• facebook
  • rss
  • Potrzebujemy Afryki

    Agata Ślusarczyk

    |

    Gość Warszawski 31/2012

    dodane 02.08.2012 00:00

    Wolontariat w Kenii. Gdy stanęła oko w oko z afrykańską biedą, bardzo się przejęła. Przez pół roku nie mogła kupić sobie komórki, bez której przecież czarnoskórzy dawali sobie radę. Drażniło ją, że ludzie mają 10 różnych rodzajów mydeł, kiedy do utrzymania higieny potrzeba jednego. I cały czas narzekają, zamiast cieszyć się i dziękować Bogu za codzienne „luksusy”. Wodę zakręca częściej – już nie leci, kiedy myje zęby czy namydla się pod prysznicem.

    Ewa Bartosiewicz z Duszpa- sterstwa Akademickiego „Dąb” po raz pierwszy dotknęła afrykańskiej ziemi trzy lata temu. – Podczas trzymiesięcznego pobytu liznęłam czegoś, co myśmy już dawno zatracili – radości z prostych rzeczy. I obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę – wspomina. I wróciła. Tym razem na rok. Wolontariat „od a do zet” zorganizowała sama. O materialne wsparcie poprosiła znajomych. Została jeszcze kwestia pracy.

    – Ubiegałam się o bezpłatny roczny urlop, ale nie przyznano mi. Po czterech latach zrezygnowałam z etatu w banku – wspomina Ewa. Spakowała niezbędne rzeczy. Gdzieś w środku przeczuwała, że będzie to lekcja, której długo nie zapomni. Sąsiedzki „rozkład” W Afryce czas gwałtownie zwalnia. Nikt tam nie patrzy na zegarek, bo najzwyczajniej go nie ma. Rytm wyznacza ludzkie życie. A raczej sąsiedzko-wspólnotowe życie. – Przywitanie na ulicy może zająć kilkanaście minut. Bo samo pozdrowienie jest zawsze pytaniem o coś: o samopoczucie, pracę czy rodzinę – wyjaśnia Ewa Bartosiewicz. Inne są także sąsiedzkie zwyczaje. Na herbatę przychodzi się bez wcześniejszego umówienia. Ta sama zasada dotyczy także towarzyskich spotkań czy rodzinnych uroczystości, np. wesel – przyjść może każdy, kto akurat przechodzi obok. Pogrzeby także są wspólnotowe i bardzo... radosne. – Pierwszy raz widziałam, jak rodzina i przyjaciele tańczyli wokół trumny... Były przemówienia i podziękowania. Nie sposób było nie odnieść wrażenia, że tego dnia prawdziwie świętowaliśmy życie zmarłego, a nie jego śmierć – wspomina Ewa Bartoszewicz. Autobusy także jeżdżą według sąsiedzkiego „rozkładu” – odjeżdżają dopiero, gdy zapełnią się pasażerami. Czasami po pięciu minutach, niekiedy po godzinie. – Trudno mi było coś zaplanować, ale dzięki temu nauczyłam się cierpliwości. Teraz stołeczne korki nie wyprowadzają mnie, jak wcześniej, z równowagi – mówi. Ugali zamiast pizzy Nairobi, stolica Kenii, to miasto największych kontrastów. Tu żyje się na europejskim poziomie – nie nosi się tradycyjnych strojów, w restauracji można zjeść pizzę, dwa razy w tygodniu w kranie puszczają wodę. Kenijczycy zamiast szałasów budują willowe osiedla. Obok nich kilometrami ciągną się slumsy. W plątaninie tak wąskich uliczek, że rozpościerając ręce, można dotknąć ścian domów, trudno się połapać. Uderza charakterystyczny zapach – mieszanina ścieków, które wylewa się na drogę, i smażonych potraw, z których sprzedaży często utrzymują się mieszkańcy slumsów. I gwar. Przez kartonowe ściany małych domków słychać grające telewizor, radio i głośne rozmowy. Także te na zewnątrz. – Tu żyje się praktycznie na ulicy. Ludzie nie spieszą się do pracy, dzieci bawią się, układając kamyki na ziemi. Mimo ogromnej biedy są szczęśliwi i dziękują Bogu za wszystko – wspomina Ewa Bartosiewicz. Nie ma „europejskich” trosk. – Mieszkańcy slumsów mają dwie pary ubrań, które codziennie piorą – wspomina podróżniczka. Nie zastanawiają się, co zjeść na obiad. W sklepach, tak jak u nas za czasów PRL-u, jednorodnie. Głównym kenijskim posiłkiem jest ugali – mieszanina taniej kukurydzianej mąki z wodą. Od święta z kapustą. Czasami są także naleśniki i ryż, łączony z warzywami lub z mięsem. – My z kurczaka wybieramy tylko najlepsze części, oni jedzą wszystkie – łącznie z łbem i pazurami – dodaje. Dużym problemem jest woda. W slumsach nie ma kranów, wodę kupuje się w sklepie i przechowuje w bukłakach. W niektórych wioskach kobiety idą po nią kilkanaście kilometrów. Wydobyta z bajorka razem z wszechobecnym pyłem musi być później uzdatniona. Szkoła różnych „braków” Jednym z mieszkańców ubogiej dzielnicy był Emanuel. Z pewnością na kartonowisku by pozostał, gdyby nie szkoła prowadzona w Nairobi przez jezuitów. Sześć lat ubiegał się o przyjęcie do oferującej darmową edukację placówki. Nie wszystkich stać na to, by posłać dziecko do publicznej podstawówki z wieloma ukrytymi opłatami, nie mówiąc już o płatnej, licealnej edukacji.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół