członków jego rodziny – rodziców, żonę, dzieci, wnuki – mówi Tadeusz Zych.

    Natalia Marczakówna, córka, walczyła w powstaniu warszawskim, tak samo jak syn Stanisław Marczak-Oborski, jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich teatrologów. W ślady dziadka zaś poszedł wnuk – nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, wybitny historyk czasów najnowszych i współczesnych.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół