• facebook
  • rss
  • Leśna wigilia

    Marta Woynarowska


    |

    Gość Sandomierski 51-52/2015

    dodane 17.12.2015 00:00

    Przyroda i ludzie. – Ciociu, jak to jest, że zwierzęta rozumieją, co do nich mówimy, a my ich nie rozumiemy? – spytał niedawno mój kilkuletni siostrzeniec.


    Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że Jasiek ma rację. Jeżeli jeszcze jako tako jesteśmy w stanie domyślić się, czego chcą nasze domowe Reksie i Filemony, to dzikich zwierząt zupełnie nie potrafimy zrozumieć.
– Może to i nawet lepiej dla nas, bo gdyby tak przemówiły w Wigilię ludzkim głosem, to dostałoby się nam za wszystkie grzechy popełnione wobec nich – żartuje Janusz Wepsięć, wiceprezes Ligi Ochrony Przyrody, a jednocześnie pracownik Regionalnego Centrum Promocji Obszaru Natura 2000 w Tarnobrzegu, prywatnie wielki miłośnik przyrody.


    Bliżej natury


    – Starsze pokolenia, żyjące blisko przyrody i pozostające w kontakcie z nią, są w stanie z mowy ciała, zachowania zwierząt zrozumieć, co komunikują – mówi pan Janusz. – Wnioski płynące z wieloletnich obserwacji zwierząt i roślin stanowiły bezcenną skarbnicę wiedzy. Można było nie tylko przewidzieć prognozę pogody długoterminową, ale także różne nagłe zjawiska, czy wręcz kataklizmy. Dzisiejsze, średnie i młodsze pokolenia tę umiejętność i wiedzę postradały. Żyjąc w biegu, pogoni za różnymi sprawami, otoczeni nowoczesnymi technologiami odcięliśmy się od naturalnego środowiska.
By kontakt z przyrodą i dzikimi zwierzętami zachować choć w szczątkowej formie i wpoić przyszłym pokoleniom szacunek dla nich, podejmowane są różne przedsięwzięcia. – Ponieważ najlepiej zaczynać edukację jak najwcześniej, kładziemy nacisk na współpracę ze szkołami – wyjaśnia Andrzej L. Zagnieński z Nadleśnictwa Łagów. – Programem obejmujemy kilka powiatów, w tym w całości: ostrowiecki, staszowski, opatowski i kielecki. To wiele szkół. Każdego roku organizujemy dokarmianie leśnej zwierzyny. Wspólnie z uczniami rozwozimy do paśników, czasami roznosimy, bo nie do każdego można dojechać, siano i inne pokarmy dla leśnych mieszkańców. Paszę najczęściej dostarczają myśliwi, ale leśnicy mają również swoje zapasy. Także uczniowie nie przychodzą z pustymi rękami. Dla dzieci i młodzieży takie wyprawy w nieznane odległe leśne ostępy to prawdziwa frajda. Przy okazji poznają zwyczaje zwierząt, dowiadują się, czym się odżywiają.


    Jak sójka za morze


    Część ptactwa, jak bociany, żurawie, dzikie gęsi, jaskółki, sko-
wronki, odleciała do cieplejszych krajów. Jedne ptaki do Afryki, inne na południe Europy, by tam przetrzymać chłody, nadciągające nad nasz kraj – mówi Andrzej L. Zagnieński. – Ale w ich miejsce pojawiły się inne, np. jemiołuszki czy część sikorek, które z kolei wybrały nasze rejony jako znacznie cieplejsze od Syberii czy Skandynawii. Wszystkie zwierzęta przygotowały się już na nadciągającą zimę przez zwiększenie tkanki tłuszczowej, a także specjalne upierzenie i zmianę pokrywy futrzanej. Część zapadła w sen zimowy, inne zaś przez całą jesień skrzętnie gromadziły zapasy żywności, np. wiewiórki, które choć zimą śpią, to jednak czasami się budzą i potrzebują coś przekąsić. – Wiewiórki to bardzo ciekawe stworzonka. Gromadzą jedzenie, przede wszystkim orzechy, żołędzie, w dziupli, ale nie w jednej, tylko w kilku. Tak na wszelki wypadek gdyby ktoś zajął albo opróżnił jej mieszkanko, to w zapasie ma jeszcze inne. Niemniej nie zaszkodzi, jeśli zimą rozsypiemy w parku, lesie żołędzie lub orzeszki, gdyż zawsze może zdarzyć się, że znajdzie się jakaś wiewiórka cierpiąca na bezsenność. Spore zapasy gromadzi również sójka, która bynajmniej nie zamierza wybierać się za morze. Jesienią robi straszny rwetes, tylko po to, by zebrać jak najwięcej żołędzi, które zakopuje w swoich kryjówkach. Niestety, czasami o nich zapomina i wówczas w bardzo dziwnych miejscach wyrastają dęby.
Z myślą o zwierzętach, które spędzają zimę u nas, leśnicy, pracownicy RCP Obszaru Natura 2000 oraz przyrodnicy gromadzą dla nich pokarm. – Mamy specjalne pyzy, złożone z tłuszczu oraz różnego rodzaju ziarna – mówi pan Andrzej – które rozwieszamy na drzewach. Namawiamy także dzieci i młodzież do dokarmiania. Ogłosiliśmy konkurs dla uczniów na ten temat – informuje Andrzej L. Zagnieński
Szeroko zakrojoną akcję zachęcającą do dokarmiania ptaków prowadzi RCP Obszaru Natura 2000. – Kierujemy ją do przedszkoli, szkół i innych jednostek zajmujących się opieką nad dziećmi – wyjaśnia Konrad Niedźwiedź, dyrektor tarnobrzeskiego centrum. – Ma ona na celu szeroką edukację ekologiczną. Informujemy, kiedy dokarmiać, jak i czym. Mamy przygotowane do rozdania karmniki, plansze z informacjami dotyczącymi prawidłowego dokarmiania, a także prezentujące najczęściej występujące u nas gatunki ptaków. Chcemy, by była to edukacja połączona z zabawą. Dzieci będą mogły obserwować te karmniki, będą mogły robić zdjęcia ptakom, które opublikujemy na naszej stronie internetowej oraz profilu na Facebooku. Niewykluczone, że kiedyś zostaną wykorzystane w jakimś wydawnictwie. Akcję rozpoczniemy pod koniec grudnia lub z nastaniem mrozów – dodaje Konrad Niedźwiedź.
Ponadto pracownicy RCP Obszaru Natura 2000, podobnie jak w roku ubiegłym, zamontowali w parku dzikowskim karmnik z kamerą, z której obraz emitowany jest on-line. Każdy zatem może podpatrzeć, jak stołują się skrzydlaci przyjaciele. 
W edukacji i wpajaniu empatii dla żywych stworzeń ogromne znaczenie ma rodzinna tradycja. – Zanim zasiedliśmy do wieczerzy wigilijnej, wcześniej tato dawał jeść wszystkim zwierzętom gospodarskim, a w sadzie rozsypywał ziarno dla dzikiego ptactwa. W bardzo mroźne i śnieżne dni przed świętami bywało, że woziło się do lasu siano dla saren i jeleni, by i one nie doświadczały głodu – wspomina pani Teresa, pochodząca z dawnych Kresów. – Dlatego dzisiaj ja, już jako babcia, staram się uczyć swoje wnuki, by w trudnym dla zwierząt zimowym okresie dokarmiały ptaki. Zrobiliśmy wspólnie karmnik, do którego sypiemy ziarno. Przylatują różne ptaki, głównie wróble, mazurki, a słoniną i tłuszczowymi kulami cieszą się sikorki. Naturalnie zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, popołudniu, kiedy ptactwo szuka pożywienia przed nocą, rozsypiemy dodatkowo ziarno na ziemi, by swoją wieczerzę miały także gołębie, synogarlice, gawrony i inne. 


    Kto spotyka w lesie dzika…


    – Niecodziennych spotkań ze zwierzętami mam niemało. Ale pierwszym, mocno zapamiętanym, jeszcze z okresu dzieciństwa, było ratowanie młodziutkiego gawrona, który wypadł z gniazda – wspomina Janusz Wepsięć. – Z pewnością gdyby nie moja interwencja, nie przeżyłby, gdyż na ziemi nie byłby dokarmiany, nie mówiąc już o psach czy kotach, dla których stanowił łatwą zdobycz. Szybko się oswoił, mieszkał na drzewie, nie w klatce, a kiedy już nauczył się fruwać i usamodzielnił się, to mimo wszystko codziennie rano przylatywał, domagając się śniadania – śmieje się pan Janusz. – Takich żółtodziobów lub innych ptasich pacjentów było bardzo dużo, ale w pamięci utkwił mi szczególnie ów gawron, może dlatego, że bardzo łatwo się oswoił. Owo ratowanie ptaków w latach późniejszych przerodziło się w prawdziwą pasję i miłość do przyrody. 
Ale oprócz miłych i bezpiecznych kontaktów z ptakami pan Janusz przeżył też nie jedną przygodę z dreszczykiem, bywało nawet tak, że musiał salwować się ucieczką na drzewo. – Spotkanie z dzikimi zwierzętami, takimi jak dziki, zwłaszcza z lochą otoczoną gromadką prosiąt, to już prawdziwe wyzwanie i sprawdzian dla naszej odwagi – zauważa. – Małe prosiątka były urocze, ale za to ich mama to prawdziwy postrach. Udało mi zachować spokój i szybko oddalić się, ale dla widoku tej rodzinki warto było zaryzykować.
Zaskakujące spotkanie z dzikami z uwagi na ich zachowanie przeżył pewnego dnia pan Andrzej. – Było to późną jesienią. Wybraliśmy się sporą grupą na inwentaryzację zwierzyny – wspomina leśniczy. – W pewnej chwili natknęliśmy się na duże stado dzików, co normalnie nigdy mi się nie zdarzyło, nawet kiedy szedłem sam bardzo cicho i ostrożnie. Tymczasem my szliśmy grupą, rozmawialiśmy. Jednak dzików to nie spłoszyło, spokojnie sobie żerowały. 
Ale spotkania z dzikami nie zawsze są tak spokojne. Jedno z nich dla pana Janusza niestety musiało zakończyć się, jak w wierszu, ucieczką na drzewo. – Chodziłem po trzcinowisku, czyli terenie podmokłym – opowiada przyrodnik. – W pewnej chwili usłyszałem coś jakby chlupanie, szmer trzcin. Pomyślałem, że to pewnie jakiś wodny ssak – bóbr albo wydra. Ale zdziwił mnie fakt, że to coś idzie w ślad za mną. Zatem żadne z tych zwierząt to nie mogło być, bo szybko spłoszyłoby się. Nagle dość niedaleko rozległo się głośne i stanowcze chrumknięcie. Wtedy wiedziałem już, z czym mam do czynienia. Niestety, musiałem ratować się wejściem na drzewo, na którym przesiedziałem trochę czasu. Dzik podszedł pod nie, powęszył, popatrzył na mnie i po chwili odszedł. Dla pewności odczekałem dłuższą chwilę i szybko wyszedłem z trzcinowiska. Ogromnym przeżyciem było również natknięcie się, ale już w Bieszczadach, na stado dzikich żubrów. A w zupełny zachwyt wprawiło mnie spotkanie z wilkami. Wprawdzie ich nie widziałem, za to słyszałem bliskie wycie. To jest nieprawdopodobnie przejmujący odgłos. Wycia wilka nie zapomni się nigdy.
Choć gdy wchodzimy zimową porą do lasu, uderza panująca w nim cisza, to niech nas ona nie zmyli, że nic się w nim nie dzieje. Część jego mieszkańców, i tych skrzydlatych, i czworonożnych, w ciszy walczy o przetrwanie najtrudniejszego dla nich czasu. A w tej walce możemy im wydatnie pomóc, jeśli tylko zechcemy.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół