Gotowi i niezawodni

Marta Woynarowska

|

Gość Sandomierski 13/2022

publikacja 31.03.2022 00:00

– Obecne wydarzenia związane z wojną w Ukrainie, mające swoje odbicie także w tym, co dzieje się w naszym kraju, są zupełnie nowym doświadczeniem, któremu musimy sprostać – mówi bryg. Piotr Kędzior, dowódca JRG w Tarnobrzegu.

Z komendantem przed Z komendantem przed
Marta Woynarowska /Foto Gość

Jako pierwsi są przy gaszeniu pożaru, jako pierwsi stawiają się na miejscu wypadku, stają na pierwszej linii w walce z powodzią, niestraszna była dla nich pandemia COVID-19, są zawsze tam, gdzie człowiek potrzebuje natychmiastowej pomocy. I nigdy nie zawodzą. Także teraz niosą wsparcie ofiarom wojny.

Druhowie na granicy

Komendy miejskie i powiatowe Państwowej Straży Pożarnej oraz Ochotnicze Straże Pożarne z województwa podkarpackiego zostały włączone w akcję przyjmowania i udzielania pomocy uchodźcom wojennym z Ukrainy. Podkarpacie i Lubelszczyzna są województwami bezpośrednio graniczącymi z państwem ukraińskim, zatem znalazły się na pierwszej linii zetknięcia się z falą obywatelek i obywateli ukraińskich zmuszonych opuścić swój kraj, by ratować życie. – Przede wszystkim w pomoc na granicy i w punktach recepcyjnych zaangażowane są Komenda Miejska w Przemyślu oraz Komendy Powiatowe w Jarosławiu i Lubaczowie, czyli te bezpośrednio graniczące z naszym wschodnim sąsiadem. Zadaniem strażaków, zarówno PSP, jak i OSP, jest organizacja punktów recepcyjnych, w których zapewniają uchodźcom ciepły posiłek, herbatę, kawę, podstawową pomoc, także w czasie dalszej podróży do punktów docelowych – informuje bryg. Marian Róg, komendant miejski PSP w Tarnobrzegu. – Druhów ze wspomnianych komend wspierają strażacy z całego Podkarpacia, w tym również z Tarnobrzega, i ochotnicy z powiatu tarnobrzeskiego. Do 22 marca na granicy pomagało 12 osób z komendy miejskiej i 32 z jednostek OSP z gmin Nowa Dęba, Baranów Sandomierski, Grębów oraz Gorzyce. Tarnobrzescy druhowie obstawiali przede wszystkim punkt recepcyjny mieszczący się w Hali Kijowskiej w Młynach koło Korczowej oraz miejsce przesiadkowe na stacji kolejowej w Radymnie, zaś w drugiej połowie marca pełnili również służbę na granicy w Medyce. Były to 24 godziny ciągłej pracy, gdyż przypadły na dni najbardziej natężonego napływu uchodźców. Do służby przy granicy kierowani byli głównie pracownicy systemu codziennego, 8-godzinnego, będący dowódcami jednostek lub ich zastępcami. Jak zaznacza komendant Marian Róg, wyjazdy te nie wpływały w żaden sposób na organizację zajęć komendy, dla której niestety, jak co roku, nastał czas wytężonej pracy w związku z plagą wypalania traw. – Poza tym w odwodzie mamy strażaków pozostających na dyżurach domowych, zawsze też w razie konieczności można ściągnąć kogoś z urlopu. Zatem służba na granicy nie nastręcza żadnych dodatkowych problemów – dodaje M. Róg.

Dokąd dalej?

Jednym z głównych zadań strażaków była pomoc uchodźcom w dalszej podróży do punktów docelowych, rozsianych po całej Polsce, Europie, a nawet świecie. – Pomagaliśmy w ulokowaniu w autobusach, busach, pociągach odjeżdżających w kierunku wybranym przez daną osobę. Wielu przybyszy miało już skonkretyzowane miejscowości, kraje, gdzie chcieli dotrzeć, gdyż oczekiwał ich tam ktoś z rodziny, znajomi, a czasami zwyczajnie chcieli znaleźć się jak najdalej od granicy z Ukrainą. Były to najczęściej osoby z wojenną traumą, które doświadczyły bombardowań, ostrzałów. Pomagałem dwóm kobietom, które chciały dostać się do Warszawy, bo miały wykupione już bilety na lot do Izraela. Kolega Artur Barnaś z kolei szukał najlepszego połączenia dla kobiety pragnącej dostać się do Luksemburga, chociaż nikt tam na nią nie czekał, nikogo nie znała. Ale równie często na pytanie, dokąd chcą jechać, padała odpowiedź: „wszystko jedno” albo „wsio rawno” – mówi bryg. Piotr Kędzior, dowódca JRG w Tarnobrzegu. Większość decydowała się pozostać w Polsce, inni wybierali najczęściej kierunki: Niemcy, Włochy, Austria, Szwecja. Niemniej mieli wątpliwości, czy aby w tamtych państwach otrzymają taką opiekę jak u nas, czy znajdzie się ktoś, kto udzieli pomocy. Nie brakowało osób, które uciekały w pośpiechu i po przekroczeniu granicy parę dni spędzały np. w Hali Kijowskiej, by mieć czas otrząsnąć się po tragicznych przeżyciach, złapać oddech i zastanowić się, co dalej począć ze sobą, swoimi bliskimi, jakie miejsce wybrać na pobyt w najbliższych tygodniach, a może nawet miesiącach. Czasami nawet jeżeli ktoś chciał udać się do konkretnego miasta, pojawiał się problem. – Pamiętam kobietę z kilkunastoletnią córką, która szukała transportu do Lublina, gdyż tam studiuje jej syn. I powstał mały problem, gdyż jest to województwo recepcyjne, w którym uchodźcy mają być przyjęci, zarejestrowani i przewiezieni do dalszych regionów kraju. Większość autobusów, busów kierowała się do Warszawy, Krakowa, Wrocławia lub bezpośrednio do Niemiec. I podwózka do nieodległego przecież Lublina okazała się problematyczna. Zeszło trochę czasu, zanim udało się znaleźć kierowcę, który postanowił nieco zmienić trasę do stolicy tak, by panią i jej córkę dowieźć na dworzec w Lublinie – opowiada P. Kędzior. – Udało się również po kilku godzinach znaleźć busa dla kobiety z bliźniaczkami i jej matki, które chciały dojechać do Strzegomia w województwie dolnośląskim. Z każdym takim przypadkiem czułem podziw dla tych ludzi, za ich odwagę, że zostawiają wszystko i udają się w nieznane. Owszem, było widać zmęczenie trudami podróży, ucieczką, parodniowym oczekiwaniem na przekroczenie granicy, ale te przeciwności jakby ich wzmacniały, dodawały sił. Jak mówią także pozostali strażacy, mł. bryg. Artur Barnaś z JRG w Tarnobrzegu i mł.  kapitan Przemysław Myszka, pracownik wydziału operacyjnego tarnobrzeskiej KM PSP, którzy pełnili służbę na granicy – ile ludzi, tyle historii, tyle przeżyć.

Widzieć bliźniego

– To jest niewyobrażalna tragedia, która w XXI wieku właściwie nie powinna mieć prawa się wydarzyć – zauważa mł. bryg. Artur Barnaś. – Kiedy patrzyliśmy na tych ludzi, te kobiety z dziećmi, osoby starsze, mimowolnie przed oczami stawał obraz naszych żon, dzieci, rodziców, bo przecież ta tragedia mogła dotknąć nas. Widzi się w nich wówczas swoich bliskich, naszych bliźnich. Reakcje uchodźców po znalezieniu się po polskiej stronie bywały różne – od radości, że udało się przekroczyć granicę, znaleźć w bezpiecznym kraju, gdzie nie słychać dźwięku syren, odgłosów wybuchów, strzałów, przez ulgę, po pewnego rodzaju zobojętnienie, które dotykało zwłaszcza te osoby, które uciekały z miast i miejscowości najbardziej doświadczonych barbarzyństwem rosyjskich żołnierzy, które kilkanaście dni spędziły w piwnicach, schronach, które straciły bliskich i cały dorobek życia, bo ich domy legły w gruzach pod rosyjskimi bombami. – Widziałem kobietę z dwójką dzieci na Hali Kijowskiej, która siedząc i tuląc je, przepłakała kilka godzin. Może kogoś straciła, kogoś zostawiła na Ukrainie, pewnie też zastanawiała się, co dalej ze sobą i maluchami począć. Innym razem z autobusu znad granicy wysiadły dwie panie, zapytałem, w czym mogę pomóc, a one poprosiły o buty. Dopiero wtedy zobaczyłem, że miały letnie klapki, a tu minus 12 stopni. Wiadomo od razu, skąd i w jakich okolicznościach uciekały. Na szczęście w hali były także odzież i obuwie, coś sobie wybrały. Takich sytuacji nie wyrzuci się z pamięci, one pozostaną na zawsze. Pewnie po jakimś czasie emocje osłabną, ale taka już jest nasza strażacka powinność. Trzeba wytrzymać – stwierdza A. Barnaś. – Każdy z nas natrafił na sytuacje ściskające serce. Dla nas, strażaków, jest to zupełnie nowe doświadczenie, z którym nigdy nie mieliśmy do czynienia, więc i dla nas nie jest to łatwe – wyznaje mł. kpt. Przemysław Myszka. – Podeszła do mnie kobieta w średnim wieku i łamaną angielszczyzną zmieszaną z włoskim próbowała coś tłumaczyć. Zupełnie nie mogłem zrozumieć. Szczęśliwie zaraz podeszła do nas jej córka, która już płynnie po angielsku wytłumaczyła, że przyjechały na granicę polsko-ukraińską prosto z Włoch, żeby zabrać jakąś rodzinę potrzebującą mieszkania. Dość szybko znaleźliśmy panią z dwójką dzieci, która chętnie przystała na propozycję, gdyż, jak powiedziała, nie ma już do czego wracać. Radość i łzy w oczach całej piątki ścisnęły serce. Pojechała do miejscowości położonej nad Morzem Tyrreńskim, niedaleko Rzymu. Budującymi obrazami były przykłady opieki młodszych osób nie tylko nad dziećmi, ale również nad seniorami. Do rzadkości należały przypadki samotnych starszych kobiet czy mężczyzn, w zdecydowanej większości pozostawali oni pod opieką kogoś młodszego, nie zawsze będącego członkiem rodziny. Przemysław Myszka zwraca także uwagę na bezprecedensowy przykład troski, a właściwie miłości Ukrainek i Ukraińców do swych czworonożnych podopiecznych. – Liczba zwierząt, z którymi uchodźcy przekraczają granicę, jest ogromna. Koty niesione w transporterkach, zawinięte w koce, psy, od malutkich yorków, chihuahua, po owczarki niemieckie lub kaukaskie. Ludzie troszczą się nie tylko o własne życie, ale i o swoje zwierzęta. To wzrusza – dodaje mł. kpt. P. Myszka. Strażacy podkreślają ogromną wdzięczność ze strony osób, którym nieśli wsparcie, wyrażone przez uśmiech, łzy wzruszenia, uścisk. – To jest najmilsza dla nas zapłata, z którą w naszej służbie często się spotykamy. Wiadomo bowiem, że jak wyjeżdżamy, to dlatego, że komuś dzieje się krzywda. I mimo cierpienia, bólu, przeżywanej tragedii zawsze ci ludzie zdobywają się na uśmiech, słowo „dziękuję”. To jest nagroda za dobrze wypełnione zadanie – i tak też było tym razem. To daje siłę do kolejnych wyzwań – puentuje Artur Barnaś.•