• facebook
  • rss
  • Była sobie wieś

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 30/2013

    dodane 25.07.2013 00:00

    Społeczeństwo. – Popatrz, Rysiu, to Kryśka – mówi Zofia Duma, pokazując zdjęcie młodej kobiety. – Jaka Krysia? – dopytuje się Ryszard Duma. – Jak to, nie pamiętasz? – oburza się pani Zofia. I dalej oglądają „Album – Jeziórko nasze słoneczko” ks. Adama Kamińskiego.

    Zebrali się w mieszkaniu Zofii Tomczyk (z domu też Duma). Niektórzy mieli blisko, musieli pokonać zaledwie kilkanaście schodków albo kilka metrów z bloku obok. Tylko Jan Korczak i Ryszard Duma mieli nieco dalej, bo przyszli z osiedli Dzików i Piastów. – Widzi pani, jak nas poupychali w tych czterech ścianach? – gorzko zauważa gospodyni. – A tam wybudowaliśmy z mężem dom, oborę, stodołę i wszystko nam zabrali, każąc wynosić się – mówi łamiącym się głosem.

    Zostały ławeczki

    Kiedy 60 lat temu właśnie w okolicach Jeziórka, wówczas dużej i ludnej wsi, prof. Stanisław Pawłowski wraz z żoną Katarzyną natrafili na złoża siarki, nikt z jej mieszkańców nie przypuszczał, że już za nieco ponad 20 lat rozpocznie się stopniowa agonia ich małej ojczyzny. – Pierwsze wysiedlenia przez kopalnię zaczęły się chyba w 1974 r. – stara się przypomnieć sobie Stanisław Duma-Dominek. – Ale takie masowe i ostatnie to odbyły się w 1986 r. – dodaje Zofia Duma. – Byli tacy, co nie chcieli opuścić swoich domów. To proszę sobie wyobrazić, że podjeżdżał spych i burzył ścianę. Albo w czasie nieobecności mieszkańców wchodzili do domów i burzyli piece kuchenne, kominy, niszczyli studnie. I ludzie musieli się wynieść... Bo jak tu w takich warunkach żyć? Jeziórko stopniowo pochłaniała powstała w jego sąsiedztwie kopalnia siarki. Kiedy w latach 80. ubiegłego wieku żółte złoto z Polski osiągało rekordowe ceny, zapadła decyzja o dalszym poszerzaniu terenów wydobywczych. Wówczas przesądzony został również los mieszkańców wioski, którzy mimo protestów zmuszeni byli do przesiedlenia się. Większość trafiła do Tarnobrzega, zasiedlając nowo wybudowane bloki na osiedlu Serbinów. – Tu w około mieszkają sami sąsiedzi z Jeziórka – mówi Zofia Tomczyk. – Chyba dwie rodziny zamieszkały na Przywiślu – wtrąca Jan Korczak. – Część postanowiła kupić gospodarstwa w okolicznych wioskach i oni zrobili najlepiej. Bo po prawdzie opuścili swoje ojcowizny, ale nadal pozostali na gospodarce, a ci, co znaleźli się w mieście, mieli najtrudniej ze względów psychicznych. Jak człowiek od urodzenia mieszkał w swoim domu, miał to podwórko, rolę i nagle znalazł się na półce w bloku, to się dusił – opowiada. Do dzisiaj wśród jeziorzan krążą opowieści, jak to niektórzy mieszkańcy, choć już przenieśli się do Tarnobrzega, to przyjeżdżali na miejsca swoich domów i siadali na ławeczkach, które się ostały. – Potrafili w bezruchu przesiedzieć nawet po kilka godzin, tuląc się do resztek murów lub owocowych drzewek.

    Co to jest klucz?

    – Jak tak popatrzę z perspektywy lat na naszą wioskę, to pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to ogromna solidarność ludzka. Tu nie było nigdy żadnych donosicieli. Jeśli kogoś spotkało nieszczęście, to sąsiedzi pomagali, każdy na miarę swoich możliwości, boć to nie była wieś bogata – mówi Jan Korczak. – Proszę sobie wyobrazić, że w dzieciństwie nie wiedziałem, co to jest klucz do domu. Nie było zwyczaju zamykania domów tak jak teraz – podkreśla pan Ryszard. – Po prostu wychodziło się z domu, zamykało drzwi na klamkę i tyle. Owszem, czasami słyszało się, że komuś wyprowadzono krowę czy konia, ale to dla żartu. Kradzieże były zjawiskiem nieznanym w Jeziórku. Chyba że zaplątał się tu ktoś obcy. Choć jeziorzanie trzymali się twardo razem, to nie przeszkadzało im jednak w klasycznych, „obowiązkowych” bójkach na festynach. – Co to za festyn bez małego prania po gębach? – śmieje się Stanisław Duma-Dominek.

    Tak niewielu wróciło

    Jeziorzanie, kiedy zagrały surmy, stawali do boju o wolność lub w obronie ojczyzny. Walczyli w powstaniach, w I i II wojnie światowej, bronili kraju przed bolszewikami w 1920 r. Ale kiedy już mieli tę swoją wywalczoną Polskę, to gdy uznali, że źle się dzieje, głośno protestowali. – Przed wojną nasi należeli do Polskiego Stronnictwa Ludowego – opowiada Jan Korczak. – Kiedy w 1937 r. wybuchł wielki strajk chłopski, mieszkańcy wioski gremialnie się doń przyłączyli. Ostatni uczestnik tamtych tragicznych wydarzeń odszedł do wieczności kilka tygodni temu. II wojna była najtragiczniejszym czasem w dziejach Jeziórka. W dwóch pacyfikacjach hitlerowcy wywieźli ponad 60 mężczyzn. – Był to odwet za wykolejenie pociągu koło Grębowa – wyjaśnia pan Stanisław. – Podobno mieli spacyfikować Mokrzyszów, ale jakaś kobieta wyprosiła u Niemców, żeby odstąpili od tego. Wówczas wybór padł na pobliskie Jeziórko – dodaje Zofia Duma. Spośród wywiezionych wówczas do Rzeszowa wróciło zaledwie kilku mężczyzn. – Jak zaczęli walić do drzwi, brat skoczył na taki wysoki piec kuchenny i położył się płasko – wspomina Zofia Tomczyk. – Kiedy hitlerowcy weszli, zobaczyli tylko mojego tatę, brata nie dostrzegli. Po ich wyjściu, pobiegł szybko, żeby ostrzec naszych dwóch szwagrów, niestety, było za późno. Zobaczył z daleka, jak ich wyprowadzają. Jedna z moich sióstr była w zaawansowanej ciąży. Władek zdążył jeszcze dowiedzieć się, że... – tu pani Zofia urywa, w oczach stają jej łzy. – Dowiedział się, że urodził się mu syn Tadeuszek. W modlitewniku, który jakimś cudem dotarł do siostry, napisał: „Szanuj siebie i dziecko”. Parę miesięcy później wkroczyli Rosjanie. Tak niewiele brakowało, a obaj szwagrowie przeżyliby wojnę. – Zachowały się też kalesony szewca Andrzeja Niemieckiego, który własną krwią... – tu głos panu Janowi załamuje się. Po dłuższej chwili dopiero może mówić: –... napisał na nich do żony: „Anielciu, kocham cię”.

    Oaza na pustyni

    Jeziórko uchodziło za wieś głęboko religijną. Świadczą zresztą o tym stojące do dzisiaj krzyże, nie te dawne – tamte czas powalił – ale ich następcy. – Każdy przysiółek miał swój krzyż – mówi Ryszard Duma. – Ale jeden był najważniejszy – wtrąca pan Jan. – Nazywano go krzyżem ostatniej drogi. Stał jakieś 800 metrów za wioską w kierunku na Grębów. Ponieważ Jeziórko należało do tamtejszej parafii i przez wszystkie lata nasi zmarli byli chowani na grębowskim cmentarzu, nie każdy miał siłę pokonać ładnych kilka kilometrów. Dlatego doprowadzano trumnę do tego krzyża i tam następowało pożegnanie. A dalej szli bliscy i ci, co mogli. O krzyże dbano przez cały rok, ale najpiękniej wyglądały w maju, całe ubrane kwiatami i wstążkami. Codziennie każdy przysiółek zbierał się pod nimi na nabożeństwo majowe i śpiewał pieśni ku czci Matki Bożej. – I tak głośno, by głos niósł się jak najdalej – dodaje z uśmiechem Jan Korczak. Także dzisiaj krzyże prezentują się pięknie. – Gdyby nie Rysiek, to nic by z tego nie było – chwali pana Ryszarda Zofia Tomczyk. – Daje sprzęt, nie żałuje pieniędzy, kiedy trzeba, to bierze nas i zawozi, podobnie zresztą jak Jaś. Szczególną troską jeziorzanie otaczają miejsce, w którym każdego roku, począwszy od 2006, spotykają się w ostatnią niedzielę czerwca na wspólnej Mszy św. Materiał, czyli m.in. kostkę brukową, sprzęt do uporządkowania terenu dał Ryszard Duma. – Obecnie gospodarujemy na 12 arach użyczonych nam, czyli Stowarzyszeniu „Jeziorzanie”, przez gminę Grębów – wyjaśnia Jan Korczak, jego prezes. Działka i otoczenie krzyża oraz pamiątkowego głazu przyciąga wzrok każdego przejeżdżającego. Moc pięknych kwiatów, wykoszony trawnik na tle zagospodarowywanego powoli, pokopalnianego krajobrazu prezentują się jak oaza na pustyni. – Staszek to chyba jest prawie codziennie – śmieje się Zofia Duma. – My latem bywamy parę razy w tygodniu. – W tym roku jest sporo deszczu, więc nie ma konieczności częstego podlewania kwiatów – dodaje pan Ryszard. Doroczna Msza św. i spotkanie po niej to dla jeziorzan, zwłaszcza tych ze starszego pokolenia, święto, na które niecierpliwie czekają. Rozmowom, wspomnieniom i opowieściom nie ma końca. – Msze odprawia nasz opiekun duchowy i dobry duch ks. prał. Michał Józefczyk. Z prostej przyczyny – większość mieszkańców Jeziórka znalazła nowe lokum na osiedlu Serbinów, należącym do parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy – mówi Jan Korczak.

    Razem

    Powołali Stowarzyszenie „Jeziorzanie”, bo liczyli, że wspólnie łatwiej uda się im odzyskać ziemię, z której ich wywłaszczono. – W 2005 r. dotarliśmy do ustawy z 1997 r. dotyczącej gospodarki gruntami rolnymi z zasobu Skarbu Państwa – wyjaśnia Jan Korczak. – Wynikało z niej, że byłym właścicielom nieruchomości przysługuje prawo ich zwrotu lub pierwokupu w sytuacji, gdy cel, z powodu którego nastąpiło wywłaszczenie, nie doszedł do skutku, ewentualnie jego realizacja dobiegła końca i ziemia jest już zbędna. Nasz ziomek Zdzich Mróz stwierdził, że trzeba spróbować. Niestety, zawiłości naszych przepisów i czasami dowolność ich interpretacji wymagają ogromu czasu, cierpliwości i – nie ma co ukrywać – pieniędzy, i to niemałych. Wysyłali pisma do wszelkich możliwych urzędów, organów państwowych. Szukali wsparcia u posłów i senatorów. Ale nie wskórali nic. – KiZPS „Siarkopol” przestał wydobywać siarkę w kopalni „Jeziórko” w 2001 r. – mówi prezes „Jeziorzan”. – Dlatego były podstawy prawne do naszych żądań. Niestety, Siarkopol, który tereny otrzymał do Skarbu Państwa, twierdził, że nie było żadnego wywłaszczenia, tylko zostały zawarte normalne umowy kupna-sprzedaży nieruchomości. Dlatego w naszym przypadku wspomniana ustawa nie ma zastosowania. Niedawno z pomocą przyszedł nam Mirosław Pluta, nasz poseł, który złożył interpelację poselską. Odpowiedź jest niejasna. Ale przed sądem w Bydgoszczy toczy się podobny do naszego proces i czekamy na jego zakończenie, bo w przypadku wyroku korzystnego dla wywłaszczonych mielibyśmy precedens, na który moglibyśmy się powołać.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół