• facebook
  • rss
  • Jaka prasa, taka praca

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 41/2014

    dodane 09.10.2014 00:00

    Jest ich trzech i co tydzień pokonują prawie 2 tys. kilometrów, rozwożąc do większości parafii ponad 2 tys. egzemplarzy gazety.

    Gdy nasi czytelnicy zmierzają na niedzielną Mszę św., jest dla nich czymś oczywistym, że będą mogli zaraz kupić nowego „Gościa”. Pewnie mniej się zastanawiają nad tym, dzięki komu w przy parafialnym kiosku, w zakrystii u siostry czy też przed kościołem u ministrantów mogą go znaleźć.

    Trasę mają w małym palcu

    – Nasz dostawca przybywa z nowym nakładem w środę po południu. Mamy więc maksymalnie trzy dni, aby dowieźć go do parafii. Na naszym terenie są dwie „dziuple”, czyli miejsca, w których zostawiany jest cały sandomierski nakład „Gościa”. W Opatowie zostaje blisko 800 egzemplarzy, a w Sandomierzu dla dwóch rozwożących osób około 1500 gazet – tłumaczy Józef Kucharski, jeden z kolporterów.

    Teren świętokrzyski, opatowski i część sandomierskiego objeżdża Ryszard Przygoda. – Trasę mamy już w pamięci. Tak jak to, ile w każdej parafii trzeba zostawić egzemplarzy. Cieszą momenty, gdy proboszcz mówi, że trzeba przywozić więcej, bo dobrze idzie, choć to coraz rzadsze przypadki. Młode pokolenie mniej sięga po prasę drukowaną, szukając informacji w internecie, w wielu parafiach mamy jednak stałą i wierną liczbę czytelników – opowiada pan Ryszard.

    Największy rejon do objazdu ma Józef Kucharski, którego często wspomaga rodzina, najczęściej żona i synowa. – Ta robota weszła już w krew. Po tylu latach trasa jest zaplanowana niemalże do perfekcji i pilnujemy, aby w danych parafiach być w określony dzień, mniej więcej w tych samych godzinach. To ułatwia współpracę. Niestety, muszę przyznać, że z całej trójki ja mam największe trudności z punktualnością – śmieje się pan Józef.

    Niemalże z każdą parafią kolporter ma ustalony plan działania na wypadek, gdy nikogo nie ma na plebanii. – Mamy ustalone miejsca, gdzie zostawiamy gazety. Trzeba je tylko dobrze zabezpieczyć i na pewno trafią do gospodarza. Po tylu latach nie ma szans na pomyłkę. Gazetowe skrytki są opanowane do perfekcji – dodaje Piotr Lisowski.

    Historia pisana kilometrami

    20-letnie doświadczenie kolporterów to nie tylko tysiące, niemalże miliony przejechanych kilometrów i cała masa przeżyć. Gdy przyjmiemy, że aby rozwieźć jeden numer „Gościa”, wszyscy średnio muszą pokonać około 1800 km (a obecnie mamy już 1014 wydanie sandomierskiego tygodnika), to wynik budzi respekt: blisko 1,9 mln pokonanych kilometrów! – Gdy jest lato i ciepło, to przyjemnie ruszać w trasę. Najciężej, gdy zimno, sypie i zawiewa drogi. Zimą zawsze wozimy podręczny sprzęt antyzaspowy, czyli porządną łopatę. Wiele razy zdarzyło się tak, że utknęliśmy w polach w głębokim śniegu. Pamiętam, że raz udając się do parafii Huta Józefów, jechałem za pługiem wirnikowym, który nie odśnieżał, a niemalże wykopywał drogę pośród zasp śniegowych, które sięgały grubo ponad metr – opowiada pan Józef.

    Niektóre z tych wspomnień są dość zabawne. Jak choćby to sprzed lat z Błażka, gdzie każda wizyta z gazetami wiązała się dla kolportera z pętem pachnącej kiełbasy. – Dawny proboszcz miał zwyczaj ugaszczać nas wyśmienitą wiejską, podsuszaną kiełbasą. Gdy go akurat nie było, prezent wisiał na klamce u drzwi plebanii – dodaje z uśmiechem J. Kucharski. Podobnie było, gdy w parafii Momoty pracował jeszcze ks. Pinciurek. Tam zawsze kolporter ugaszczany był wiejskim mlekiem, śmietaną lub serem, które proboszcz dostawał od wdzięcznych parafian. Wielokrotnie nasi kolporterzy pełnili rolę swoistych łączników miedzy proboszczem a kurią biskupią. – Jeszcze kilkanaście lat temu wielu proboszczów nie miało samochodów. Dlatego zlecano nam załatwianie niektórych spraw w kurii. I tak wykonywaliśmy stosowne opłaty, dostarczaliśmy pilną korespondencję czy dowoziliśmy konieczne rzeczy do liturgii. To bardzo zacieśniało wzajemne relacje – podkreśla pan Józef.

    Właśnie przybył kolejny numer „Gościa”. Najpierw rozładunek, a potem lektura. Pierwszą rzeczą, jaką robią kolporterzy, jest przekartkowanie gazety. – Musimy wiedzieć, co jest w danym numerze, bo gdy jest jakiś artykuł o parafii, to zostawia się więcej egzemplarzy i wiemy, jak zareklamować numer proboszczowi – podsumowuje Józef Kucharski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół