• facebook
  • rss
  • 20 lat później...

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 41/2014

    dodane 09.10.2014 00:00

    My i nasi bohaterowie. Pierwsze słowa znanej powieści Karen Blixen brzmią: „Miałam kiedyś farmę w Afryce”, Martin Luter King rozpoczął swoje historyczne wystąpienie od: „Miałem sen”. A ja zacznę od: mam szczęście, że...

    Że podczas 17 lat pracy w redakcji „Gościa Niedzielnego” poznałam tyle znakomitych osób... Bo historia tworzona jest przez ludzi i dla ludzi. Tak samo jest z naszym tygodnikiem. Gdyby nie ludzie, bohaterowie naszych artykułów, nasi czytelnicy, nie byłoby „Gościa”.

    Św. Franciszek i przyjaciele

    Jednymi z pierwszych osób, które poznałam tuż po rozpoczęciu pracy w redakcji we wrześniu 1997 r., byli – obaj już świętej pamięci – ks. Antoni Skwara i Tadeusz Pfeiffer.

    Ksiądz profesor mieszkał w dawnym budynku Niższego Seminarium, w którym znajdowała się pierwsza siedziba sandomierskiego oddziału GN. Trudno było się nie spotkać na korytarzu. Ks. Antoni ujmował nie tylko swoją erudycją, ale także miłością do zwierząt. W swoim mieszkaniu miał dla nich „pogotowie”, a może nawet „szpitalik”. Były tam ptaki z połamanymi skrzydłami i był Czarek, duży, niezwykle spokojny pies, towarzyszysz spacerów ks. Skwary, któremu kapłan uratował życie. Miał też ks. Antoni swoich skrzydlatych przyjaciół – gołębie, kawki, wróble, które wyczekiwały jego powrotu z refektarza i poczęstunku z okruchów chleba i ziaren. Nie bały się go, czasami nawet siadały mu na ramionach. Niektórzy nazywali ks. Skwarę św. Franciszkiem z Sandomierza.

    Serdecznym przyjacielem ks. Antoniego i jego niemal codziennym gościem (później również naszym) był Tadeusz Pfeiffer, lwowianin. Pochodzę z rodziny Kresowiaków, podczas studiów wciąż obracałam się w ich środowisku, więc mieliśmy z panem Tadeuszem wspólny język. Często snuł cudowne opowieści, wspomnienia, używając wschodniej mowy.

    Choroba i śmierć ks. Antoniego podcięły skrzydła panu Tadeuszowi. Zaopiekował się Czarkiem, który jak się okazało miał silniejsze serce od nowego opiekuna. Pan Tadeusz zmarł niedługo po swoim serdecznym przyjacielu.

    Pan Jaś od serca

    Kilka tygodni temu na słupie ogłoszeniowym przy ul. Wyspiańskiego w Tarnobrzegu zauważyłam klepsydrę z nazwiskiem „Jan Statuch” i pomyślałam sobie: „Jaka zbieżność nazwisk z »panem Jasiem od serca«” (jak nazywaliśmy go z kolegą redakcyjnym Andrzejem Capigą). Ale to nie była żadna zbieżność...

    Poznałam go kilka lat temu podczas przygotowywania artykułu dotyczącego przeszczepów serca. Był to czas po niefortunnym wystąpieniu ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. W domu państwa Statuchów zebrała się grupa „składaków”, jak sami o sobie mówili. Pan Janek tryskał energią, pomysłami i zaraźliwym optymizmem. Od tamtej pory składaliśmy sobie życzenia na święta, publikowaliśmy materiały dotyczące przeszczepów. Kolejny duży materiał na ten temat opublikowaliśmy w ubiegłym roku. Pan Statuch opowiadał o swoich planach, których miał całą masę. Wspomniał, że lekarze kazali mu nieco zwolnić, ale stwierdził, że nie może, bo musi działać dla innych, przede wszystkim dla chorych dzieci. Najmłodsi czekający na przeszczep lub ci tuż po nim byli jego oczkiem w głowie. Ich los powierzał „Mateczce Ostrobramskiej”, do której miał szczególne nabożeństwo. Kiedy rozmawialiśmy w marcu tego roku, wspomniał, że wybiera się do Wilna, do Matki. Pan Janek chciał uratować każdego człowieka, może nawet świat. Kto go zastąpi?

    Nasza Joanna, nasz Oscar

    Idąc do państwa Kwaśników, miałam termę. Wcześniej nie robiłam materiałów o chorych dzieciach. Niepotrzebnie bałam się tej rozmowy. Nie było uskarżania się na los, na nieuleczalną przypadłość Piotrusia. Była mowa tylko o przyszłości, walce o spowolnienie postępu choroby i nadziei, wielkiej nadziei. Chłopiec, chociaż zdawał sobie ze stanu swojego zdrowia, mówił o marzeniach, a jednym z nich był lot w kosmos. Miał tylko 11 lat, ale był nad wyraz dojrzały. Dzisiaj jest uczniem klasy I szkoły ponadpodstawowej. 1 września zadzwonił jego tata z prośbą o pomoc, bo pojawiły się pewne trudności w nowej szkole. To zaufanie jest dla nas ważne.

    Ogromne wrażenie zrobiła na mnie też rozmowa z Anetą Dul, która bez żadnej egzaltacji opowiedziała swoją historię. Historię matki stawiającej życie swojego nienarodzonego dziecka ponad swoje. Wykryto u niej nowotwór złośliwy żołądka, a zaledwie parę dni później okazało się, że jest w ciąży. Lekarze usilnie namawiali ją do aborcji. Ale ona uparła się i zawierzyła Matce Bożej. I stał się cud. Przez cały okres ciąży choroba nie postąpiła nawet o krok. Wiara i siła pani Anety, zmagającej się z chorobą i trudnościami materialnymi, mogła pokrzepić niejedną osobę. Że także tuż obok żyją kobiety, które jak św. Joanna Beretta Molla nie zawahały się i postawiły na nowe życie.

    Podobna myśl – że opowieści znane z historii i literatury tak naprawdę zdarzają się też bardzo blisko nas – nasunęła mi się podczas przygotowywania artykułu o sandomierskich siostrach szarytkach. Nie da się zapomnieć poruszającej (jakby żywcem wyjętej z głośnej książki „Oscar i pani Róża”) opowieści s. Katarzyny o 8-letnim chłopcu z Sandomierza, którym się opiekowała. Chłopczyk wiedział, że umiera, nie bał się śmierci. Prosił tylko siostrę o wytłumaczenie wszystkiego i opiekę nad rodzicami, zwłaszcza nad mamą. Bał się, jak sobie poradzą po jego odejściu. Rozmowa z s. Katarzyną o jej pracy, spotkaniach z ludźmi chorymi, jej doświadczenie i mądrość były mi bardzo potrzebne, bo moja rodzina przeżywała wówczas trudny okres.

    Trzej muszkieterowie

    Przez te 20 lat i w naszej redakcji wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Pierwszym dyrektorem oddziału sandomierskiego „Gościa” był ks. Władysław Gwóźdź (1994–1997). Mnie do pracy przyjmował ks. Bogdan Stanaszek, jego następca. 15 września 1997 r. rozpoczęła się moja przygoda z GN. Redakcja była, tak jak i dzisiaj, trzyosobowa. Oprócz ks. Stanaszka był jeszcze Mariusz Bobula, który pracował do 2008 r.

    W 1999 r. naszym szefem został ks. Jacek Uliasz, a ks. Bogdan Stanaszek poświęcił się pracy naukowo-dydaktycznej, co było jego wielkim marzeniem, i obecnie jest wykładowcą na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Ks. Jacek z kolei miał (i chyba nadal ma) ogromny sentyment do naszych dawnych Kresów Wschodnich. Przez lata wraz z członkami KSM diecezji sandomierskiej pomagał m.in. domom dziecka na Ukrainie. Po odejściu z redakcji w 2003 r. podjął się trudnego wyzwania i został najpierw prefektem WSD w Gródku Jagiellońskim, a następnie dyrektorem Instytutu Teologicznego we Lwowie. Jego następca, ks. Roman B. Sieroń, również z powołania był naukowcem. Dlatego po odejściu z GN podjął pracę w WZNoS KUL w Stalowej Woli. Piastuje również stanowisko dyrektora Instytutu Teologicznego w Sandomierzu.

    Ks. Michał Szawan, który przyszedł do redakcji tuż po studiach w Rzymie, razem z Andrzejem Capigą od razu zostali rzuceni na głęboką wodę. Rozpoczęli pracę 1 października 2007 r. W 2010 r. nastąpiła kolejna zmiana na stanowisku szefa oddziału sandomierskiego i przyszedł ks. Tomasz Lis, który tę funkcję pełni do dziś.

    To, że udawało się nam przez te lata podołać różnym wyzwaniom, nieoczekiwanym sytuacjom, było możliwe dzięki zgraniu i zrozumieniu. I choć nie zawsze „piliśmy sobie z dzióbków”, zawsze dochodziliśmy do porozumienia. I znów byliśmy jak trzej muszkieterowie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół