• facebook
  • rss
  • Schron pod łóżkiem

    Andrzej Capiga, Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 28/2013

    dodane 11.07.2013 00:00

    Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Katarzyna Sagan, 105-letnia mieszkanka Zasania w gminie Nisko, mimo kłopotów z poruszaniem się, trzyma się świetnie. I często wraca do przeszłości, bo – jak sama przyznaje – więcej pamięta z historii niż z dnia dzisiejszego.

      Ocalone siostry Cywia i Frimat podczas uroczystości w Sandomierzu
    Marta Woynarowska /GN
    A jest do czego wracać...

    Moja mamusia

    W 1941 r. Niemcy rozpoczęli eksterminację Żydów. Nie ominęła ona też terenu obecnej gminy Pysznica. W latach 1942–1943 okupanci rozstrzelali tam 259 Żydów. Na trzech zbiorowych mogiłach wystawiono pamiątkowe pomniki. Wielu z nich to z pewnością mieszkańcy Kłyżowa, gdzie do wojny żyła spora grupa Żydów. Niektórzy zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Nielicznym udało się zbiec i dzięki pomocy Polaków przeżyć okres okupacji.

    Jednym z nich był 19-letni wówczas Moris Krantz, Żyd z Kłyżowa. Katarzyna Sagan wraz z rodziną, w tym z najstarszą córką Genią, kopała ziemniaki w polu, gdy zjawił się Moris Krantz. Nie miał gdzie się podziać, bo całą jego rodzinę Niemcy wyrzucili z domu, a następnie zamordowali. Pani Katarzyna poprosiła matkę o schronienie dla uciekiniera, widziała bowiem, że był bardzo wystraszony. Sama się bała, bo miała świadomość, jaki los czeka osoby pomagające Żydom. Zaryzykowała jednak życiem swoim i swojej rodziny. Przyjęła Morisa pod swój dach – przez długie 22 miesiące zamieszkał w stodole, w schowku pod słomą. – W ciągu dnia siedział w ukryciu, a nocą wychodził. Czasami zaglądnął do nas przez okno domu. Trochę porozmawiał. Ile ten człowiek wycierpiał... Tyle czasu w ukryciu... Jedzenie w wiaderku, które dla niepoznaki zawierało pokarm dla świń, zanosiliśmy mu mąż lub ja – wspomina pani Katarzyna. O tym, że rodzina Saganów przechowuje Żyda, wiedzieli tylko pani Katarzyna, jej mąż oraz właśnie Genia. Nikt nigdy nie pisnął słowa, mimo że Niemcy nieraz kontrolowali zabudowania. Po wojnie Moris Krantz najpierw zaciągnął się do polskiego wojska, a potem wyemigrował do Ameryki. Tam bowiem ściągnęła go dalsza rodzina. Nie zapomniał jednak o swoich wybawicielach. Póki żył, cały czas miał z nimi kontakt. Pisząc listy, zwracał się do pani Katarzyny „Mamusiu!”. Często przyjeżdżał do Polski, do domu na Zasaniu. Pani Genia miała okazję odwiedzić go w Ameryce. Teraz kontakt z rodziną Morisa Krantza urwał się – wszyscy tam mówią już tylko po angielsku. Bohaterstwo Katarzyny Sagan i jej rodziny doceniły po wojnie władze Izraela, przyznając jej medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

      Sprawiedliwa Katarzyna
    Andrzej Capiga /GN
    15 ocalonych istnień

    Kiedy w 1942 r. hitlerowcy przystąpili do likwidacji staszowskiego getta, mieszkający w nim Żydzi zaczęli uciekać, szukając schronienia u polskich rodzin. Tak pewnego jesiennego dnia do domu Marii Szczecińskiej zapukali i poprosili o pomoc Nachman i Samuel Winerowie. Później jeszcze kilkakrotnie otwierała drzwi swego domu, by dać schronienie kolejnym osobom. Przez 22 miesiące ukrywała 15 Żydów. O heroicznej postawie pani Marii oraz jej syna Jerzego przypomina tablica poświęcona mieszkańcom ziemi staszowskiej, którzy nie wahali się udzielić pomocy swoim żydowskim sąsiadom. Oprócz nazwiska Szczecińskich widnieje na niej 21 innych. Maria Szczecińska przyjechała do Staszowa w 1930 r. po śmierci swego męża Grzegorza. Mieszkali i pracowali od paru lat na stacji w Antonówce niedaleko Sarn, tuż przy ówczesnej granicy Polski ze Związkiem Sowieckim. Oboje urodzili się na Kresach Wschodnich – ona w Brześciu, on zaś w Kamieńcu Podolskim. Poznali się w Petersburgu, gdzie oboje pobierali nauki. Panna Kubinkiewicz wpadła w oko Grzegorzowi. Po ślubie osiedli w Brześciu, tam na świat przyszła czwórka ich dzieci. Najmłodsza Ida urodziła się już po przenosinach do Antonówki. Śmierć męża zmusiła Marię Szczecińską do poszukiwania pracy. Znalazła ją w Staszowie, gdzie została kierowniczką ekspedycji towarowej. Kolej zadbała również o lokum – był to budynek położony nieco na uboczu, co za kilkanaście lat okazało się błogosławieństwem dla szukających pomocy Żydów. Po przyjęciu pod swój dach Winerów, a potem kolejnych osób, konieczne okazało się wykopanie bunkra. Nie była to sprawa prosta, gdyż trzeba było jakoś zakamuflować kilkaset wiader wybranej ziemi. „Było to pomieszczenie 3 m długie i 2 m szerokie. Wysokość z uwagi na podmokły teren była bardzo niska. Można w nim było tylko siedzieć lub klęczeć” – pisał w 1981 r. Jerzy Szczeciński w uzasadnieniu dołączonym do listu skierowanego do Instytutu Yad Vashem z prośbą o umieszczenie swej rodziny na liście zasłużonych dla ratowania Żydów.

      Ida Szczecińska-Żmuda z mężem
    Archiwum Stowarzyszenia Ekosan
    Przebywający w kryjówce wychodzili z niej na noc, ale nie wszyscy, tylko część, by móc położyć się spać. Właz do schronu znajdował się w pokoju pod łóżkiem. Za każdym razem, by go otworzyć, trzeba było przestawiać meble. Jak wspomina jedyna żyjąca córka Marii Szczecińskiej Ida Szczecińska-Żmuda, z czasem wielkim problemem okazało się zdobywanie pożywienia dla tak licznej gromady ludzi. Początkowo, kiedy ukrywający się dysponowali jeszcze pieniędzmi, dawali je pani Marii na zakup żywności, z czasem jednak ich oszczędności wyczerpały się i pozostali bez grosza przy duszy. Maria Szczecińska, mimo że miała skromną pensję, potrafiła jednak wyżywić dodatkowych 15 osób, znajdując na to dobry sposób. Aby ukryć spożycie np. chleba, przekraczające znacznie zapotrzebowanie swojej sześcioosobowej rodziny, postanowiła otworzyć bufet dla podróżnych. Przynosił on nie tylko dodatkowy dochód, ale również żywność, której zużycie łatwo było w ten sposób ukryć. Poza tym stały kontakt z kolejarzami, konwojentami pozwalał na zdobycie niektórych artykułów. Menu było dość krótkie, bo na talerzu gościły zazwyczaj ziemniaki oraz kasza, do których serwowano mleko. Chleb i mięso należały do rarytasów. Wszyscy członkowie rodziny Szczecińskich doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosło ukrywanie Żydów. Dwa lata życia w ciągłym napięciu odbiło się później na zdrowiu niektórych z nich. Trzy wydarzenia zapadły szczególnie w pamięci ratujących. Ktoś doniósł Niemcom, że wdowa mieszkająca na kolei ukrywa Żydów. Tak się złożyło, że oprócz Marii Szczecińskiej była jeszcze jedna kobieta, która po śmierci męża samotnie wychowywała dzieci. I to na nią padło podejrzenie. Hitlerowcy zdemolowali jej dom, ale nikogo nie znaleźli. Szczęśliwie mieszkanie Szczecińskich pominęli. Kryjówkę u Szczecińskich Żydzi opuścili już pod sam koniec niemieckiej okupacji. Wyjście na wolność dla dwójki z nich było jednak tragiczne. Róża Goldberg (lub Goldflus) oraz jej narzeczony Roman Segał zginęli od wybuchu niemieckiej bomby. Drogi ocalonych porozchodziły się. Jedni wyjechali do Stanów Zjednoczonych, Kanady, inni zaś wybrali Izrael. „Co skłoniło naszą rodzinę do ratowania Żydów? W tym wypadku jest jedna i krótka odpowiedź! Nieszczęście, w jakim znaleźli się Żydzi, i nasze człowieczeństwo oraz głęboka wiara w Boga, który uczy nas miłosierdzia i dobroci, to jedyny chyba przyczynek do udzielania pomocy” – wyjaśniał Jerzy Szczeciński motywy heroicznej postawy swej mamy i rodzeństwa.

      Krystyna Wołoszynek z wnukiem, córka sprawiedliwego Feliksa Żołyni
    Marta Woynarowska /GN
    Dzielny Feliks

    Przed kilkunastoma tygodniami w krużgankach klasztoru ojców dominikanów w Sandomierzu medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” odebrała w imieniu nieżyjącego taty Krystyna Wołoszynek z Wierzchowisk. Feliks Żołynia został bowiem decyzją Instytutu Yad Vashem wpisany na listę sprawiedliwych w ubiegłym roku. – Kiedy nasz tato poprosił go o pomoc, ten nie odmówił – wspomina Cywia Kessler. – Znali się jeszcze sprzed wojny. Felek przychodził do naszego sklepu po tytoń. Nie zawsze miał pieniądze, ale mój tato dawał mu go, mówiąc, że zapłaci zań później. O tej życzliwości mego taty Felek nie zapomniał i kiedy w 1942 r. zaostrzył się terror wobec Żydów, dał nam schronienie. – Dzięki niemu uratowała się cała nasza rodzina: mama, tato, nasz brat i my z siostrą – dodaje Frimat Goldberger. Podobnie jak Żydzi ratowani przez Szczecińskich w Staszowie, także Steinbergowie przez blisko dwa lata żyli w bunkrze wykopanym pod zabudowaniami gospodarczymi. Kiedy opuścili go, okazało się, że mieli zaniki mięśni. – Mieliśmy ogromny problem z chodzeniem – mówi Frimat Goldberger. – Przewracaliśmy się. Ale nic dziwnego, przecież schron miał zaledwie 80 cm wysokości. Można było poruszać się tylko na kolanach. Rodzina Steinbergów ocalenie zawdzięcza też innym mieszkańcom Wierzchowisk, którzy, kiedy trzeba było, nieśli pomoc. I za to pozostają im bardzo wdzięczni, nie zapominając o swych dobroczyńcach. Podczas każdej wizyty w Polsce odwiedzają ich – w 1957 r. wyjechali do Izraela – utrzymują stały kontakt listowny, często również dzwonią. Podczas sandomierskiej uroczystości polało się wiele łez, ale to były łzy wzruszenia i wspólnego szczęścia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół