• facebook
  • rss
  • Pobudka z nożem

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 32/2015

    dodane 06.08.2015 14:00

    Budził ją w środku nocy uderzeniem w brzuch, splot słoneczny, bo… miał taki kaprys. Dla niego to była swoista rozrywka. Po 7 latach gehenny z mężem oprawcą postanowiła skończyć z tym.

    Trafiła do Stowarzyszenia „Kobiety Wobec Przemocy Alkoholowej w Rodzinie”, działającego przy parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Tarnobrzegu.

    płacz podczas ślubu

    – Koleżanki w pracy zorientowały się, że coś jest nie w porządku. Powiedziały, że mi pomogą. Jeszcze wtedy zaprzeczałam. Ale któregoś dnia nie wytrzymałam i mimo zakazu wyjawienia tego, co się w domu dzieje, powiedziałam wszystko teściowej – wspomina pani Małgorzata (nazwisko znane redakcji). – O biciu, znęcaniu się psychicznym, zastraszaniu. Przyjechała, by porozmawiać z synem. Po jej wyjeździe wpadł w szał, chwycił dużą szafkę, by rzucić nią we mnie. Gdyby nie mój przeraźliwy krzyk, który przywołał sąsiadkę, dzisiaj nie byłoby mnie tutaj. Nie rozmawiałybyśmy, leżałabym bowiem na cmentarzu, a moja córka byłaby sierotą.

    Wówczas coś we mnie pękło i wysypała się ze mnie lawina myśli, że koniec z tym, zaczynam walkę o siebie i córkę, chociaż byłam wrakiem psychicznym i fizycznym. Pierwszy raz płakała przez męża w najszczęśliwszym dniu – dniu swego ślubu. Potem było tylko gorzej. Mąż okazał się psychopatycznym sadystą. Potrafił budzić ją w nocy, rzucając nożami koło jej głowy. Potem rzucał wszystkim, co miał pod ręką: żelazkiem, garnkiem, motyką.

    Koszmar

    – Wiem teraz, że to była głęboka depresja, zaczęły nawet pojawiać się myśli samobójcze – mówi o swojej historii pani Katarzyna (nazwisko znane redakcji). – Mąż nie pił, wykańczał mnie psychicznie, chciał ze mnie zrobić wariatkę, zresztą rozpowiadał o tym różnym znajomym, nawet w sądzie starał się udowodnić moje niezrównoważenie. Pani Katarzyna była tak zakochana, że przez ładnych kilka lat patrzyła na swego ukochanego, potem męża, przez różowe okulary. To była jej pierwsza miłość. Zanim się pobrali, spotykali się przez kilka lat. Pierwsze dziecko pojawiło się cztery lata po ślubie. – Mieliśmy więc ten czas tylko dla siebie – opowiada. – Potem na świat przyszło drugie dziecko. Ale już było jakieś pęknięcie, bo nie spodobał mu się sposób, w jaki oznajmiłam, że jestem w ciąży. Tuż po urodzeniu mąż zaczął na coraz dłużej znikać z domu, tłumacząc się pracą albo że zasnął w garażu. A on zwyczajnie już wtedy mnie zdradzał. Potem, kiedy zdrady wyszły na jaw, potrafił wyjść z domu i nie pojawiać się przez kilka, a nawet kilkanaście dni. Wybywał z kolegami, swoimi flamami na rozrywkowe wypady. Mimo prób ratowania małżeństwa ze strony pani Katarzyny, skończyło się najpierw wnioskiem a alimenty, bo mąż przestał się dokładać do wspólnego jeszcze gospodarstwa, a później batalią sądową o uzyskanie rozwodu. – W sądzie spotkałam się z byłym mężem 32 razy – mówi pani Katarzyna. – To była gehenna, przed rozprawami wymiotowałam żółcią. Schudłam, wyglądałam jak kościotrup. Mąż miał szerokie znajomości, ale udało się – dodaje z dumą. Dzisiaj nie ma śladu po tamtych przejściach. W sportowym, młodzieżowym stroju, z subtelnym makijażem i uśmiechem w ogromnych oczach jest jeszcze jednym przykładem, że zawsze jest czas na szczęście.

    Uwolnienie

    – Już nie pamiętam, skąd wzięłam adres stowarzyszenia – wspomina. – Kiedy po raz pierwszy tutaj przyszłam, byłam przerażona. Miałam taką nierealną nadzieję, że już po pierwszej wizycie wszystkie problemy, jak za pstryknięciem palcami, znikną. Nie zniknęły, ale otrzymałam to, co okazało się bezcenne – zrozumienie i pomocną dłoń. – Bez wsparcia pani Oli i innych osób ze stowarzyszenia nie wiem, czy przebrnęłabym przez to wszystko – dodaje. – Wiele kobiet tkwi w toksycznych związkach przez lata – mówi Anna Pytel, psycholog współpracująca ze stowarzyszeniem. – Boją się zmiany, boją się, że sobie nie poradzą. Niejednokrotnie rodzina wywiera na nie presję, że to wstyd, by rozwodzić się, wyciągać wewnętrzne sprawy małżeństwa. Dlatego niektórym decyzja o zmianie przychodzi bardzo trudno. Najtrudniej jest w przypadku kobiet o osobowości uległej, łatwo współuzależniającej się. My nikogo na siłę do niczego nie zmuszamy, decyzja o odejściu, poddaniu się terapii musi być podjęta indywidualnie i samodzielnie przez kobietę. Stowarzyszenie „Kobiety Wobec Przemocy Alkoholowej w Rodzinie” – niech to ostatnie słowo nie zmyli, chodzi bowiem o wszelki rodzaj przemocy, działa od 1993 roku. W tym czasie pomogło setkom rodzin, kobiet, dzieciom. – Nie zapominajmy, że każda przemoc dotyka także dzieci, jeśli nawet nie jest skierowana bezpośrednio do nich – mówi Anna Pytel. – Niestety, dzieci z rodzin o nieprawidłowym funkcjonowaniu powielają w dorosłym życiu te same wzorce. Dlatego kobieta decydująca się zerwać toksyczny związek czyni wyłom dający jej potomkom szansę na normalne życie, tworzenie prawidłowych relacji rodzinnych. Stowarzyszenie stanowi pierw- sze ogniwo łańcucha organizacji, instytucji służących pomocą. – Dzisiaj wiem, że żyję. Odzyskałyśmy z córką spokój – mówi pani Małgorzata, młoda, ładna, zadbana i uśmiechnięta kobieta. – Uwolniłam się całkowicie od byłego męża – mam rozwód cywilny, a także kościelne unieważnienie małżeństwa. Punkt konsultacyjny SKWPAwR czynny jest w każdy wtorek i czwartek w godz. 17–19, w budynku (naprzeciw plebanii) przy ul. Konstytucji 3 maja 11.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół