• facebook
  • rss
  • Z misją na końcu świata

    dodane 27.10.2016 00:00

    Jego misyjne marzenie spełnia się od ponad 25 lat. Pracował już w wysokich Andach, w laickim Urugwaju, a teraz niesie Ewangelię po bezdrożach argentyńskiej Patagonii.

    Misyjny zapał rozpalili w nim redemptoryści, którzy prowadzili misje w rodzinnej parafii w Wielowsi. Jako ministrant postanowił, że swoje kapłańskie powołanie chciałby zrealizować w dalekich krajach. – Co roku, ponawiając moje śluby, prosiłem przełożonych o to, bym po święceniach mógł jechać na misje. Rok przed ślubami wieczystymi otrzymałem zgodę. I choć myślałem o Brazylii lub Burkina Faso, to na propozycję Boliwii zgodziłem się natychmiast – opowiada o. Piotr Strycharz.

    Błogosławieństwo i szkielet lamy

    Kilka miesięcy po święceniach był gotowy. – Pierwszym przystankiem była Argentyna. Buenos Aires przywitało mnie ogromnym upałem i hukiem wielkiej metropolii. Potem wyruszyłem do Boliwii. Podróż odbywała się autobusem i to był mój chrzest w kwestii adaptacji do wysokości. Gdy zaczęliśmy się wspinać na niebotyczne wysokości, dostałem choroby wysokościowej, bolała mnie głowa, wymiotowałem i leciała mi krew z nosa, a towarzyszący mi ojciec Augustyn, doświadczony misjonarz, spał, głośno pochrapując. Po dotarciu do Tupizy podano mi środki na złagodzenie moich dolegliwości. Były to liście koki do żucia – wspomina o. Strycharz.

    Młody misjonarz najpierw musiał dobrze poznać język, aby skutecznie duszpasterzować. – Gdy już mogłem się swobodnie dogadać po hiszpańsku, dostałem przydział jako wikariusz na misji w Tupizie – wspomina. Opowiadając o miejscowym Kościele i życiu religijnym Boliwijczyków, o. Piotr podkreśla, że jest to kraj katolicki, jednak bardzo wiele osób nadal jest tam mocno przywiązanych do tradycji indiańskich. – Często obserwujemy synkretyzm religijny, czyli połączenie wiary w Boga z przywiązaniem do prawierzeń. Wiele osób najpierw przychodzi na Mszę św., a potem... idzie do czarownika. Często proszą o błogosławieństwo na budowę domu, a jednocześnie w jego fundamentach składają szkielet lamy czy innego zwierzęcia. Nasza praca, jako misjonarzy, ukierunkowana jest na to, aby odchodzili od takich praktyk, jednak szczególnie w wioskach takie obrządki są jeszcze częste – opowiada misjonarz.

    Ubogo, ale pięknie

    – Myśląc o Boliwijczykach, najczęściej mamy obraz kobiet ubranych w kilka spódnic z charakterystycznymi kapeluszami na głowach. Tak chodzi się w części górzystej kraju, tej zdecydowanie uboższej. Każdy rejon ma także swoje typowe dania. W jednej części jest to kurczak na ostro, w innej jakaś zupa, w tropiku – banany przyrządzane na tysiące sposobów, a w górach często podaje się pieczoną lamę. Nie jest łatwo przyzwyczaić się do tego menu, ale z czasem dochodzi się do przekonania, że są to prawdziwe frykasy – podkreśla. W Tupizie, miejscowości położonej na wysokości 5 tys. metrów, duszpasterzował obok wielkich lagun i przy wulkanach z gorącą wodą. – Tamtejsi mieszkańcy żyją z pasterstwa. Hodują lamy, czyli guanaco, kozy lub owce. Uprawiają też malutkie poletka między wzniesieniami. Bardzo ciężko pracują i są ubodzy – opowiada misjonarz.

    Laicki Urugwaj i trudna Patagonia

    Kolejnym misyjnym przystankiem ojca Piotra był Urugwaj. – Tam spotkałem całkowite odmienne oblicze Ameryki Południowej – opowiada. Sto lat temu wprowadzono tutaj rozdział państwa i Kościoła. Praca duszpasterska ogranicza się do indywidualnych kontaktów. Nabożeństwa można organizować tylko w budynku kościoła. Ksiądz nie może wejść do szkoły, żeby zaprosić dzieci na Mszę św. czy na spotkanie duszpasterskie. Urugwajczycy kochają za to futbol. – Pamiętam, jak wiele razy nawet starsze osoby przychodziły po Mszy św., by przypomnieć, że jest mecz miejscowej drużyny lub by poinformować, jaki był wynik ostatniego spotkania – dodaje. Obecnie ojciec Piotr posługuje w Patagonii w południowym regionie Argentyny. To zupełnie odmienna pod względem klimatu, kultury i religii część państwa. Pierwsi misjonarze przybyli tutaj 70 lat temu, byli to salezjanie. – My jesteśmy tutaj jak strażacy – gdy się źle dzieje, jedziemy, aby wspomóc. Wtedy też ewangelizujemy i duszpasterzujemy – dodaje. Obecnie pracuje w Prałaturze terytorialnej Esquel, gdzie posługuje tylko 25 kapłanów. – Co jakiś czas wyruszamy w podróże po kilkaset kilometrów, aby dojechać do kilku osób, by modlić się z nimi i nauczać. Prowadzimy także duszpasterstwo w więzieniu i w koszarach wojskowych – wymienia misjonarz. Głównym sposobem ewangelizacji jest bycie pośród tych ludzi. – Nie zawsze można przejść od razu do pracy formacyjnej, często lepsze jest ewangelizowanie obecnością i świadectwem życia – dodaje misjonarz. Jak podkreśla, misje to jego drugie życie, to wielkie powołanie, w którym realizuje swoje kapłaństwo. – To piękne, że można oddać całego siebie dla tych, którzy wyczekują Chrystusa i Jego Ewangelii – podsumowuje o. Piotr.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół