• facebook
  • rss
  • Przeciągnęli słonia

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 46/2017

    dodane 16.11.2017 00:00

    Rozmowa z Anetą Englot, prezes Spółdzielni Socjalnej „Konar” w Tarnobrzegu, o źródle jej sukcesu i otrzymanej ostatnio nagrodzie.

    Marta Woynarowska: Na koncie „Konara” kolejna nagroda – w październiku został zwycięzcą konkursu „Podkarpacki Lider Ekonomii Społecznej”. Co złożyło się na ten sukces?

    Aneta Englot: Jesteśmy najlepsi. (śmiech) To tak pół żartem, pół serio. A całkiem poważnie, sądzę, że jest to efekt ciężkiej pracy, 12 lat doświadczeń, 12 lat wzlotów i upadków, rokroczny wzrost przychodów. Ale główne źródło sukcesu stanowią ludzie, którzy byli i są w „Konarze”, oraz klienci korzystający z naszych usług. Wypadkowa kilku elementów sprawiła, że Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Rzeszowie przyznał nam nagrodę. Ogromnie nas to cieszy, bowiem jest to dobra nowina dla spółdzielni i dla osób pracujących w niej. Daje im bowiem wiarę w siebie i przekonanie, że ich wysiłek i wyrzeczenia przynoszą wymierne rezultaty. A trzeba przyznać, że praca u nas trwa we wszystkie siedem dni tygodnia, w tym także w święta. Chcę dodać, że to druga nagroda dla „Konara”. Pierwszą, za wybitne osiągnięcia w działalności społeczno-gospodarczej, otrzymaliśmy od ministra pracy i polityki społecznej w 2007 roku.

    Jakie znaczenie ma przyznana „Konarowi” nagroda dla jego pracowników?

    Obserwując członków spółdzielni, pracowników, widać, że potrzebują być dowartościowani, doceniani za ich codzienny, niezwykły trud. Bo praca w „Konarze” jest naprawdę bardzo ciężka. Przygotowujemy tysiąc posiłków dziennie, zatem trzeba obrać dziesiątki kilogramów ziemniaków, rozbić tysiąc kotletów itd., itd., nie mając czasami do dyspozycji profesjonalnego sprzętu. „Konar” nie otrzymał na starcie żadnego wsparcia finansowego. Zaczynaliśmy od może kilkunastu własnych tysięcy złotych i pożyczki, gdyż sprzęt nabyliśmy z odroczonym terminem spłaty. Wyposażenie, którym dysponujemy dzisiaj, zakupiliśmy za własne wypracowane pieniądze. Jest to zatem wyczyn przypominający przeciągnięcie słonia przez ucho igielne. Nie dość, że się utrzymujemy, rozwijamy, to dodatkowo wszystkie podobne podmioty na Podkarpaciu bijemy na głowę. Rozmawiając z samorządowcami, zaznaczam, że nie jest źle, ale prosimy o więcej, gdyż każde dodatkowe zlecenie pozwala utrzymać dotychczasowe miejsca pracy albo utworzyć nowe. W ekonomii społecznej chodzi bowiem o to, by tworzyć etaty dla osób, które z różnych przyczyn nie mogą same znaleźć pracy.

    Kto pracuje w „Konarze”?

    Ludzie tu tworzą prawdziwą mozaikę zawodów. Pracują zatem dietetyk, księgowe, które mimo wykształcenia znalazły się na bezrobociu, gdyż np. chciały mieć rodzinę i urodzenie dziecka wypchnęło ich z rynku pracy. W kuchni zatrudnione są osoby krótko lub długotrwale bezrobotne, młode, zdobywające dopiero doświadczenie i szlifujące swój fach, ale i w wieku przedemerytalnym oraz niepełnosprawne. Generalnie, bo takie jest założenie, zatrudniamy ludzi bezrobotnych. Staramy się pomagać najsłabszym. W tej chwili pracuje 25 osób, z czego 20 na umowy o pracę, pozostałe na umowy cywilno-prawne. Jest to doskonały zespół, posiadający szerokie doświadczenie, dzięki któremu możemy wydawać ten tysiąc posiłków.

    Od pięciu lat „Konar” funkcjonuje w dawnej stołówce przy internacie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 3, popularnej budowlanki. Ale zaczynaliście w budynku dawnej sokopijalni przy ul. Waryńskiego.

    Dzięki uprzejmości i przychylności poprzedniego prezydenta Tarnobrzega mogliśmy przenieść naszą działalność do budowlanki i otworzyć bar „Domowe Jadło”. To jakbyśmy przesiedli się ze starego malucha, a może nawet syrenki, na mercedesa. Warunki przy Waryńskiego były nieprawdopodobnie trudne – zbyt mała ilość palników, małe patelnie. Brak ogrzewania i okien powodował, że każdego dnia wieczorem musieliśmy myć ściany, gdyż opary robiły swoje. Teraz dysponujemy 500 m kw. powierzchni w budynku po termomodernizacji, z wymienionymi oknami, trzema dużymi palnikami gazowymi i kilkunastoma mniejszymi na kuchenkach, trzema piecami konwekcyjno-parowymi, olbrzymią patelnią. W takich warunkach możemy góry przenosić. Skala tego, gdzie byliśmy, a gdzie jesteśmy obecnie, robi wrażenie. Doskonale wiem, że wciąż jesteśmy niedokapitalizowani, ale nie tracimy wiary, że kiedyś zaświeci dla nas jasna gwiazda. Zwłaszcza że mam przeświadczenie, że Ktoś tam z góry nam pomaga, bo to przedsięwzięcie z ekonomicznego, racjonalnego punktu widzenia nie miało prawa się udać, a jednak się udało.

    Kto korzysta z usług spółdzielni?

    Niemal wszystkie niepubliczne przedszkola w Tarnobrzegu, z wyjątkiem katolickiego, posiadającego własną kuchnię, niepubliczne szkoły, Liceum Katolickie, Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy, Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, który zamówił u nas obiady socjalne dla swych podopiecznych. Wygraliśmy przetarg na posiłki dla szkół w gminie Nowa Dęba, obejmujący najbliższe półtora roku. Chętnie z naszych obiadów korzystają także mieszkańcy Tarnobrzega, chwalący sobie ich jakość i domowy smak. Mamy zatem wielu odbiorców. marta.woynarowska@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół