• facebook
  • rss
  • W Dobrej Wierze

    Ks. Tomasz Lis:

    |

    Gość Sandomierski 30/2013

    dodane 25.07.2013 00:00

    O świętojackowych procesjach, ewangelizowaniu macho i świętym łączniku z ojczyzną z ks. Marcinem Chłopkiem rozmawia ks. Tomasz Lis.

    Ks. Marcin Chłopek: – Z całą pewnością tak, a pracy wystarczyłoby dla kilkudziesięciu księży. Nasza parafia, gdzie pracujemy z drugim misjonarzem, obejmuje miasto Buena Fe (dobra wiara) oraz 32 okoliczne wioski, w sumie prawie 40 tys. ludzi. Mimo że większość jest ochrzczonych, to ich wiara jest bardzo płytka.

    Wiedzą tylko podstawowe rzeczy i brak przede wszystkim przełożenia wiary na codzienne życie. Mentalność południowoamerykańska jest bardzo emocjonalna i to przekłada się na wiarę, w której wagę przykładają bardziej do zewnętrznych jej oznak, np. udziału w procesjach, niesienia figury, aniżeli do tego, jak mam żyć według tej wiary.

    Nie wyobrażam sobie, jak dwóch księży może podołać pracy w tak dużej parafii.

    – To kwestia organizacji pracy. Jako księża skupiamy się na tym, w czym nikt nas nie zastąpi. A więc udzielaniu sakramentów, odprawianiu Mszy św., koordynacji pracy katechistów. W naszej parafii posługuje duża ich grupa. To oni prowadzą główną część nauki religii, odpowiedzialni są na wioskach za kaplice, przygotowanie liturgii itd. Ponadto jesteśmy dobrze zorganizowani. Jeden z nas codziennie po południu wyrusza do kolejnej z wiosek. Najdalsza położona jest niemal półtorej godziny jazdy samochodem (odległość mierzy się czasem dotarcia), do innej płyniemy łódką lub pieszo po bardzo prowizorycznym moście. Tam mamy Mszę św., spotkanie z dziećmi przygotowującymi się do I Komunii Świętej, kandydatami do bierzmowania i ich rodzinami. Spowiadamy, udzielamy sakramentu chorych, wykonujemy to, co najbardziej konieczne, bo mamy świadomość, że wrócimy tutaj dopiero za dwa tygodnie lub za miesiąc. W ciągu roku udzielamy prawie dwóch tysięcy chrztów dzieciom w wieku do 6 lat, za to sakramentalne małżeństwo zawiera tylko około dwudziestu par.

    Czyli misją jest rodzina?

    – Tak, to główne zadanie naszej posługi misyjnej. Problemem jest południowoamerykański typ mężczyzny, macho, który ma kilka żon i dowodzi rodziną. To nie sprzyja propagowaniu katolickiego obrazu rodziny. Trudno to zmienić, bo to tkwi w ich kulturze. W takiej rodzinie trudno o jakąkolwiek etykę czy troskę o dobre wychowanie dzieci, które często są zaniedbane i wychowuje je ulica. Bardzo dużo dzieci nie chodzi do szkół, tylko pracuje, by pomóc utrzymać rodzinę. Duża jest także przestępczość, w tym także nieletnich.

    Ale na fiestę przychodzą wszyscy.

    – Obowiązkowo (uśmiech). Największym świętem jest dzień patrona parafii św. Jacka. Niezwykle uroczysta procesja idzie głównymi ulicami. Wtedy każdy chce nieść figurę świętego lub choć jej dotknąć lub potrzeć o nią różaniec. Bardzo uroczyście obchodzą święta poświęcone zmarłym, czy dzień matki lub ojca. Boże Narodzenie i Wielkanoc niekoniecznie są wielkimi świętami, ważniejsze dla nich jest zrobienie szopki czy udział w Drodze Krzyżowej.

    Nie jest więc łatwo wejść w tamtą kulturę.

    – To jedno z większych osobistych zadań misjonarza: poznać, zaakceptować i żyć kulturą ludzi, do których trafia. Nie można narzucać im tego, w czym my wzrastaliśmy, szczególnie, gdy ma to powiązanie z wiarą. I choć pracujemy na tej placówce razem z drugim księdzem z Polski, to można powiedzieć, że żyjemy Kościołem i wiarą po ekwadorsku. Nie wprowadzamy tego, co wypracował nasz katolicyzm, to byłaby fatalna pomyłka.

    A skąd trafił św. Jacek Odrowąż, patron waszej parafii, aż pod ekwadorskie Andy?

    – Jego kult przywieźli tutaj dominikanie, którzy przybyli z pierwszą misją. To on jest takim naszym łącznikiem z ojczyzną. Niedaleko nas, w Jaguaci, jest piękne sanktuarium jemu poświęcone. Ponadto prawie w każdej wiosce jest jego figura, bardzo czczona. Jednak różaniec uważają bardziej za magiczny amulet, którym trzeba dotknąć figury, niż narzędzie do modlitwy.

    Mimo trudności, chyba są także misyjne sukcesy?

    – Nie nazywałbym tego sukcesami. To chwile, które dają radość z tego, że praca przynosi jakieś efekty. Każdy z nas ich potrzebuje, aby iść z siłą dalej. Jest wiele pięknych nawróceń, gdy ktoś, kto dotąd był przestępcą, nawraca się i jest jednym z bardziej zaangażowanych katechistów. Na pewno cieszy, gdy młodzi wybierają drogę sakramentalnego małżeństwa i tworzą dobrą rodzinę, czy nawet, gdy ktoś przychodzi do bardzo szczerej spowiedzi.

    Czy takich kapłańskich radości trzeba szukać aż w Ekwadorze?

    – Myślę, że Pan Bóg działa tak samo tutaj, jak i gdzieś wiele tysięcy kilometrów za oceanem. Tu i tam potrzebuje nas, swoich narzędzi, dlatego pojechałem na misję. Ja jestem takim misjonarzem gazetowym. Swoje powołanie misyjne odkryłem, czytając właśnie gazety, w których pisano o wielkiej potrzebie księży, gdzieś w dalekich krajach, pomyślałem: „dlaczego nie ja?”. I tak od pięciu lat posługuję w „dobrej wierze” w Ekwadorze.

    Czy posługę duszpasterską w kraju, gdzie blisko 80 proc. ludzi deklaruje się jako katolicy, możemy nazwać pracą misyjną?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół