• facebook
  • rss
  • Nie pal, Franek!

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 32/2015

    dodane 06.08.2015 14:00

    Czasami, kiedy nie wie do końca, co dana grafika przedstawia, mówi krótko, że to UFO.

    Zdarza się, że patrząc na odbitkę, stwierdza, że zdecydowanie bardziej interesująco prezentuje się po odwróceniu o 180 stopni. – Wówczas poziom jej abstrakcji zwiększa się i tak powstaje UFO – śmieje się Stanisław Świeca, stalowowolski artysta, który obchodzi 40-lecie pracy twórczej. Mimo, a może raczej dzięki tym czterem dekadom wciąż ma głowę pełną pomysłów na kolejne prace. A technika, jaką stosuje, nie należy ani do łatwych, ani do lekkich, dosłownie rzecz ujmując. Artysta wybrał rzadko stosowany gipsoryt, w dodatku kolorowy, co zdecydowanie podnosi trudność wykonania.

    Designer, ale nie całkiem

    Stanisław Świeca pochodzi z Zarzecza koło Niska. W tamtejszej szkole podstawowej zdolności kilkuletniego Stasia dostrzegła nauczycielka plastyki, pani Mirecka. – Kiedy byłem w drugiej klasie, Polskie Radio ogłosiło konkurs na ilustrację książkową. Pani Mirecka wręcz zmusiła mnie, bym wykonał i wysłał swój rysunek – wspomina z uśmiechem pan Stanisław. – I otrzymałem wtedy swoją pierwszą nagrodę. To także ona namówiła go, by nie marnował talentu i kontynuował naukę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. Z wykształcenia jest designerem, ukończył bowiem Wydział Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uzyskując dyplom u prof. Zbigniewa Chudzikiewicza. – Nie bardzo mogłem się zrealizować w tym kierunku, chociaż 8 lat pracowałem niby w swoim zawodzie w Hucie Stalowa Wola, gdzie trafiłem w 1973 r. – wyjaśnia pan Stanisław. – Decydując się na studia w ASP, stwierdziłem, że z uwagi na możliwość znalezienia zatrudnienia i utrzymania się najlepszym kierunkiem będzie wzornictwo. Jednak już w trakcie studiów jego mistrz, prof. Józef Panek, dokładnie oglądając studenckie prace, stwierdził, że powinien przenieść się na wydział grafiki, bo tam jest jego miejsce. Myśl rzucona przez profesora zaczęła stopniowo kiełkować, wprawdzie potrzebowała kilku lat, ale kiedy już wybuchła, to z pełną mocą. Po ośmiu latach projektowania stoisk wystawienniczych dla huty, plakatów, ale również wykonywania zadań, które zupełnie nie miały nic wspólnego z jego fachem i zakresem obowiązków, w 1980 r. postanowił odejść z kombinatu i zdać się na własny talent.

    Dzieła z suszarni

    Jeszcze w trakcie pracy w hucie w wolnych chwilach zaczął rysować. Były to rysunki wykonywane tuszem. Nikomu ich nie pokazywał, nie wystawiał. Trafiały do szuflady jednak do czasu. W połowie lat 70. ub. wieku otrzymał zaproszenie na wystawę w rzeszowskim Biurze Wystaw Artystycznych. – Akurat żona jechała w delegację i zawiozła trzy moje rysunki – opowiada z uśmiechem artysta. – Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że otrzymałem drugie miejsce. I tak to się zaczęło. Wówczas zaczął swoje rysunki wystawiać, wysyłać na konkursy. Miłość do grafiki przyszła nieco później, ale jak już się pojawiła, to zawładnęła niemal całą twórczością pana Stanisława. – Technicznie nie była mi obca, na studiach bowiem zetknąłem się z nią – wyjaśnia grafik. – Zacząłem od linorytu, później jednak podniosłem poprzeczkę i postanowiłem sięgnąć po coś trudniejszego – gipsoryt. Zresztą mój profesor z akademii Ryszard Otręba wykonywał gipsoryty, ale czarno-białe, a ja postanowiłem wzbogacić je o kolor. By powstał kolorowy gipsoryt, musiałem wykonać, w zależności od ilości barw, trzy, cztery matryce, które odbijałem ręcznie. Nie można stosować prasy, gdyż matryce są bardzo kruche. Jest to bardzo pracochłonna technika. Pan Stanisław swoją pracownię ma w piwnicznej suszarni w bloku. Kiedy próbował malować obrazy, miał problem z pomieszczeniem sztalug. Nie było wyjścia i musiał je poprzycinać, a malował na siedząco. Kolejne grafiki oraz rysunki znajdują swoje miejsce w szufladach szafy stojącej w pracowni. – Kiedyś przyszedł do mnie Tadeusz Szymański (który zmarł niestety w zeszłym roku) i zaczęliśmy wyciągać to wszystko, co trafiło do szuflad. Upłynął nam niemal cały dzień. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jest tego tak dużo.

    Wystawy i nagrody

    – Ks. Franciszek Dziedzic, dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Rzeszowie, mój kolega z liceum, poprosił mnie o zrobiebie wystawy. To było dwa lata temu. Przywiozłem sporo swoich prac, które po oprawieniu i oszkleniu zawisły w salach muzeum. Na jedną tylko Franciszek się nie zgodził, gdyż nosiła tytuł „Nie pal Franek” – śmieje się pan Stanisław. – Niestety, ks. Franciszek jest palaczem. Ale na stalowowolskiej wystawie można ją obejrzeć. W Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli do końca sierpnia można bowiem zwiedzić wystawę prac Stanisława Świecy, która jest kolejną indywidualną ekspozycją artysty w jego bogatym dorobku. – Ekspozycji autorskich mam ok. 20, zaś zbiorowych chyba ze 200 – informuje artysta. Za swoją wyjątkową twórczość pan Stanisław był wielokrotnie nagradzany, zarówno na konkursach, plenerach w Polsce, jak i za granicą. W 2001 r. za linoryt „Love” otrzymał regulaminową nagrodę na 21 Mini Print Internacional de Cadaques, organizowanych w Hiszpanii, gdzie później została zorganizowana jego wystawa indywidualna. Prace pana Stanisława można spotkać w wielu muzeach oraz galeriach krajowych i zagranicznych, w tym m.in. w Taller Galeria Fort w Hiszpanii, Mc Cormack Galery w USA, Metskim Kulturnim Stredisku w Gelnicy na Słowacji. Artystyczne geny pan Stanisław przekazał jednej ze swoich córek Małgorzacie Bąk, która oprócz zajmowania się konserwacją dzieł sztuki sama tworzy i wystawia grafiki, obrazy, doceniane przez krytyków i publiczność.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół