Nowy numer 48/2020 Archiwum

Duch Marszałka wiecznie żywy

Historia. – Czy mając wśród swoich przodków zarówno po kądzieli, jak i po mieczu legionistów, zagorzałych piłsudczyków, można nie czcić Marszałka – pyta Tadeusz Milarski.

Kilka dni temu minęła 100. rocznica bitwy pod Konarami, jednej z największych bojów stoczonych na terenie naszej diecezji, a także 80. rocznica śmierci współtwórcy odrodzonej Rzeczypospolitej w 1918 r. marszałka Józefa Piłsudskiego. Te dwie daty wiążą się nierozerwalnie. To wszak żołnierze przez niego poderwani w 1914 r. walczyli o przyszłą Niepodległą. Wśród nich nie brakowało młodych i żarliwych patriotów, którzy poszli w bój, a których pamięć, postawę i tradycje kultywują ich spadkobiercy dosłowni i duchowi.

Z mlekiem matki

– Trudno żebym nie interesował się i nie pasjonował postacią Marszałka, dziejami legionów i powstaniem styczniowym, skoro moi pradziadkowie, dziadkowie, wujowie, ba! nawet ciocie, brali udział w walkach o wolność Polski – mówi Tadeusz Milarski. – A szacunek i miłość do Józefa Piłsudskiego, można śmiało rzec, wyssałem z mlekiem matki. Nie zapomnę też jednego z najwspanialszych prezentów, jakie otrzymałem – albumu o Legionach Polskich Józefa Piłsudskiego, który na 13. urodziny ofiarowała mi babcia. Obaj bracia babci pana Tadeusza byli członkami „Strzelca”. Gdy wybuchła Wielka Wojna, wstąpili w szeregi Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego. Młodszy z nich, Tadeusz Lubicz Niezabitowski, za udział w bitwie pod Dyneburgiem w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. otrzymał Virtuti Militari. Zasmakowawszy w wojennym rzemiośle, podobnie jak starszy brat Wacław, został zawodowym wojskowym. Ukończył stosowne szkoły i dosłużył się stopnia pułkownika dyplomowanego. Podczas kampanii wrześniowej 1939 r. walczył nad Bzurą, gdzie został ranny, ale zdołał przedrzeć się do Warszawy, skąd ze szpitala Niemcy po wkroczeniu do stolicy wywieźli go do obozu w Murnau. Tam doczekał się wyzwolenia. Po wojnie osiadł w Anglii. – Wujek Wacek ukończył architekturę na Politechnice Lwowskiej, ale obok działalności architekta był czynnym wojskowym w stopniu majora – dodaje Tadeusz Milarski. – W czasie walk legionowych podczas I wojny został kontuzjowany i trafił do szpitala w Zakopanem. Dowiedziałem się o tym z kartki pocztowej, przypadkowo odnalezionej w rodzinnej korespondencji, w której pisał, że czuje się dobrze, ale brakuje mu czasu, bo musi leżakować na werandzie. Rozbawiło mnie to. Jako ciekawostkę można potraktować rodzinną tradycję o jego udziale w Republice Tarnobrzeskiej. Przed laty, za „jedynie słusznego” ustroju, mój brat pochwalił się, że wujek Wacek uczestniczył w tych wydarzeniach, rozganiając zgromadzonych chłopów, bijąc ich wyciorami do karabinów. Wiadomość o opowieści brata bardzo szybko dotarła do taty, który z obawy przed reperkusjami zabronił mu na ten temat rozmawiać.

Dziedzicznie obciążony

Siostra babci pana Tadeusza – Helena z domu Lubicz Niezabitowska oraz jej mąż również związani byli z legionami. Na tarczy legionowej znajdującej się w zbiorach Muzeum Historycznego Miasta Krakowa widnieje gwóźdź z jej nazwiskiem. Ich synowie jeszcze przed wybuchem II wojny ukończyli szkołę lotniczą w Dęblinie. Starszy Jan Krzehlik służył jako lotnik w dywizjonie 300, był dowódcą bombowca Halifax, a jego podwładnym był późniejszy filmowy Onufry Zagłoba, czyli Mieczysław Pawlikowski, który po wojnie spisał swoje wspomnienia wydane pod tytułem „Siedmiu z Halifaxa J”. – Jakieś 10 lat temu odnalazła się jego córka. Jaś bowiem ożenił się z Angielką, która po jego przedwczesnej śmierci wyjechała do Kanady. Oboje doczekali się córki – opowiada pan Tadeusz. – Miała jakieś stare adresy. Napisała list do jednej z ciotek, adresując go na Stalinogród, bo taka nazwa widniała w notesie. Dopiero ksiądz pracujący w miejscowości, w której mieszka, notabene pochodzący z Trześni, wyjaśnił jej, że nie ma już Stalinogrodu, bo od dawna przywrócono starą nazwę – Katowice. I tak nawiązała się nić z zapomnianą kuzynką Kristine. W II Brygadzie Legionów Polskich służył natomiast dziadek Tadeusz Golas, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Walczył w niezwykle krwawej i przegranej bitwie z Rosjanami pod Mołotkowem (obecna Ukraina) w październiku 1915 roku. Jego waleczna postawa i męstwo zostały później docenione. – Mam wśród pamiątek medal i dyplom podpisany przez Felicjana Sławoja Składkowskiego – mówi wnuk legionisty. – Nie dość tego, brat mamy służył w oddziale „Zapory”, czyli Hieronima Dekutowskiego. Nie mam zatem wyjścia i muszę interesować się legionami, wojskowością i być piłsudczykiem – śmieje się dumny ze swych dziadów i ojców potomek. Temat tradycji legionowej, wojny 1920 r. żył tylko w domu pana Tadeusza, gdyż lata komunistycznej władzy nie pozwalały na głośne poruszanie tych zagadnień i chwalenie się zasługami przodków. – W jednym z powojennych listów pisanym z Anglii wujek Tadeusz pytał się babci, czy przypadkiem nie ma kłopotów z powodu korespondencji z nim – opowiada T. Milarski. – Dobrze wiedział, jak komuniści patrzyli na takie kontakty i jak traktowane były rodziny emigrantów. Ale nie daliśmy się zastraszyć i wiedza oraz tradycja piłsudczykowska przetrwała. Kultywując ją, już 5 razy przeszedłem cały szlak I Kadrowej, wiodący z krakowskich Oleandrów do Kielc. Trzykrotnie uczestniczyłem w Marszu Szlakiem Walk Legionów Józefa Piłsudskiego Konary. Gromadzę wszelkie pamiątki związane z Marszałkiem. Nie dalej, jak wczoraj uszczupliłem konto, by zakupić pamiątkowy medal, wyemitowany przez Mennicę Państwową z okazji 80. rocznicy śmierci Józefa Piłsudskiego. I w tej tradycji wychowuję swego kilkuletniego synka. Nie ma chłopak wyjścia, wszak jest dziedzicznie obciążony – śmieje się Tadeusz Milarski.

Tato dał przykład

Jako uczeń szkoły średniej należał do tarnobrzeskiej jednostki „Strzelca”. Było to zresztą naturalne. Tato – Tadeusz Mika, był jej założycielem. Po kilkuletniej przerwie, z racji nauki w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi, ks. Łukasz Mika (tegoroczny neoprezbiter), ponownie wyruszył na szlak wiodący do Konar. – Tak było przez kolejne 10 lat, począwszy od pamiętnego pierwszego marszu w 1996 roku. Podobnie jak wielu członków „Strzelca”, początkowo chyba nie towarzyszyły mi jakieś głębsze motywacje, to przyszło później, kiedy nazwa „Konary”, bitwa pod Konarami przestały być nieznane. Sprawiła to przede wszystkim idea marszu upamiętniającego jedną z ważniejszych bitew Legionów Polskich podczas I wojny. Na pierwsze dziesięć marszów ks. Łukasz spogląda dzisiaj jak na jedną wielką wyprawę. Wprawdzie czas dzielący od nich nie jest aż tak wielki, ale nakładając się na siebie, zlały się w jedną całość. Dwie jednak wspólne wszystkim cechy zapamiętał i to bardzo dobrze. – Pierwsza to zmęczenie – wspomina ks. Łukasz Mika. – Po przejściu kilkudziesięciu kilometrów to, jak wyglądały nasze nogi, uwłaczało ich nazwie. Przez kolejne kilka dni trzeba było mocno je kurować, by móc się poruszać. To była walka z samym sobą. Druga zaś to burza. Rok w rok w Górach Pęchowskich, gdzie znajduje się cmentarz z mogiłami poległych w bitwie, witała nas burza. Można powiedzieć, że stała się nieodzownym elementem tamtych marszów. Pierwsze marsze Strzelcy organizowali we własnym zakresie i na skalę mierzoną zasobnością ich funduszy. Przypominały bardziej dzikie wyprawy. Przez Koprzywnicę, Sulisławice, które stanowiły żelazny punkt z uwagi na znajdujący się tam grób Władysława Jasińskiego „Jędrusia”, twórcy i dowódcy oddziału partyzanckiego, którego imię nosi tarnobrzeska jednostka „Strzelca”, szlak wiódł w Góry Pęchowskie na tamtejszy cmentarzyk. – Dochodziliśmy tam w nocy – opowiada ks. Łukasz Mika. – Apel Poległych odbywał się przy płonących pochodniach, najczęściej w strugach deszczu i przy rozdzierających niebo błyskawicach. Atmosferę tych chwil trudno opisać słowami. Takich momentów się nie zapomina.

Ekstremalnie

Po parogodzinnym odpoczynku pod prowizorycznymi szałasami, mającymi chronić przed deszczem, uczestnicy wracają pieszo do Tarnobrzega. Od kilku lat marsz ma nieco inny charakter, stając się może nieco mniej ekstremalnym. Podczas tegorocznego uczestnicy mieli zapewnione noclegi w szkole w Sulisławicach, w Konarach zaś w wojskowych namiotach. – Cóż, czasy się zmieniają, teraz stawia się mocno na logistykę, pewne bezpieczeństwo, zwłaszcza że w marszu uczestniczą nie tylko Strzelcy, ale również osoby cywilne – wyjaśnia ks. Łukasz. – Dla mnie najbardziej symbolicznym i jednocześnie przemawiającym miejscem jest wspominany już cmentarz w Górach Pęchowskich. Kiedy stanąłem tam pierwszy raz i zobaczyłem, że leżą tam chłopcy, właściwie moi rówieśnicy, mocno mnie to ruszyło. Zdałem sobie sprawę, że oni walczyli naprawdę i ginęli za ojczyznę, podczas gdy my właściwie się bawimy. Zainteresowanie Legionami Polskimi i tradycjami strzeleckimi w rodzinie Mików sięga głęboko w przeszłość. – W rodzinnym domu obecny był szacunek dla Marszałka, panowały również nastroje nieprzejednanie antykomunistyczne – wspomina ks. Łukasz Mika. – Poza tym zwłaszcza tato przekazał nam dwie zasady – pierwsza, że nie można być biernym, że człowiek winien być aktywny, zwłaszcza na rzecz bliźniego, druga, że doświadczenie historii Polski jest niezwykle ważne dla naszej świadomości, tożsamości i należy się nad nim pochylać i je kultywować. Ale jednocześnie czerpać z niego i wyciągać wnioski w obecnych poczynaniach. I za to jestem tacie ogromnie wdzięczny.

Krwawe potyczki

Bitwa pod  Konarami jest jedną z najbardziej znanych batalii Legionów Polskich. Już podczas I wojny światowej, w 1915 roku, dosłownie niemal na gorąco opisał ją Juliusz Kaden-Bandrowski. Rozegrana została w dniach 16–23 maja 1915 roku. W krwawej walce starli się wówczas ze sobą żołnierze 1. Armii austrowęgierskiej, w której skład wchodziła I Brygada Legionów Polskich pod dowództwem brygadiera Józefa Piłsudskiego, i IV Armii rosyjskiej. Boje konarskie były częścią większej operacji wojskowej zwanej jako bitwa pod Opatowem i Klimontowem. I chociaż legiony nie zdobyły nowych pozycji, nie przesunęły do przodu frontu, to jednak dzięki waleczności i zdyscyplinowaniu utrzymały strategiczną linię wyznaczoną przez rzekę Koprzywiankę. Boje i potyczki toczyły się głównie w zagajnikach, wąwozach, na łąkach i polach wiosek na obszarze gmin Klimontów, Lipnik, Iwaniska, Baćkowice i Bogoria. Zginęło w nich około 150 żołnierzy, a kilkuset odniosło rany. W 85. rocznicę bitwy ustawiono obelisk. Podczas tegorocznych obchodów 100. rocznicy bitwy, które odbyły się 17 maja, została ufundowana pamiątkowa tablica, którą odsłonił wójt gminy Klimontów Marek Goździewski. – Wśród tysięcy legionistów, którzy wówczas znaleźli się pod Konarami, byli ludzie z różnych społecznych warstw: chłopi, mieszczanie i ziemianie. Ludzie prości i wykształceni, biedni i bogaci, młodzi, jak gimnazjalista Wincenty Borończyk, czy starsi, jak Wacław Sieroszewski – prezes Polskiej Akademii Literatury. Pragnienie wolnej i niepodległej Polski jednoczyło ich w walce – przypomniał wójt. Wielu legionistów, którzy zginęli w bitwie pod Konarami, pochowanych jest na cmentarzu w Górach Pęchowskich. Tutaj leży między innym 17-letni Wincenty Borończyk, jeden z najmłodszych legionistów Józefa Piłsudskiego, który uciekł z domu, by walczyć w legionach, oraz kpt. Kazimierz Herwin-Piątek, który 12 sierpnia 1914 r. wyprowadził z Krakowa do Kielc I Kompanię Kadrową.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama