• facebook
  • rss
  • Chrześcijanie, nie ludożercy

    ks. Tomasz Lis

    dodane 14.11.2015 12:36

    Samoloty i statki z czasów II wojny światowej oraz gorące źródła - to tylko niektóre z ciekawszych miejsc w parafii Bitokara pw. św. Tereski od Dzieciątka Jezus, gdzie rozpoczął pracę nasz misjonarz.

    Kilka miesięcy temu ks. Grzegorz Kasprzycki ruszył do posługi misyjnej w dalekiej i egzotycznej Papui-Nowej Gwinei. Po kilkunastu miesiącach przygotowań, misyjnego szkolenia i doskonalenia języka angielskiego stanął na misyjnej ziemi. Pierwsze miesiące spędził na aklimatyzacji i poznawaniu miejscowych zwyczajów. Wreszcie przyszedł czas objęcia własnej placówki w samym sercu misyjnego kraju.

    - Otrzymałem parafię w Bitokara. Jest to miejscowość położona w prowincji Zachodnia Nowa Brytania w Papui-Nowej Gwinei, pośród plantacji palm olejowych. Jest to najstarsza z parafii w diecezji Kimbe. Pierwszy katechista świecki przybył do tej miejscowości w roku 1919 i rozpoczął ewangelizację. Po nim przybyli księża misjonarze z Niemiec i w roku 1924 r. w zatoce na wzgórzu zbudowali piękny drewniany kościół, który dzisiaj niestety zachował tylko część swojej dawnej świetności - opowiada ks. Kasprzycki.

    Do jego parafii Bitokara należy jeszcze 8 stacji misyjnych z własnymi kościołami: Pagalu, Bola, Kabugara Gariboku, Narunageru, Harile, Patana i Kilu. Nabardziej oddalonym miejscem jest Kilu, które znajduje się 21 km od Bitokary. - Głównym środkiem lokomocji są... nogi. Mimo dobrych sił fizycznych, nie są one szybkim "narzędziem", dlatego przemieszczanie zajmuje dużo czasu i energii. Ale dzięki temu w czasie mojej pierwszej wędrówki przez parafię wszyscy mieszkańcy przypomnieli sobie dawnych misjonarzy, którzy właśnie tak prowadzili duszpasterstwo - dodaje z uśmiechem.

    Jak opowiada, duszpasterstwo to przede wszystkim odwiedzanie poszczególnych stacji i sprawowanie sakramentów świętych oraz nawiązywanie dobrej relacji z ludnością, która jest bardzo życzliwa. - Na początku można wystraszyć się tubylców, bo 99 proc. ludności ma ociekające czerwienią usta, tak jakby przed chwilą odeszli od surowego mięsa. Może również dlatego mówi się, że na Papui są ludożercy. Jednak wyjaśnienie tego faktu jest inne. Papuasi żują orzechy buaj, zmieszane z trawą musztardową i zmielonymi muszlami małży, które po połączeniu w ustach dają krwisty kolor - wyjaśnia misjonarz.

    Opowiadając o codzienności pracy misjonarza, podkreśla, że znaczną jej część wykonują katechiści świeccy, których zadaniem jest głoszenie słowa Bożego podczas niedzielnej celebracji, gdy nie ma kapłana, uczenie religii w szkołach oraz przygotowywanie do sakramentów. Oprócz katechetów, każda stacja posiada nadzwyczajnego szafarza Komunii św., przewodniczącego liturgii oraz osobę odpowiedzialną za kaplicę.

    - W większości ludność mojej parafii jest chrześcijańska. Jednak dużym wyzwaniem w pracy misyjnej w Papui są sekty, z których najbardziej agresywną są Adwentyści Dnia Siódmego. Oprócz sekt w Papui-Nowej Gwinei działalność misyjną prowadzą również Kościół luteranski i anglikanie - dodaje.

    Tym, co zaskoczyło pozytywnie misjonarza, jest fakt, że miejscowi szukają tutaj Boga i dlatego zadają bardzo dużo pytań na tematy religijne. - Papuasi, od dzieci do najstarszych, bardzo pięknie śpiewają, a wszystkie części Mszy św. wykonują na głosy, pieśni znają na pamięć. Większość dnia ludzie spędzają w ogrodach, uprawiając słodkie ziemniaki, tapiok i banany oraz łowiąc ryby, których nie brakuje w ciepłych wodach Morza Bismarcka. Z tego powodu w duszpasterstwie trzeba uwzględniać pory dnia. Jednak gdy ludzie wiedzą, że do kaplicy ma przyjść kapłan, aby sprawować Mszę, pozostawiają pracę i przychodzą bardzo licznie na nabożeństwo - opowiada misjonarz.

    Ks. Grzegorz mówi, że Papuasi posiadają bardzo liczne rodziny. Pewnym fenomenem są miejscowości, gdzie jest 50 rodzin, a szkoła liczy do 600 dzieci. Czymś charakterystycznym dla wiosek jest budowanie specjalnych domów dla chłopców - „houseboy”, gdzie dorastający chłopcy w wieku 12 lat uczą się tradycji plemiennych i zwyczajów.

    - Mimo że ziemia w mojej parafii ma ogromne zasoby energii, którą można przetworzyć na elektryczność, ludzie nie mają elektryczności. Energię elektryczną dla plebanii i kościoła produkuje przez 2 godziny wieczorem generator. Parafia nie posiada też wodociągów. Woda do picia gromadzona jest w „tankach” albo przynoszona z rzek, gdzie odbywają się również mycie naczyń, pranie i codzienne kąpiele. Problemem jednak jest pora sucha, gdzie deszcz, jak w tym roku, nie padał przez 5 miesięcy - opowiada misjonarz.

    - Tak w dużym skrócie wygląda praca misyjna tutaj, na miejscu. Zachęcam jednak wszystkich sympatyków misji w diecezji do podjęcia modlitwy w intencji misji, za którą już z góry dziękuję - podsumowuje pierwszą relację misyjną ks. Grzegorz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół