• facebook
  • rss
  • Oby się we mnie spełniło

    ks. Tomasz Lis


    |

    Gość Sandomierski 11/2014

    dodane 13.03.2014 00:00

    Wspomnienie. Rusza proces beatyfikacyjny ks. Stanisława Sudoła, długoletniego proboszcza w Dzikowcu.


    Gdy nie było proboszcza na plebanii, każdy wiedział, że trzeba iść do kościoła, aby go spotkać. Tam spędzał godziny na modlitwie. Często leżał krzyżem, gdy miał trudne sprawy do załatwienia. Najczęściej jednak spowiadał. Wiele razy pamiętam, jak przyjeżdżali do niego ludzie z odległych stron, by skorzystać z tej posługi. Był jak św. Jan Vianney, ubogi i oddany penitentom – wspomina ks. Józef Konefał.


    Poczciwa sutanna


    Jak podkreślają pamiętający go mieszkańcy Dzikowca, kapłaństwo było jego życiem, misją i zadaniem. – Zapamiętałem go już jako mały chłopiec, gdy przyjechał do chorego sąsiada z sakramentami. Podczas gdy on sprawował posługę, najbliżsi modlili się w izbie obok. Ja byłem tam z mamą. Gdy skończył, wyszedł, porozmawiał z każdym, pytał o zdrowie, a każde dziecko uścisnął i pytał, czy umie się już przeżegnać. Potem przez lata był moim katechetą i spowiednikiem. Jako kierownik duchowy był nieoceniony. Wymagający, ale przy tym łagodny i zatroskany o to, by spowiadający się doświadczył wielkiej Bożej miłości – wspomina Wojciech Mroczka z Lipnicy. Tą otwartość na bliźnich ks. Sudoł wyniósł z domu rodzinnego, a obraz kapłana oddanego całkowicie dla innych ukształtował w sobie podczas studiów w seminarium przemyskim.
Urodził się 16 marca 1895 r. we wsi Zembrza w powiecie kolbuszowskim, w ówczesnym zaborze austriackim. Wychował się w licznej rodzinie. Był siódmym pośród ośmiorga dzieci Marcina i Wiktorii Sudołów, galicyjskich chłopów, którzy wielką wagę przykładali do wychowania religijnego dzieci. Nie obca była każdemu z dzieci praca u boku rodziców w gospodarstwie, które stanowiło podstawę utrzymania rodziny. Wielką pasją rodzinną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, było pszczelarstwo, nieobce także młodemu Stanisławowi, który kultywował rodzinne tradycje na swoich placówkach kapłańskich.
Mimo że Sudołowie nie byli majętni, za namową raniżowskiego plebana posłali Stanisława do gimnazjum w Rzeszowie. Jednak trzecią klasę skończył już w Samborze, dzięki uprzejmości ks. Jana Raniżewskiego, pochodzącego z Raniżowa. Przed wybuchem I wojny światowej wstąpił do Małego Seminarium w Przemyślu, gdzie uczęszczał do ostatnich klas gimnazjalnych. Dzięki tej „duchowej” protekcji uniknął powołania do armii cesarskiej na początku działań wojennych. W 1915 r. rozpoczął formację w wyższym seminarium. Wielokrotnie wspominał swoim bliskim, że jednym z wielkich i ważnych dla niego momentów z tamtych lat była chwila przyjęcia sutanny i dzień samych już święceń kapłańskich. – Księdza Sudoła nie można było spotkać inaczej jak tylko w sutannie, choć była ona pocerowana i połatana, ale była jego najważniejszym strojem, jak powtarzał, Chrystusową szatą. Gdy chciano mu kupić nową, wzbraniał się, tłumacząc, że ta, w której chodzi, jest jeszcze poczciwa – wspomina ks. Józef Konefał.


    Życiowa misja


    Pierwszą placówką jego posługi kapłańskiej był wikariat w Rakszawie. „Na wstępie swego pracowitego kapłańskiego życia zapisał w notatkach: »Oby się we mnie spełniło, bym życie swoje za przyczyną Najświętszej Matki prowadził w Chrystusie, dla Chrystusa, z Chrystusem«. To zawołanie było busolą i codzienną troską jego świątobliwego życia” – pisze Jan Konefał w swojej książce o ks. Sudole. Na pierwszej placówce zapisał się jako niezmordowany opiekun chorych podczas epidemii tyfusu. Podczas posługi sam zaraził się chorobą, ale szczęśliwie przeżył i wyzdrowiał.
Kolejną parafią, na którą został posłany, była Wiązownica k. Jarosławia, gdzie spędził 22 lata. Pracował najpierw jako wikariusz, a potem pełnił obowiązki proboszcza. Kierował odbudową kościoła i budową nowej świątyni. Nie ustawał także w trosce duchowej o parafian. Dał się poznać jako prawie granicznie ubogi asceta, wspomożyciel biednych i niezmordowany ewangelizator. Te cechy jednały mu ludzi, którzy szczególnie w trudnych latach wojennych mogli liczyć na pełne otuchy słowa proboszcza, ale także jego szeroką pomoc w wielu sprawach.
Jednak to kapłańskie oddanie nie wszystkim odpowiadało. Podczas czasu trudnych relacji polsko-ukraińskich na wschodzie Polski w 1944 r. został zmuszony do opuszczenia parafii. „Ukraińcy anonimowo przesłali mu list z pogróżkami (wyrokiem śmierci) i nakazem natychmiastowego wyniesienia się za San. On nie chcąc, by na wiązownickiej parafii zaciążyła zbrodnia księżobójstwa, uległ tej presji. Przybył w rodzinne raniżowskie strony” – opisuje Jan Konefał.


    Jak święci Franciszek i Jan Vianney


    Placówką, w której spędził resztę swojego kapłańskiego życia był pobliski Dzikowiec. To on stał się osobistym „Ars” dla ks. Stanisława Sudoła. – Na rozpoczęcie roku szkolnego do Lipnicy przyjechał zwykłą furmanką. Od pierwszych słów można było wyczuć w nim niezwykłą przyjacielskość i życzliwość – wspomina Maria Tyburczy, emerytowana nauczycielka. – Ks. Sudoł uczył religii w klasie obok mojej, więc często spotykaliśmy się na przerwach. Był zawsze, pomimo licznych obowiązków, zatroskany o losy innych. Kiedyś podszedł do mnie i zapytał: „Dziecko, macie za co żyć, nie brakuje wam czego?”. Popatrzyłam wtedy na niego, na starą sutannę, schodzone buty i odparłam, że wszystko mamy. Wiem z opowiadań wielu osób, że mimo tego, że prowadził sam ascetyczne życie, to jednak zawsze pomógł potrzebującym – wspomina nauczycielka.
Tę szeroką pomoc ubogim mógł nieść dzięki życzliwości dzikowskich emigrantów zza oceanu, którzy przez lata wspomagali parafię i bliskich pozostałych na ojcowiźnie, przyczynili się także do powstania kościoła w Kopciach. – Czasami było trudno zrozumieć, jak ks. Sudoł zdobywał środki na prowadzenie parafii i pomoc innym. Sam nie brał nigdy pieniędzy za posługi sakramentalne. Często więc ludzie sami przynosili i zostawiali mu jakieś grosze, które on prawie natychmiast rozdawał tym, którzy potrzebowali wsparcia – wspomina ks. Józef Konefał.
Niezwykłe oddanie wiernym podkreśla także liczący ponad sto lat ks. Józef Sondej, emerytowany kapłan z Rzeszowa, który osobiście znał ks. Sudoła. – Był niezwykłym spowiednikiem. Podczas wspólnych spowiedzi parafialnych prawie nie wychodził z konfesjonału. Ludzie otaczali jego konfesjonał, a on siedział w nim aż do wieczora, często bez obiadu. Spowiadał aż do ostatniego penitenta. Miał styl życia św. Jana Vianneya. Niezwykłe ubóstwo, skromność, asceza i niemalże męczeństwo w konfesjonale. Często ludzie z odległych stron udawali się specjalnie na spowiedź do niego – wspomina ks. J. Sondej.
Z pobytem i pracą ks. Sudoła w Dzikowcu związane są trudne do wyjaśnienia zjawiska, które działy się przez pewien czas na plebanii. – Pośród księży mówiło się, że na dzikowskiej plebanii coś straszy. Wielu wikariuszy czy nawet goście, którzy przybywali do proboszcza, niejednokrotnie potwierdzali niewyjaśnione odgłosy, nagłe otwieranie się drzwi, gaszenie światła. Sam ks. Sudoł nigdy o tym nie chciał mówić ani tym bardziej tłumaczyć, co się dzieje. Z czasem, gdy już pracowaliśmy razem w Dzikowcu, podkreślał, że już sobie z... „nim” poradził. Ale co to było i w jaki sposób owo straszenie ustało, trudno dziś określić – dodaje ks. Józef Konefał.
Wielką pasją ks. Sudoła było pszczelarstwo. – Pośród pszczółek, jak powtarzał, odpoczywał. Gdy był zmęczony, zatroskany jakimś problemem, szedł do uli. Doglądał je, poprawiał, patrzył na pracę pszczół i po jakimś czasie wracał pełen nowej werwy – dodaje dawny proboszcz dzikowski.


    Początek drogi na ołtarze


    O świątobliwym życiu swojego proboszcza przekonani są pamiętający go parafianie. Kilkanaście lat temu jego imię przyjął Zespół Szkół w Dzikowcu, przed którego budynkiem wystawiono pomnik poświęcony pamięci dawnego proboszcza. Odbyło się także kilka konferencji i spotkań, w których wspominano jego posługę i święte życie. – Ponieważ jest on nadal wzorem dla kapłanów, a wierni są przekonani o jego świętości, w porozumieniu z kapłanami i osobami świeckimi postanowiliśmy rozpocząć starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego – wyjaśniał bp Krzysztof Nitkiewicz.
Po otrzymaniu zgody Konferencji Episkopatu Polski biskup ordynariusz wystąpił do Stolicy Apostolskiej o zezwolenie na rozpoczęcie procesu na etapie diecezjalnym. W odpowiedzi Kongregacja ds. Świętych wydała dokument „nihil obstat” (nic nie stoi na przeszkodzie), aby taki proces rozpocząć. – Wzór tego kapłana jest szczególnie ważny współcześnie, kiedy coraz częściej zapomina się o wymiarze nadprzyrodzonym zwyczajnej posługi parafialnej. Tymczasem każdy kapłan, w tym i zwyczajny wiejski proboszcz, urzeczywistnia w swym posługiwaniu Chrystusa, Dobrego Pasterza, prowadzącego innych, pochylającego się nad ludzką krzywdą, obecnego wszędzie tam, gdzie człowiek potrzebuje pomocy. Ks. Sudoł był proboszczem zawsze dostępnym dla wiernych, bez wyznaczonych godzin urzędowania, myślącym zawsze o powierzonej mu wspólnocie – podkreślał bp K. Nitkiewicz.
Rozpoczęcie procesu odbędzie się 19 marca w bazylice katedralnej w Sandomierzu. Będzie zawierało ono uroczyste zaprzysiężenie trybunału oraz przeprowadzenie jego pierwszej publicznej sesji. O tego momentu ks. Stanisławowi Sudołowi będzie przysługiwał tytuł sługi Bożego.•
Pisząc tekst, korzystałem z książki pod redakcją Jana Konefała „Ks. Stanisław Sudoł. Człowiek i duszpasterz (1895–1981)”, Sandomierz–Stalowa Wola 2004.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół