Mężne czy szalone?

ks. Tomasz Lis

|

Gość Sandomierski 07/2015

publikacja 12.02.2015 00:00

Wystawa fotografii w kościołach Stalowej Woli. – To opowieść o odwadze, miłości, nadziei i życiu. O bohaterskich wyborach zwykłych kobiet i męstwie, które pokonuje lęk i daje siłę do podjęcia decyzji w zmaganiach o bezbronne życie dziecka i własne zdrowie – tłumaczy Marta Dzbeńska-Karpińska.

Wystawa „Matki mężne czy szalone?” w stalowowolskiej parafii pw. św. Jana Pawła II Wystawa „Matki mężne czy szalone?” w stalowowolskiej parafii pw. św. Jana Pawła II
ks. Tomasz Lis /Foto Gość

Zwiedzając nietypową ekspozycję, mijamy kolejne plansze opowiadające o cichych bohaterkach trudnego macierzyństwa. Joanna, Magdalena, Katarzyna, Izabela, Paulina... Każde imię to osobna historia kobiety, która zdecydowała się na urodzenie dziecka, mimo że zagrażało to jej zdrowiu, a nawet narażało na utratę życia. – Czytając te krótkie historie, czuję ciarki przechodzące po plecach. Sama jestem mamą dwójki dzieci, ale macierzyństwo tych kobiet było niezwykłe. Nie bohaterskie, nie męczeńskie… myślę, że święte – komentuje ze łzami w oczach pani Elżbieta zwiedzająca wystawę w parafii św. Jana Pawła II w Stalowej Woli. Ekspozycja przygotowana przez Martę Dzbeńską-Karpińską to jeden z dwóch elementów projektu pokazującego postacie kobiet, które zdecydowały się bronić życia dziecka w obliczu niespodziewanej choroby zagrażającej matce, oraz takich, które podjęły ryzyko związane z ciążą i porodem pomimo choroby lub niepełnosprawności, gdyż odczuwały silne pragnienie macierzyństwa. Drugą częścią projektu jest książka o tym samym tytule „Matki mężne czy szalone?”, która szerzej przedstawia historie matek z wystawy. Książka i wystawa są spełnieniem inspiracji autorki powstałej w młodości.

Niezwykła Włoszka

– Gdy miałam kilkanaście lat, idąc ulicą, usłyszałam rozmowę dwóch kobiet o włoskiej lekarce, która zdecydowała się na urodzenie czwartego dziecka, mając świadomość, że przypłaci to życiem.

To mnie wtedy, jako nastolatkę, bardzo poruszyło. Jako najstarsza z trójki rodzeństwa byłam przyzwyczajona do tego, że mama idzie do szpitala, rodzi dziecko i wraca szczęśliwie do domu z dzidziusiem w beciku. Nie sądziłam, że coś niedobrego może stać się matce, która rodzi dziecko, lub coś można zrobić z dzieckiem, żeby się nie urodziło. Dopiero później dowiedziałam się o tragedii aborcji. Bardzo mocno przeżywałam wiadomości, że mamy moich koleżanek pozbywały się ich rodzeństwa. Rozmowa tych kobiet na ulicy była moją pierwszą inspiracją – opowiada autorka wystawy. Mijały lata. Szkoła, studia, małżeństwo, potem praca. Po 10 latach małżeństwa pani Marta zaangażowała się z mężem w Ruch Domowego Kościoła. Wyjeżdżali na wspólne rekolekcje. – To właśnie tam ksiądz opowiadał o niezwykłym macierzyństwie Joanny Beretty-Molli. Wtedy zaświtało mi, że to moja włoska lekarka, o której słyszałam lata wcześniej na ulicy. Poznałam jej historię. Była piękna, ale także tragiczna – opowiada. Przyszedł rok 2008, gdy nie tylko kibice siatkówki, ale niemal cała Polska kibicowała walce o dziecko i o życie Agacie Mróz-Olszewskiej. Niestety i tutaj historia skończyła się w połowie tragicznie. – Podobnych historii było więcej. Barbara Paradowska, Ania Radosz, które zdecydowały się zastosować ograniczone metody leczenia choroby nowotworowej, aby uratować i urodzić dziecko, nawet za cenę swojego życia. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy wszystkie historie takich mężnych matek kończą się tragicznie. Czy nie ma choćby kilku przypadków, które kończyłyby się podwójnym zwycięstwem, czyli urodzeniem dziecka i uratowanym zdrowiem mamy? Zaczęłam poszukiwania – opowiada pani Marta. W międzyczasie w mediach zrobiło się głośno o Alicji Tysiąc – sprawa zupełnie kontrastowa – kobieta domagała się odszkodowania za to, że nie pozwolono jej usunąć ciąży, która zagrażała jej zdrowiu. – To był dodatkowy impuls dla moich poszukiwań matek, które stoczyły zwycięską walkę o życie dziecka i swoje – dodaje.

Matczyna litania

Początkowy entuzjazm został ochłodzony piętrzącymi się problemami. – Szybko dotarłam do pierwszej mężnej mamy, ale okazało się, że znalezienie kolejnych kobiet nie jest wcale łatwe. Jedne nie uważały swojego przypadku za heroizm czy bohaterstwo, inne miały opory i nie bardzo chciały dzielić się z innymi swoimi osobistymi, trudnymi sprawami. Minął prawie rok. Byłam bliska poddania się – opowiada autorka książki i wystawy. Jak podkreśla, gdyby nie interwencja z góry, nic by z tego nie wyszło. – Zamówiłam u znajomego księdza Mszę św. w tej intencji, potem była dziewięciodniowa nowenna do św. Antoniego i nagle, jedna po drugiej, zaczęły spływać do mnie informacje o matkach, jakich szukałam. Czasem dowiadywałam się całkiem przypadkowo o takich historiach. Jedną z kobiet poznałam na przyjęciu urodzinowym, inne odpowiedziały na apele z rekolekcji i z forum internetowego. Potem pomógł mi Szpital Kliniczny im. Księżnej Anny Mazowieckiej przy ul. Karowej w Warszawie – opowiada pani Marta. Zjeździła niemal całą Polskę. Jak opowiada, spotkanie z każdą z kobiet i jej rodziną zmieniało ją. – Obdarzano mnie wielkim zaufaniem. Podczas rozmów, wywiadów i sesji fotograficznych starałam się zachować pewien dystans, być tylko nośnikiem tych historii. Jednak czasem było to niemożliwe. Wiele z tych przypadków po prostu zwala z nóg. Zwłaszcza jedna historia. Mimo że upłynęło ponad 10 lat od wydarzeń, o których opowiadała bohaterka, myślenie o ogromie cierpienia fizycznego i psychicznego, przez które przeszła, było tak przeszywające, że ten ból niemal zwalił mnie z nóg – ze wzruszeniem opowiada pani Marta. Autorka wystawy i książki dotarła do 29 kobiet, które stanęły w swoim życiu przed ważną i trudną decyzją, gdy los, a często także i ludzie postawił im na dwu szalach skrajne decyzje: ich zdrowie i życie albo życie dziecka. One podjęły walkę, aby wygrać całą batalię, by pokonać chorobę i stać się szczęśliwymi mamami. Jednak z różnych powodów w książce i na wystawie znalazły się tylko 22 matki i ich historie. – To nie jest jakaś lista bohaterek. To litania zwyczajnych, kochających życie kobiet – dodaje Marta Dzbeńska-Karpińska.

Zwyciężyły

Czytając poszczególne historie i oglądając zdjęcia uśmiechniętych kobiet tulących swoje dzieci, trudno się nie wzruszyć. – Nie jest prosto w mediach spotkać takie historie. Dziś mówi się tylko o feminizmie, wyzwoleniu i konieczności samorealizacji kobiet. Te przypadki pokazują, że nie ma nic piękniejszego dla kobiety, jak być szczęśliwą mamą. Tę wystawę polecam tym wszystkim paniom, które zabiegane, zapominają o tym, co stanowi istotę ich kobiecości – komentuje Elżbieta, studentka stalowowolskiego wydziału KUL. Opisane historie sama autorka dzieli na dwie zasadnicze grupy. – Jedna grupa pokazuje przypadki kobiet cierpiących na różne choroby lub niepełnosprawnych, które podjęły ryzyko związane z ciążą i porodem, bo tak silne było w nich pragnienie macierzyństwa. Druga obejmuje historie kobiet, które urodziły z narażeniem życia lub zdrowia, bo podczas ciąży wykryto rozwijającą się chorobę, albo zaszły w nieplanowaną ciążę mimo wyraźnych przeciwwskazań, jednak zdecydowały się walczyć o życie zarówno własne, jak i dziecka. Los albo raczej Pan Bóg chciał, by wyszły zwycięsko z podjętej walki – wyjaśnia pani Marta. W swoim projekcie nie stawiała granic odnośnie do wiary i zaangażowania w życie religijne.

– To, co łączyło moje bohaterki, to świadomość, że walczyły o życie dziecka, a nie, jak się dziś próbuje nazywać, „zlepek komórek czy tkankę ciążową”. One miały świadomość, że chodzi o nowe życie, o ich dziecko, i w takiej perspektywie podejmowały decyzję walki o swoje zdrowie i szansę narodzin dziecka – podkreśla. Każda z mam była pełna ufności, że wygra tę walkę, nawet przy złych rokowaniach. Wiele z nich, mimo że rezygnowało z terapii, nie poddawało się chorobie. – Życie pokazało, że miały rację. Często łaska Boga plus nasza silna wola znaczą dużo więcej niż medycyna, procedury czy rokowania – dodaje.

Ku pokrzepieniu

Oglądając wystawę czy czytając książkę, istotnie można zapytać, czy takie macierzyństwo jest mężne, czy szalone. – Wiele osób mnie o to pyta. Myślę, że jest ono mężne, bo moje bohaterki musiały podjąć decyzję, mając świadomość ewentualnych konsekwencji. Jest to także macierzyństwo szalone, ale nie nutą nieodpowiedzialnego szaleństwa, lecz szaleństwa płynącego z miłości. Są to historie o odpowiedzialnej miłości i świadomym wyborze dokonanym właśnie z miłości – kontynuuje autorka. Żadna z kobiet nie żałuje swojej decyzji i podjętego ryzyka. Niektóre z opisanych historii mają swoją kontynuację. W kilku przypadkach matki po raz kolejny zaszły w ciążę i szczęśliwie urodziły zdrowe pociechy. – Ta książka i wystawa to projekt ku pokrzepieniu serc. Dziś wałkuje się w mediach głównie historie tragiczne, w których śmierć ponoszą dziecko albo matka. Bardzo mało się mówi o tym, że kobieta może podjąć udaną walkę o własne życie i zarazem uratować to poczęte pod jej sercem. Teraz pracuję nad projektami o trudnym i wymagającym współczesnym ojcostwie oraz o pasjach ludzi starszych – zapowiada Marta Dzbeńska-Karpińska.•