• facebook
  • rss
  • Będziesz potrzebny krajowi!

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    Po raz pierwszy Matka Boża pojawiła się w jego śnie podczas operacji. Wyciągnęła rękę z różańcem i powiedziała: „Módl się”.

    Był to najtragiczniejszy dzień w życiu 19-letniego wówczas Edwarda Busza ps. „Ryś”, ucznia Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnobrzegu, który na zawsze odmienił jego życie.

    Masz żyć!

    Był 17 listopada 1949 roku. Razem z Kazimierzem Warchołem ps. „Pantera”, swoim przyjacielem i jednocześnie przełożonym z tajnej organizacji Młodzieżowy Ruch Oporu, udali się do Miechocina, gdzie niespodziewanie wpadli w zasadzkę przygotowaną przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Przeciwko dwóm młodym mężczyznom ściągnięto ponad 60 ubeków. Po przeszło godzinnej wymianie ognia odbezpieczony przez Edwarda Busza granat, trafiony pociskiem przeciwnika, wybuchł mu w ręce. Upadł ciężko raniony. Obrona się skończyła. Tymczasem Kazimierz Warchoł, który zdołał skoczyć do rowu, dotarł do rury kanalizacyjnej znajdującej się obok pobliskiego mostku, próbując się w niej ukryć. Kiedy zrozumiał, że próżny to trud, przyłożył pistolet do skroni i pociągnął za spust. Strzał jednak nie padł, gdyż proch był zawilgocony. Ciężko rannego Edwarda funkcjonariusze UBP przewieźli do tarnobrzeskiego szpitala, gdzie zajął się nim znakomity chirurg, cieszący się ogromnym poważaniem dr Ferdynand Rusinowski, były żołnierz Armii Krajowej. – Razem z ojcem na salę operacyjną weszli ubecy, którzy chcieli go pilnować. Wówczas dr Rusinowski bezpardonowo ich wyprosił, by nie rzec – wyrzucił. Ponieważ ręka po wybuchu granatu była mocno poszarpana, doktor zdecydował się na amputację. Zapytał ojca jeszcze przed podaniem narkozy, na jak daleką ingerencję się godzi. Odpowiedział, że mu wszystko jedno. Wówczas poirytowany doktor krzyknął: „Chłopaku, ty masz żyć! Będziesz potrzebny temu krajowi” – przytacza wspomnienia ojca Andrzej Busz. Wtedy podczas operacyjnego snu przyszła do Edwarda Busza Matka Boża, odziana w niebieską szatę. Wyciągnęła do niego rękę z różańcem i powiedziała: „Módl się”. Senne widzenie było tak intensywne i sugestywne, że zapamiętał je na zawsze. Później ten sen powtórzył się jeszcze kilkakrotnie, zawsze poprzedzając niebezpieczne sytuacje w życiu jego i rodziny. – Od tej pory stał się gorliwym czcicielem Matki Bożej – wyjawia Elżbieta Chruściel, siostrzenica Edwarda Busza, córka jego starszej siostry Michaliny. – Był człowiekiem głębokiej wiary, potrafiącym wręcz zatopić się w modlitwie.

    Młodzi bojownicy

    Młodzieżowy Ruch Oporu wyłonił się z konspiracyjnej Młodzieżowej Grupy Pomocniczej, zawiązanej na przełomie lat 1944 i 1945 w porozumieniu z Armią Krajową. Na bazie MGP w 1948 r. w tarnobrzeskim Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Hetmana Jana Tarnowskiego powstał Młodzieżowy Ruch Oporu, tajna organizacja antykomunistyczna, częściowo o charakterze zbrojnym. – Moim zdaniem powstania MRO należy upatrywać w dwóch uzupełniających się czynnikach. Jeden to nauczyciele pracujący jeszcze przed wojną, ale także młodsi następcy, będący ich wychowankami. Trudno nie wspomnieć Zygmunta Szewery ps. „Cyklop”, współpracownika Władysława Jasińskiego „Jędrusia”, Michała Pazia ps. „Lasowiak”, Włodzimierza Pawlisza, Heleny Zaleskiej i wielu innych. Wszyscy byli postaciami co najmniej nietuzinkowymi, mającymi za sobą konspiracyjną przeszłość wojenną. Nie musieli używać wielkich słów, wystarczyła tylko ich postawa i osobisty przykład, by wpływać na kształtowanie charakterów swych uczniów, którzy widzieli w nich „Kogoś” – zauważa Dariusz Bożek, wieloletni nauczyciel historii i były dyrektor Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika w Tarnobrzegu, spadkobiercy Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego. – Mieli wiedzę, wiedzę i jeszcze raz wiedzę oraz kręgosłup moralny i kulturę osobistą, co budowało ich autorytet. I te same wartości wpajali uczniom, którzy opuszczając mury szkoły, nieśli je przez całe swe życie. Drugi czynnik to uczniowie, którzy wchodząc w dorosłe życie, wiedzieli, jak ten świat jest skonstruowany. Mieli również świadomość, że nie będzie lekko, ale jeśli podsiądą to „coś” – specjalnie nie chcę używać patetycznych określeń typu „pierwiastek patriotyczny”, „umiłowanie ojczyzny” – wówczas zawsze zachowają się we właściwy sposób – podkreśla Dariusz Bożek. Nie bez znaczenia dla powstania antykomunistycznej organizacji były niezwykle żywa wśród tarnobrzeskiej młodzieży legenda „Jędrusia”, „Zapory”, „Bławata” oraz nastroje panujące w społeczeństwie, wrogo nastawionym do nowej władzy. Organizatorem i jednocześnie komendantem MRO był Kazimierz Warchoł, który po latach pisał: „Szalejący terror, ciągłe aresztowania, wszechwładza i absolutna bezkarność Urzędów Bezpieczeństwa, pełna bolszewizacja i służalczość władz wobec narzuconej z zewnątrz przemocą gorzkiej rzeczywistości, zaowocowała spontanicznym ruchem oporu ludzi młodych, szukających zagubionej Polski”. Ideowo MRO czerpał z dwóch źródeł – Armii Krajowej oraz Związku Harcerstwa Polskiego, z którego instruktorami miał bardzo bliskie związki. Część tarnobrzeskich harcerzy znalazła się w strukturach organizacji K. Warchoła. Wsparcia młodym ludziom udzielał, choć UB nigdy mu tego nie udowodniło, harcmistrz Gerwazy Stypa. Młodzież mocno wspierały zwłaszcza dwie osoby – prof. Helena Zaleska oraz ks. Piotr Szado. – Na szczególne wyróżnienie z pewnością zasługuje prof. Helena Zaleska, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, w czasie wojny członek Szarych Szeregów oraz Armii Krajowej. Wspierała młodzież nie tylko od strony organizacyjnej, ale również finansowo, przekazując pieniądze na zakup broni, maszyny do pisania oraz roweru. Po dekonspiracji i aresztowaniach członków MRO zapłaciła bardzo wysoką cenę – mówi Dariusz Bożek. Działalność MRO obejmowała część województwa rzeszowskiego oraz kieleckiego, w tym Sandomierz i Staszów. Zalążki jej komórek funkcjonowały również w Lublinie, Krakowie i Warszawie. Skupiała się przede wszystkim na działaniach polityczno-propagandowych, sabotażu, dywersji, a także zastraszaniu gorliwych działaczy komunistycznych. Jej głównym celem było jednak przygotowanie się do powstania przeciwko nowej komunistycznej władzy. MRO współpracował z rudnickimi „Orlętami”. Jesienią 1949 r. zaczęły się pierwsze aresztowania. Jako ostatni zostali ujęci Kazimierz Warchoł i Edward Busz.

    Życie po aresztowaniu

    W parę dni po operacji, z niezagojonymi ranami – odłamki granatu poraniły także inne części ciała – Edward Busz trafił do więzienia Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. – W czasie przesłuchań naturalnie nie obyło się bez stosowania ubeckich metod, czyli bicia, znęcania się fizycznego. Tata opowiadał, że oprawcy nie mieli zbyt wiele czasu, by się nad nim pastwić, ponieważ był tak słaby, że po kilku razach padał nieprzytomny – mówi Andrzej Busz. Okazało się, że wszyscy aresztowani członkowie Młodzieżowego Ruchu Oporu, mimo młodego wieku, nie ugięli się. – Pan Ludwik Bogacz opowiadał, jak pewnego dnia, zanim został wezwany na przesłuchanie, zapytał się wujka, co ma odpowiedzieć, gdy padnie zwyczajowe pytanie dotyczące tematów rozmów prowadzonych w celi. Wujek poradził mu, żeby zdradził, że bardzo narzekają na papieża. I pan Ludwik tak uczynił, za co mocno dostał – wspomina Elżbieta Chruściel. Proces odbył się w Tarnobrzegu podczas sesji wyjazdowej Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie. – Był to, jak opowiadał tata, proces stricte pokazowy, którego głównym celem było zastraszenie społeczeństwa – mówi Andrzej Busz. – 26 maja 1950 r. oskarżeni usłyszeli wyroki skazujące od roku do 14 lat więzienia. Tata otrzymał jeden w najwyższych wyroków, bo 13 lat. Profesor Zaleska została skazana na 12 więzienia, pozbawienie praw publicznych na 5 lat oraz przepadek mienia. Edward Busz karę odbywał w różnych więzieniach, w tym m.in. w Centralnym Więzieniu Politycznym we Wronkach. Wśród współwięźniów był prof. Tadeusz Czaplak, pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, który uczył go, gdyż młody chłopak bardzo chciał po wyjściu na wolność zdać maturę. Musiał także nauczyć się pisać lewą ręką. – We Wronkach odwiedzała go moja mama. Widzenie trwało zaledwie 15 minut, a wyprawa z Tarnobrzega zajmowała niemal dobę. Wysyłała mu również paczki. Pamiętne były odwiedziny wujka Mariana, który pełniąc wówczas służbę w Marynarce Wojennej, pieszo z Gdyni udał się do Wronek – opowiada Elżbieta Chruściel. Edward Busz wyszedł z więzienia na fali odwilży w maju 1957 roku. – Zanim przyjechał do Tarnobrzega, udał się na Jasną Górę, by dziękować Matce Bożej za ocalenie i wolność – mówi siostrzenica. Po zachłyśnięciu się wolnością przyszła ponura rzeczywistość i problem ze znalezieniem pracy. Odwagą wykazał się ówczesny prezes Spółdzielni Spożywców Adam Trojnar, który na prośby siostry Michaliny zatrudnił go jako referenta. Za ten krok zresztą szefa spółdzielni spotkały szykany, otrzymał nawet naganę. Pracując, Edward Busz zdał maturę, ukończył studia ekonomiczne. W spółdzielni przepracował do przejścia na emeryturę w 1995 roku. Zmarł 4 kwietnia 2012 roku. Za swą działalność niepodległościową został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem za Wolność i Niepodległość, Krzyżem WiN. W 2010 r. otrzymał tytuł „Zasłużony dla Tarnobrzega”. W tym roku zaś, podczas uroczystej sesji Rady Miasta, która odbyła się 30 maja – dokładnie w 60. rocznicę wyjścia na wolność – został pośmiertnie uhonorowany najwyższym miejskim odznaczeniem – medalem Sigillum Civis Virtuti. Na uroczystości obecny był przyjaciel i kompan Edwarda Busza z Młodzieżowego Ruchu Oporu, ostatni bodaj żyjący jego członek, Ludwik Bogacz ps. „Mąka”, który z ogromnym wzruszeniem obserwował uroczystość.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół