Nowy numer 48/2020 Archiwum

Matka sierot i apostołka Eucharystii

Całe zakonne życie poświęciła osieroconym dzieciom. Obozowe piekło zamieniała w pole służby i miłości.

Zauroczona posługą sióstr dominikanek, przez które była wychowywana po osieroceniu przez rodziców, sama postanowiła poświęcić się dla innych. Los chciał, że niemal całe życie zakonne realizowała, służąc sierotom, które stanowiły dla niej prawdziwą rodzinę. Siostra Julia Rodzińska w obozowej gehennie nie utraciła swojej godności. Świadomie wybrała opiekę nad dotkniętymi zarazą tyfusu, których hitlerowcy skazywali na straszliwą śmierć. W nieludzkich warunkach stawała się źródłem nadziei i duchowej mocy.

Pod okiem dominikanek

– Do Wielowsi przyjechała po raz pierwszy w 1916 r. Jako 17-letnia dziewczyna rozpoczęła formację zakonną. W wielowiejskim domu macierzystym odbyła postulat i nowicjat. Po latach wspominała, że tęskni za modlitewnym klimatem tej kaplicy – opowiada s. Justyna Dombek, postulatorka procesu kanonizacyjnego bł. s. Julii Rodzińskiej. Jednak to nie było pierwsze zetknięcie młodej Stanisławy Rodzińskiej z siostrami dominikankami. Osierocona przez oboje rodziców w bardzo młodym wieku wraz z młodszą siostrą została oddana na wychowanie do ich domu w Nawojowej. – Przyjęła je s. Stanisława Leniart, która sama jako sierota była wychowywana przez założycielkę zgromadzenia matkę Kolumbę Białecką. Dziewczynki tak mocno zżyły się z siostrą, że aż do jej śmierci nazywały ją „mamą”. Styl życia, poświęcenie dla innych i duchowość s. Leniart stały się wzorem dla młodej wychowanki Stasi Rodzińskiej. Od niej nauczyła się przeżywać życie zakonne jako duchowe macierzyństwo wobec poranionych brakiem miłości i najbardziej słabych – opowiada siostra J. Dombek. Młoda Stasia była wyróżniającą się uczennicą, dlatego została skierowana przez siostry do Seminarium Nauczycielskiego w Nowym Sączu. Mimo zadatków na duży talent pedagogiczny, przerwała naukę, gdyż jak sama później stwierdziła: „miłość Boża i chęć służby Bożej” były w niej silniejsze niż dążenie do bycia nauczycielką. 23 sierpnia 1916 r. 17-letnia Stasia opuszcza Nawojową i wyrusza do Wielowsi, by w domu macierzystym zgromadzenia rozpocząć postulat. Rok później, 3 sierpnia 1917 r., otrzymuje biały habit i nowe imię: Maria Julia.

Cała dla sierot

Po złożeniu pierwszych ślubów zakonnych, 4 września 1918 r., s. Julia wyrusza do Krakowa. Tam przez rok kontynuuje przerwaną wcześniej naukę i kończy Seminarium Nauczycielskie. Na pierwszą placówkę trafia do Mielżyna, aby wraz z grupą sióstr organizować w czasach powojennych klasztor i sierociniec. – Kolejną jej zakonną placówką była szkoła w Rawie Ruskiej, a od 1922 r. pracowała w zakładzie dla sierot w Wilnie. To właśnie w tym mieście otrzymuje patent stałej nauczycielki oraz zdobywa wyższe wykształcenie pedagogiczne. Jednym z jej egzaminatorów był bł. Michał Sopoćko, z którym później pracowała w Seminarium Nauczycielskim – dodaje s. Justyna. Jej życie zawodowe przez 21 lat było związane z dziećmi, zwłaszcza osieroconymi. Powszechnie doceniano ją za to, że nie trzymała się raz wypracowanej metody, lecz była elastyczna i twórcza. Za nowatorskie inicjatywy, m.in. kolonie i półkolonie dla dzieci z rodzin patologicznych, została zaliczona do najwybitniejszych pedagogów wileńskich. – Robiła wszystko, aby dzieci z sierocińca nie odróżniały się ubraniem od swych rówieśników z pełnych rodzin i nie były przez to wyśmiewane. Wręcz nakazała siostrom, aby zawsze, gdy dzieci będą prosić o jedzenie, było im dawane, choć w tamtym czasie powszechnie w sierocińcach były tylko trzy posiłki dziennie. Potrafiła stworzyć namiastkę domu rodzinnego i zdobyć u dzieci autorytet, sympatię i zaufanie. Zanim podjęła jakieś decyzje, najpierw wysłuchiwała zdania dzieci, a kiedy tego wymagała sytuacja, była stanowcza i wymagająca – dodaje siostra. Gdy we wrześniu 1940 r. nacjonaliści litewscy chcieli odsunąć siostry od wychowywania dzieci i usunąć z Domu Sierot, one same zrezygnowały z noszenia stroju zakonnego i zatrudniły się w roli sprzątaczek, by pozostać z dziećmi. Ostatecznie jednak w styczniu 1941 r. zostały usunięte zarówno z wileńskiego sierocińca, jak i z klasztoru. Zamieszkały wtedy w kapelanii sióstr wizytek. Siostra Julia włączyła się poprzez tajne nauczanie w podziemne życie religijne i narodowe – opowiada s. Justyna.

Obozowa gehenna

12 lipca 1943 r. s. Julia wraz z trzema innymi dominikankami została aresztowana przez gestapo i osadzona w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie. W przeciwieństwie do jej współsióstr, które po miesięcznym pobycie zostały zwolnione, s. Julię osadzono na rok w izolatce. – Została oskarżona o działalność polityczną. Mimo użytych wobec niej tortur i presji izolatki, nie załamała się ani duchowo, ani fizycznie. Nikogo nie wydała podczas przesłuchań, choć była bita i torturowana – opowiada siostra postulatorka. W ostatni etap swojego życia s. Julia wyruszyła wraz z transportem więźniów politycznych do obozu koncentracyjnego Stutthof koło Gdańska. Trafiła do części żydowskiej. Była to część obozu przeznaczona do szybkiej eksterminacji, gdzie normą była niewyobrażalna brutalność w traktowaniu więźniarek oraz głodzenie ich. W baraku, gdzie mieszkały głównie Żydówki różnych nacji, s. Julia organizowała i prowadziła wspólnotową modlitwę. W obozowej gehennie najbardziej odczuwała brak Komunii Świętej. Na ile to było możliwe, przekazywała również grypsy z błaganiem o przybycie kapłana. Ksiądz Franciszek Grucza, który dotarł do s. Julii z Komunią św., tak ją wspominał: „To była święta, która pomogła mi uratować moje kapłaństwo, a innym przeżyć. Była człowiekiem ogromnego formatu wiary, niezwykle mężna. Kochała Jezusa w Eucharystii. Bardzo ważne było dla niej życie sakramentalne. Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie i dla innych uczyniła” – napisał ks. Grucza. Jak można przeczytać we wspomnieniach tych, którzy przeżyli obóz, była człowiekiem wielkiej i nieustannej modlitwy oraz otwartego na innych serca. Nieustannie zauważała ludzi słabszych, bardziej potrzebujących, którym przekazywała zorganizowaną cieplejszą odzież albo z którymi dzieliła się swoją głodową racją żywności. Ewa Hoff opisuje takie zdarzenie: „Dotknęła mnie delikatnie, jak mogłaby tylko matka obudzić dziecko: mam trochę zupy dla pani i chciałabym, żeby ją pani zjadła, póki jest jeszcze ciepła. Tylko dlatego panią obudziłam”.

Być do końca dla innych

Jedną z najgroźniejszych chorób obozowych było załamanie psychiczne. Jak opowiadały współwięźniarki, które przeżyły obóz, s. Julia pełniła dzieła miłosierdzia w obozie, gdzie zapomniano, że w ogóle istnieje miłosierdzie. Irena Muschol opowiadała: „miłość i poświęcenie widziało się na każdym kroku, bez ostentacji, lecz cicho”, Ewa Hoff dodała: „była szlachetna, chętna do pomocy i dobra”. – Opisane jest takie wydarzenie, gdy w obozie s. Julia dowiedziała się o planie samobójstwa więźnia, którego żona przebywała razem z nią w części żydowskiej, tak długo wysyłała do niego grypsy, aż obiecał on, że nie odbierze sobie życia. Więzień przeżył obóz i powtarzał, że to s. Julia obudziła w nim nadzieję przetrwania. Dzięki niej przezwyciężył lęk przed dalszym życiem obozowym – opowiada siostra postulatorka. W listopadzie 1944 r. wybuchła w obozie kolejna epidemia tyfusu, która rozprzestrzeniała się głównie wśród wyniszczonych ciężką pracą i głodem kobiet w części żydowskiej. – Siostra Julia podjęła decyzję, by zostać blisko umierających. Chorzy byli bowiem pozostawieni własnemu losowi, odizolowani od innych, w nieludzkich warunkach oczekiwali na śmierć. W baraku, zwanym umieralnią, siostra zwilżała chorym usta zdobytą z trudem wodą i niosła słowa pociechy. Jedną z polskich więźniarek, tak wyniszczoną tyfusem, że uznano ją za martwą, w ostatniej chwili wyciągnęła ze stosu ciałopalnego. Więźniarka przeżyła obóz i złożyła świadectwo o poświęceniu s. Julii. Chorzy wzywali ją po imieniu i czekali na dobre słowo. Umierającym towarzyszyła modlitwą – opowiada s. Justyna. Po kilku miesiącach sama dołącza do chorych zarażonych tyfusem. – Leżące obok niej więźniarki słyszały modlitwę odmawianą półgłosem do końca. Gdy modlitwa ucichła, zrozumiano, że s. Julia odeszła do wieczności. Nagie ciało siostry, położone na stosie innych zmarłych, ktoś okrył kawałkiem pasiaka, był to wielki przejaw szacunku i wdzięczności. „Oddała życie za innych, umarła z poświęcenia, była aniołem dobroci” mówiły po latach ocalone więźniarki – podsumowuje s. Justyna Dombek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama