Nowy numer 48/2020 Archiwum

Polscy Rosjanie

Ludzie i historia. Przyjechał do Osieka i gdy zobaczył piękno okolicy, wzniósł ręce ku niebu ze słowami „Bogu niech będą dzięki, że mnie tu sprowadził”. I tu wybudował pałac, który nazwał „Dzięki”.

„Powstański”

Małżeństwo Petrowów, żyjąc w Warszawie, stworzyło w swym mieszkaniu swoisty salon kulturalno-szachowy, w którym bywali nie tylko polscy i rosyjscy miłośnicy tej gry, ale również przedstawiciele polskich środowisk niepodległościowych. Mając ogromną sympatię do Polaków, nie potrafili obojętnie patrzeć na toczące się wydarzenia. – Pradziadek zwany był wręcz przez swych rodaków Rosjan „powstańskim” – mówi A. Pietrow – z racji zaangażowania w sprawy polskie. Wybuch zrywu styczniowego zastał Petrowa w majątku jego teścia, który ciężko zachorował. Bazyli Pogodin zmarł w swym pałacu 2 lutego 1863 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Wiązownicy. Dzień po śmierci senatora do drzwi pałacu zastukali powstańcy z żądaniem oddania broni. Petrow zostawił im nie tylko wolną rękę w przeszukiwaniu pałacu, ale nadto podjął gości kolacją. Kiedy w kilkanaście dni później 16 lutego do Staszowa przybył sam Marian Langiewicz, dowódca jednego z oddziałów powstańczych, Petrow został poproszony o przybycie do miasteczka. Wcześniej zaś wydał powstańcom na ich żądanie zapasy prowiantu. Po tzw. bitwie staszowskiej, w której 17 lutego starły się oddziały rosyjskie z polskimi, Langiewicz udał się ze swym wojskiem w kierunku Kielc, zabierając Petrowa. Pod Sobkowem jednak jeńca uwolnił pod słowem honoru, iż ten wpłaci okup w wysokości 10 tys. złotych polskich na cele powstańcze oraz zawiezie do Warszawy list adresowany do księcia Konstantego. – Chodziło o to, czy książę zgodzi się zostać królem Polski, władcą niezależnym od cara – wyjaśnia Aleksander Pietrow. Potem Petrow szukał Langiewicza, by spłacić honorowy okup. I odnalazł go w Krakowie, gdzie przekazał pieniądze. Kiedy powstanie chyliło się ku upadkowi wyjechał za granicę. Powrócił niedługo przed śmiercią, która zastała go w Warszawie 10 kwietnia 1867 roku. Pałac „Dzięki” pozostawał w rękach rodziny do 1914 r., kiedy w obliczu nadciągających wojsk austriackich zdecydowali się na wyjazd do Rosji. Wcześniej oddali go w 15-letnie użytkowanie prawnikowi z Sandomierza. Powrócili po pokoju ryskim w 1921 r. jako polscy repatrianci. Majątku jednak nie odzyskali, dlatego dziadek pana Aleksandra podjął pracę w kopalni w Sosnowcu. Pałac powrócił do rodziny pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, kiedy Aleksander Pietrow kupił go od Lasów Państwowych. A teraz prowadzi żmudny remont zniszczonej rodzinnej siedziby. – Co takiego jest w tej naszej ojczyźnie, że kto tu osiadł, nawet jako przedstawiciel zaborcy, to szybko się polonizował i za swą mateczkę ziemię uznawał Polskę – zastanawia się Aleksander Pietrow.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama