• facebook
  • rss
  • Sprawiedliwy z Wierzchowisk

    Marta Woynarowska

    dodane 24.04.2013 22:11

    Krystyna Wołoszynek odebrała z rąk ocalonych Cywii Kessler, Frimat Goldberger i Menachema Steinberga przyznany jej ojcu medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

    Uroczystość odbyła się w klasztorze ojców dominikanów w Sandomierzu. Przybyła na nią rodzina Feliksa Żołyni – córka z mężem, wnuczki i prawnuk. Byli również mieszkańcy Wierzchowisk, świadkowie  wydarzeń sprzed 70 lat. Rodzinę Steinbergów reprezentowała kilkudziesięcioosobowa grupa – potomkowie Icchaka. Specjalnie na dzisiejszą uroczystość przyjechał wiceambasador Izraela w Polsce Nadav Eshcar, który podkreślił, iż przez setki lat oba narody polski i żydowski mieszkały obok siebie w obrębie jednego państwa, a ich wzajemne stosunki bywały czasami złożone. – Sandomierz, podobnie jak inne miejscowości bardzo zmieniły się w stosunku do realiów sprzed 90 lat – mówił wiceambasador izraelski. Ten miniony świat, jak zauważył Nadav Eshcar, doskonale oddają obrazy Jesekiela Kirszenbauma, prezentowane w ramach wystawy „Duvdivani i prorocy”, otwartej dzisiaj w krużgankach klasztoru św. Jakuba. – Historia przedstawiona w pracach Kirszenbauma nie odnosi się tylko do ludzi żyjących tutaj, ale również do wielu obywateli Izraela, mających swe korzenie w tym miejscu. Nadav Eshcar, odwiedzając sandomierski oddział Archiwum Państwowego, mieszczący się w dawnej synagodze, w prezencie od pracowników otrzymał informację o swoich przodkach, zamieszkujących niegdyś w Staszowie i Sandomierzu.

    W imieniu bp. Krzysztofa Nitkiewicza, przebywającego na pielgrzymce w Ziemi Świętej, słowa uznania dla bohaterstwa Feliksa Żołyni skierował do jego córki ks. Bogusław Pitucha, delegat sandomierskiego ordynariusza. – Narażając życie i ratując żydowską rodzinę realizował największe przykazanie miłości – mówił ks.  Pitucha. – Wszak „nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

    Łzy i ogromne wzruszenie towarzyszyły słowom Cywii Kessler, wyrażającej największą wdzięczność wybawicielowi jej rodziny. – Świętej pamięci Feliks Żołynia był aniołem w ludzkiej postaci – zauważyła ocalona. – Brak mi słów, które oddałyby zalety cechujące tę szlachetną osobę. Feliks narażał swoje życie, by z paszczy hitlerowskiego mordercy uratować pięcioosobową rodzinę – moich rodziców, siostrę, brata i mnie. Podziękowania skierowała również do potomków rodzin Wielgusów i Kucharczyków za serce okazane im w tragicznych czasach II wojny.

    Do wybuchu wojny rodzina Steinbergów mieszkała w Janowie Lubelskim. Potem przeniosła się do Modliborzyc. Kiedy w 1942 r. hitlerowcy zaostrzyli represje wobec ludności pochodzenia żydowskiego Icchak Steinberg zwrócił się z prośbą o pomoc do Feliksa Żołyni, którego znał od kilku lat. I nie zawiódł się. Wspólnie wykopali pod oborą schron o szerokości 180 cm i 80 cm wysokości. Tam pięć osób spędziło 22 miesiące. – Przez pewien czas Feliks przychodził do nas na noc – wspominała Frimat Goldberger. – Był biedny, ale starał się jak mógł by dostarczyć nam coś do jedzenia. Najczęściej były to gotowane ziemniaki, które przynosił w nocy, by nikt nie widział. Kryjówkę z czasem odkrył jego przyrodni brat Bronisław oraz właściciel gospodarstwa. Obaj jednak dochowali tajemnicy. Steinbergowie opuścili „grobowiec”, tak bowiem do dzisiaj nieco żartobliwie określają schron, który uratował im życie, latem 1944 r. kiedy nadeszła ofensywa radziecka. Wierzchowiska opuścili w 1945 r. przenosząc się do Kłodzka. Do Izraela wyjechali dopiero w 1957 r.

    – Nigdy nie zapomnieli o moim tacie – podkreślała Krystyna Wołoszynek, córka Feliksa Żołyni. – Utrzymywali stały kontakt listowny. 20 lat temu zaś odwiedzili nas po raz pierwszy. Tato już wówczas nie żył, zmarł bowiem w 1971 r. Od tamtej chwili spotkaliśmy się już kilka razy. Piszemy do siebie. To jest bardzo miłe i wzruszające, bo jakże często ludzie zapominają o swoich dobrodziejach. Choć, co muszę podkreślić, tato nigdy nie postrzegał siebie w ten sposób. Nie czuł się również bohaterem.

    W intencji odznaczonego i wszystkich innych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Mszę św. w kościele pw. św. Jakuba odprawił ks. Wojciech Lemański z Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Odnosząc się do przeczytanej Ewangelii, mówiącej o miłosiernym Samarytaninie, stwierdził, iż takimi Samarytanami czasu wojny byli wszyscy ratujący swych braci Żydów.

    Uroczystości wręczenia medalu Feliksowi Żołyni towarzyszyło otwarcie wystawy Jesekiela Kirszenbauma przygotowanej przez Stowarzyszenie Ekosan. – Artysta urodził się w Staszowie w 1900 r. – przybliżał biogram malarza Leszek Tyboń, prezes stowarzyszenia. – Był najmłodszym synem uczonego rabina Natana Majera Kirszenbauma i jego żony Alty z domu Ledermann. W wieku dwunastu lat rozpoczął rysowanie i malowanie szyldów sklepowych. Wykonywał także portrety. W 1920 r. na zawsze opuścił Polskę i wyemigrował do Niemiec, gdzie w latach 1923-1925 uczył się w weimarskim Bauhausie, studiując pod kierunkiem takich mistrzów jak Paul Klee, Wassily Kandinsky i Lyonel Feiningera. Do 1933 r. pracował w Berlinie jako ilustrator gazet pod pseudonimem Duvdivani. Po dojściu Hitlera do władzy przeniósł się do Paryża. Tam odkrył francuski impresjonizm. Po 1939 r. trafił do obozów pracy dla cudzoziemców. W czasie wojny hitlerowcy wymordowali całą jego rodzinę. Po 1945 r. podróżował m.in. do Brazylii. Zmarł w 1954 r.

    Obrazy prezentowane na wystawie, nawiązując do tematyki biblijnej, przedstawiają świat miasteczek zapamiętany z dzieciństwa. Ekspozycja będzie udostępniona przez najbliższe dwa tygodnie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół