• facebook
  • rss
  • Takim go zapamiętamy

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 42/2017

    dodane 19.10.2017 00:00

    Wydarzenia z życia śp. bp. Wacława Świerzawskiego, jego dorobek naukowy, posługa duszpasterska i zaangażowanie w wiele dzieł mogłyby wypełnić biografie kilku osób.

    Odszedł dobry pasterz, wybitny naukowiec, człowiek, który pozostawił trwały ślad w historii Kościoła diecezji sandomierskiej i Kościoła, który jest w Polsce – napisał w liście kondolencyjnym abp Stanisław Gądecki, przewodniczący KEP. Biskup Wacław podkreślał, że sensem życia człowieka jest „duszę dać dla Chrystusa”. To „dawanie duszy” realizował na wielu płaszczyznach: pracy naukowej, kapłańskiego i biskupiego posługiwania, a przede wszystkim w spotkaniach z ludźmi.

    Pełny kalendarz Siostra Adelajda Sielepin CHR

    Miał zawsze przy sobie niemały notes, który otwierał, gdy się umawiał, i który był symbolem tego, że każdy dzień po brzegi miał wypełniony sprawami żyjącego Kościoła. To była osoba, która potrzebowała drugiego człowieka, ale i przyciągała, wzbudzając podobną potrzebę u innych. Może dlatego wciąż byli przy nim ludzie. Zawartość tego notesu wyglądała tak, jakby była zapisana pismem klinowym czy chińskimi znaczkami, trudnymi do odczytania. Graficznie to było ciekawe. Biskup notował w pośpiechu i często na stojąco, gdy się umawiał, zapełniając całe strony kalendarza – można to na własne oczy zobaczyć, bo zapiski się zachowały. Tak jak ciasno było na tych stronach od zapisów, tak szczelnie wypełniony był każdy dzień bp. Wacława, odkąd go znałam. A jeszcze przy tym potrafił on znaleźć czas na pisanie dziennika. Wielka aktywność i pracowitość, rzetelność i tempo, dyspozycyjność i umiejętność dopasowana się do okoliczności, nastrojów, a jednocześnie równowaga. Notes, taki zwykły rekwizyt, a jednak doprowadził nas do wzniosłości... Biskup własnym przykładem uczył wszystkie rzeczy odkrywać i przeżywać w wielki sposób, bo to Bóg nadaje wielkość, a On jest wszędzie. Jeśli się go czytało opacznie, wyglądał na wyniosłego, a tak naprawdę był pokorny, bez pozy i udawania.

    Budował z nas wspólnotę biskup senior Edward Frankowski

    Dziękuję Panu Bogu, że na mojej drodze posługi biskupiej był obecny bp Wacław Świerzawski. Widziałem w nim opatrznościowego męża Bożego, który przede wszystkim miał bardzo głębokie przemyślenia. Był człowiekiem głębokiej wiary. Mocno przeżywał tajemnice Boże, zwłaszcza Eucharystię. Jego modlitwa pozytywnie na nas oddziaływała, pobudzała nas do tego, abyśmy sami byli rozmodleni. Podziwiałem jego twórczość intelektualną. Jego bardzo bogaty dorobek naukowy, zwłaszcza o tematyce teologicznej. Budował nas i pozwalał na to, abyśmy nie tylko go słuchali i obserwowali, ale też mogli pochylić się nad jego tekstami i czerpać z nich wielką mądrość. Przejął naszą sandomierską diecezję w momencie bardzo trudnym. Była w nowych granicach i trzeba ją było zintegrować z czterech części sąsiednich diecezji: sandomiersko-radomskiej, przemyskiej, lubelskiej i tarnowskiej. Były duże różnice kulturowe i społeczne między tymi częściami, wynikające z różnych zaszłości historycznych, w tym granic zaborów, ale biskup integrował je. Temu celowi poświęcił też II synod diecezjalny. Cechowała go wielka troska o to, żeby poziom życia kleryków w seminarium i księży w parafiach był jak najwyższy, żebyśmy tworzyli wspólnotę, czuli się za siebie odpowiedzialni, pomagali sobie i wspierali się w dążeniu do doskonałości. Pochodził ze Wschodu, więc miał w sobie dużo ciepła i troski, szczególnie odnośnie do spraw naszego narodu i ojczyzny. Często dawał temu wyraz w spotkaniach i rozmowach. Łatwo nawiązywał kontakty z różnymi osobami. Był rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, wiernym imponowało to, że biskupem jest profesor doktor habilitowany. Kiedy poznawało się go bliżej, spotykało z nim, wtedy uderzała głębia jego życia duchowego, autentyczność postawy i wielka miłość do Chrystusa, którą nosił w sobie i dzielił się obficie ze wszystkimi.

    Lubił krupnik i pieczone ziemniaki Siostra Helena, służka NMPN

    Z przybyciem bp. Wacława do Sandomierza przełożeni skierowali mnie do posługi w prowadzeniu domu biskupiego. Byłam zaskoczona, pełna obaw, czy podołam. Z innymi siostrami ze zgromadzenia prowadziłyśmy kuchnię, dbałyśmy o porządek i normalne funkcjonowanie domu. Biskup Wacław był bardzo serdeczny, cenił sobie naszą pracę. Lubił typową polską kuchnię. Z zup najbardziej smakowały mu rosół i krupnik, bardzo lubił także ziemniaki pieczone w mundurkach, podane z masłem. Do drugiego dania lubił, aby była także kasza – podkreślał, że jest zdrowa. Nie lubił nowości, cenił tradycyjne polskie dania. Posiłków nie jadał sam; gdy sekretarz musiał wyjechać, na obiad zapraszał księży z kurii lub z seminarium. Jeśli nie zdążył kogoś zaprosić, przychodził do kuchni i jadł razem z nami siostrami. Każdy dzień rozpoczynał długą modlitwą. Potem przychodził na śniadanie, a często wchodząc do jadalni, mówił: „My się jeszcze obudzili...”, a ja odpowiadałam: „...byśmy Cię, Boże, chwalili”, jest to fragment pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”. Niemal codziennie wieczorem wychodził do ogrodu na Różaniec. Modlił się, spacerując wraz z towarzyszącymi mu osobami. Był życzliwy i bardzo serdeczny. Bardzo cenił naszą posługę jako osób zakonnych. I choć miał bardzo bogatą osobowość, dużą wiedzę, nigdy nie stwarzał dystansu. Zawsze umiał dostosować się do drugiego człowieka. Przy różnych okazjach bp Wacław miał zwyczaj wręczania różańca oraz książek z własnoręcznie napisaną dedykacją. Mam kilka takich z jego wpisem. W domu biskupim w 1999 r. gościł papieża Jana Pawła II podczas jego wizyty w Sandomierzu.

    Jak ojciec w rodzinie Wiesława i Mirosław Bąkowie, Kościół Domowy

    Najczęściej nasze spotkania z biskupem miały miejsce przy okazji różnych wydarzeń. Były one zawsze twórcze i inspirowały do działania. Bo czy może być coś piękniejszego w życiu rodziny niż to, że ojciec dostrzeże trud pracy, pochwali? Rozmowy były pełne troskliwych pytań: „Co słychać? Jak rekolekcje, które niedawno organizowaliście? Jakie macie trudności?”. Na koniec zawsze dodawał: „Nie zrażajcie się, róbcie swoje tu i teraz. Bóg wszystko widzi”. Był zawsze jak dobry ojciec w rodzinie – tak jednym zdaniem możemy określić postawę bp. Wacława Świerzawskiego w stosunku do nas podczas pełnienia posługi pary diecezjalnej w Domowym Kościele. Pamiętamy pewne spotkanie, gdy składaliśmy życzenia biskupowi. Na zakończenie uścisnął nasze dłonie, ciepło się uśmiechnął i dodał: „Bardzo wam dziękuję za pracę dla rodzin, niechaj one stają się święte”. Do dzisiaj pamiętamy serdeczny uśmiech. W dłuższych spotkaniach, gdy dzieliliśmy się naszą pracą i planami duszpasterskimi, biskup był zasadniczy, szczegółowo pytał, dyskutował, korygował. Chyba najbardziej ujmujące było jego świadectwo wiary w czasie sprawowania liturgii. Misterium Mszy św. było dla niego wielkim wydarzeniem. Dla nas, świeckich, kapłaństwo bp. Wacława odkrywane poprzez sprawowanie Mszy św. było darem.

    Pokora cierpienia Siostra Marzena Władowska CHR, przełożona generalna

    To było w 1993 r., kiedy przyszłam do sióstr jadwiżanek na rozmowę o powołaniu i okazało się, że właśnie przyjechał z Sandomierza ich założyciel i zaprasza mnie. Biskup z wielką uwagą i szacunkiem do młodego człowieka wysłuchał moich poszukiwań. Wyczuł rodzące się powołanie i bez wahania powiedział: „Moja droga, nie ma czasu. Świat płonie. Płonie tęsknotą za Chrystusem. Świat cierpi w bezsensie, choć często nie wie, że tęskni za spotkaniem z Nim i że to Jego szuka po omacku”. Po krótkim czasie wstąpiłam do założonego przez niego zgromadzenia. Wielu znało bp. Wacława jako aktywnego duszpasterza, gorliwego kapłana, kierownika duchowego, z żarem głoszącego słowo Boże. Człowieka o bardzo silnej osobowości, wymagającego, czasem nawet ostrego. Ci, którzy go znali bliżej, mieli natomiast dostęp do jego wrażliwości i pokory. Właśnie o pokorze chcę powiedzieć parę słów. Ostatnie lata jego życia związane były z chorobą i długim cierpieniem. Znosił je z wielką otwartością wobec Boga i ludzi. Był przy tym pogodny i miał wyraźne upodobanie w życiu. Cieszył się prostymi rzeczami. Pozwalał spokojnie na opiekę nad sobą przy postępującej chorobie i był za nią wdzięczny. Cierpienie, zwłaszcza to przewlekłe i o silnym natężeniu, wydobywa na ogół dno serca człowieka. W tym tyglu wszystko zostaje odsłonięte. Dla nas, które mogłyśmy być w tym czasie blisko niego i służyć mu w czasie choroby oraz przechodzenia do domu Ojca, była to wielka lekcja kapłańskiej wiary, nadziei i miłości do Boga i do ludzi.

    Zakochany w kapłaństwie ks. prof. Zdzisław Janiec, osobisty sekretarz

    O zmarłych mówimy często z żalem, bo odeszli. Myślę, że trzeba częściej mówić z wdzięcznością, bo żyli wśród nas. Ściśle mówiąc, oni nadal żyją, nie tylko u Boga, ale żyją także w swoich dziełach, które pozostawili, żyją w nas, w formie dobra, które zrodziło się dzięki nim. Biskup Wacław był człowiekiem, a o to najtrudniej. Od pierwszej chwili ujął mnie swoją dobrocią i życzliwością. W miarę lat, coraz bliżej współpracując z moim biskupem, uświadamiałem sobie, że obcuję z kimś bardzo dobrym i szlachetnym. Mówiąc o jego dobroci, muszę zaznaczyć, że była to dobroć krytyczna, a niekiedy przekorna. Był człowiekiem rzeczowym, nie ulegającym nastrojom uczuciowym. W wielu sprawach kapłańskich i naukowych ugruntowałem się dzięki niemu. Swoją postawą i poglądami utrwalił we mnie wielką miłość do Kościoła i nauki. „Niech ks. Zdzisław nie zagubi ognia i zapału do pracy teologicznej, a zwłaszcza w liturgii” – często mi powtarzał. „Przynajmniej kilka zdań na dzień, ale trzeba napisać. Teolog, który nie pisze, cofa się” – dodawał. Biskup Wacław pisał dużo i dobrze. Umiał wykorzystać czas. Często podczas podróży samochodem pracował, dając mi do zrozumienia, że czas jest łaską. Biskup Świerzawski był rozkochany w Bogu i zakochany w kapłaństwie, a jednocześnie tak bardzo ludzki. Kapłaństwo pojmował jako sposób życia, a nie zawód. Pod zewnętrzną szatą i trochę sztywnymi formami towarzyskimi kryło się dobre, życzliwe dla ludzi serce.

    Spacerowałem z biskupem Rafał, mieszkaniec Radomyśla nad Sanem

    „Czyj ty jesteś?” – do dziś pamiętam to pytanie, które padło od przypadkowo spotkanego w radomyskich lasach przechodnia. Zdziwiło mnie, że ma duży krzyż na piersi. Pomyślałem, że to ktoś ważny. „Nie bój się, to tylko twój biskup” – dodał, nie czekając na moją odpowiedź. Pamiętam, że speszyłem się jeszcze bardziej. Chciałem ucałować biskupi pierścień, ale nie pozwolił. Potem biskup wypytywał mnie, gdzie chodzę do szkoły, co czytam, czym się interesuję. Stałem trochę oniemiały, nie wiedząc, co mówić. Odpowiadałem tylko krótkimi zdaniami. Miałem wtedy 18 lat. Gdy powiedziałem, że zbliża się matura, biskup dał mi trzymany w ręce różaniec, mówiąc: „Módl się, Matka Boża ci pomoże. A gdybyś chciał iść do seminarium, to powiedz to biskupowi”. Mijały miesiące, czasami widywałem, jak biskup przyjeżdżał pospacerować po naszych lasach, ale nie miałem odwagi podejść. Chyba się bałem, bo jakoś nie czułem powołania do seminarium. Po zdanej maturze pilnowałem, kiedy biskup przyjedzie na leśny spacer. Po kilku tygodniach zobaczyłem spacerującą postać i podszedłem. „Różaniec pomógł, zdałem maturę” – powiedziałem, chcąc oddać różaniec. „Niech cię prowadzi przez życie” – powiedział biskup z życzliwym uśmiechem. Wyjechałem na studia i już nie miałem okazji go spotkać. Jego różaniec towarzyszy mi do dziś.

    Tylko dobrze piszcie Marta Woynarowska, dziennikarka sandomierskiego „Gościa Niedzielnego”

    Obejmując w 1992 r. diecezję sandomierską w jej nowych granicach, bp Wacław Świerzawski zwrócił uwagę na konieczność wprowadzenia czasopisma katolickiego. Po wybuchu II wojny światowej oraz w czasie rządów komunistycznych zamarła bogata tradycja wydawnicza. Biskup Świerzawski w 1994 r. zdecydował się na nawiązanie współpracy z „Gościem Niedzielnym”, który po reformie administracyjnej Kościoła w Polsce postanowił w odpowiedzi na liczne sugestie płynące z różnych stron kraju tworzyć lokalne oddziały w poszczególnych diecezjach. I tak powstał wtedy oddział sandomierski. W jubileuszowym albumie „75 lat »Gościa Niedzielnego«” bp Wacław Świerzawski pisał: „Słowo jest narzędziem potężnym, zdolnym przenieść treść umysłu i serca jednego człowieka w umysł i serce drugiego. Słowo przebrzmi, ale treść zostanie. Wielka jest więc odpowiedzialność na słowo. (...) Niedziela jest czasem uprzywilejowanym, by kształtować w sobie takie rozumienie chrześcijaństwa, by nauczyć się dawać dojrzałą odpowiedź na usłyszane słowo Boga. Wielką pomocą – obok homilii usłyszanej podczas Mszy św. – może tu być dobra lektura, czyjeś pomocne słowo. »Gość Niedzielny« chce być właśnie tym słowem, które w niedzielę przychodzi do domów ludzi wierzących, by pomagać im w przyjmowaniu i głoszeniu życiem Dobrej Nowiny o zbawieniu”. Z wielką życzliwością odnosił się do redakcji ogólnej, jak i sandomierskiej. Często powtarzał nam: „Tylko dobrze piszcie”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół