• facebook
  • rss
  • Boso, ale z „Bukiem”

    Marta Woynarowska

    |

    Gość Sandomierski 30/2015

    dodane 23.07.2015 00:15

    Kultura ludowa. – Ja już taka jestem z rodu Ciejkowego, że śpiewam i tańczę do rana białego – mówi Zofia Wydro, członkini Zespołu Obrzędowego „Lasowiaczki” z Baranowa Sandomierskiego.

    Zamiłowanie do śpiewu mam po tacie. Od małego śpiewałam. W domu było nas ośmioro – cztery siostry i czterech braci, i wszyscy pięknie śpiewali, mówię śpiewali, bo niestety dwóch braci już nie żyje. Ale tato to był dopiero prawdziwy śpiewak, jak zresztą wszyscy z rodziny Ciejków. Jego najmłodszy brat śpiewał o tercję wyżej niż Kiepura. Niestety, zmarł, mając zaledwie 32 lata – opowiada Zofia Wydro.

    Z mlekiem taty

    Bracia Ciejkowie pracowali na poczcie, wozili przesyłki konnym wozem z Baranowa Sandomierskiego do Tarnobrzega. Kiedy zbliżała się godzina wyjazdu, mieszkańcy miasteczka wybiegali na ulice, by posłuchać ich śpiewu, bez względu bowiem na pogodę całą drogę towarzyszyły im piosenki. – Opowiadała mi o tym pani Maria Kozłowa, założycielka naszego Zespołu Obrzędowego „Lasowiaczki”, a i tata też czasami wspominał – opowiada pani Zofia. – I ten śpiew był ciągle obecny – w domu, w polu, w szkole i naturalnie w kościele. Najwięcej śpiewało się podczas darcia pierza, a było co robić, bo były nas w domu cztery panienki i każdej należało zapewnić odpowiednie wiano, w tym obowiązkowo pierzynę i poduszki. Dlatego mama hodowała dużo gęsi. Kto je pasł? Ano Zosia, bo była najmłodsza. Po powrocie ze szkoły zabierała stadko i pędziła je pod pobliski lasek zwany plantami, wyśpiewując znane śpiewki, zasłyszane w domu albo poznane w przedszkolu, później w szkole. Śpiewała też w chórze i grała w jasełkach, które tato każdego roku organizował w miejscowym kościele parafialnym. Ojciec pani Zofii przez 60 lat prowadził miejscowy chór parafialny, śpiewał również podczas Rorat, Gorzkich Żali i innych nabożeństw. Kiedy nastawał nowy organista, proboszcz obowiązkowo informował go, że za śpiew odpowiedzialny jest pan Ciejka. Każdy się z nim liczył. – Mogę powiedzieć, że śpiewanie wyssałam nie z mlekiem matki, ale taty – śmieje się pani Zofia. – Bo to wszystko po Ciejkach. I tak mi weszło w krew, że bez śpiewu ani rusz. Śpiew i ja to jedno. Cieszy mnie, daje ogromną radość i inspirację.

    Zaciąg z motocykla

    – Do zespołu zaciągnęła mnie Hanka Rzeszut – wspomina pani Zofia. – Jechała kiedyś na motocyklu, bo pracowała jako inseminatorka, zobaczyła mnie i zatrzymała. Akurat szłam z Piasków z rodzinnego domu, bo w rynku zamieszkałam po wyjściu za mąż. Nie znałam jej wtedy, a ona do mnie: „Ty jesteś ta Ciejkowa, co to śpiewa. Dzisiaj się u mnie baby pozłażą, to i ty przyjdź wieczorem, bo pani Maria Kozłowa, co ją z Machowa wysiedlili, zakłada zespół, to będziesz śpiewała”. Przyszłam do domu, mówię mężowi o rozmowie z Rzeszut, a on na to, żebym poszła. Pod nosem zaś dodał; „Ciekawe, co to za cyrk baby zakładają”. I tak to już trwa od 39 lat. Przez pierwsze lata spotkania odbywały się w domu Hanny Rzeszut, obecnie znanej powszechnie jako babcia Hania. Dopiero kiedy zbudowano siedzibę Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury, „Lasowiaczki” znalazły tam stałe miejsce. Pani Zofia występy zaczynała, zgodnie z sugestią szefowej zespołu, od wykonywania kołysanek. „Jesteś nadajna do tego, bo i najmłodsza, więc będziesz wyśpiewywać nad kołyską” – stwierdziła autorytarnie Hanna Rzeszut. Później doszły pieśni weselne, obrzędowe, żniwne, na Jana i wiele innych. Wszystkie miały jednak jeden wspólny mianownik – były to śpiewki lasowiackie. – Towarzyszą mi one do dzisiaj. Ale nie tylko te piosenki, także wiele innych, w tym cała masa pieśni kościelnych, bo przez wiele lat śpiewałam w chórze parafialnym. Jak mówi porzekadło: kto śpiewa, dwa razy się modli – podkreśla lasowiaczka. – Dlatego jak się mnie ktoś pyta, czy należałam do jakiejś partii, to odpowiadam, że owszem, nawet do dwóch: do chóru kościelnego i „Lasowiaczek” – śmieje się pani Zofia. – Ale teraz już tylko do jednej, bo chór nie istnieje.

    Repertuar bez dna

    W tak rozśpiewanej rodzinie żadne spotkanie, uroczystość nie może obyć się bez piosenek. Śpiewane są i ludowe śpiewki, i patriotyczne, żołnierskie, a nawet zdarzają się religijne. – Zjeżdżamy się gromadnie na każde imieniny, urodziny, święta, by spotkać się w rodzinnym gronie i razem, jak to jeszcze za życia rodziców bywało, wspólnie pośpiewać – mówi Zofia Wydro. A że repertuar mają bogaty, to i mogą siedzieć choćby do białego rana. – Jak jedziemy z „Lasowiaczkami” na występy lub jakąś wycieczkę grupową, to wszyscy się śmieją, że będzie wesoło i nienudno, bo dziewczyny od Ciejków to znają tyle piosenek, że choćby im przyszło śpiewać przez cały dzień, to ani jednej nie powtórzą – opowiada pani Zofia. – Większość z nich znamy dzięki mojemu tacie, który przekazał je nam. Ale czasami sama się dziwuję, skąd mi się biorą te śpiewki. Niestety, zdarza się, że człowiek zapomni z czasem część utworu i w pamięci pozostanie jedna czy dwie zwrotki, bo reszta ucieka. Dlatego zaczęłam spisywać je, by zostały dla następnych pokoleń. Żałuję, że tata nie zapisywał, bo niejedna piosenka odeszła razem z nim. Ale najlepszym sposobem jest ciągłe śpiewanie, bo dzięki powtarzaniu słowa utrwalają się w pamięci. W zespole pani Zofia wykonuje inny repertuar, na który składają się stare, archaiczne śpiewki lasowiackie. – Są to utwory o smutnej nucie, pełnej tęsknoty, a wynika to z tego, że wiązały się z szumem lasu, zbóż, pluskiem płynącej rzeki, śpiewem ptaków – wyjaśnia lasowiaczka. – Poza tym był to lud ubogi, słabe ziemie nie dawały bogatych plonów. Niejeden raz głód zaglądał do brzucha. Pani Maria Kozłowa uczyła nas i uczulała, że mamy być wierne i autentyczne w tym, co przedstawiamy.

    Bosonoga multilaureatka

    Dlatego od lat pani Zofia występuje na scenie boso. – Kto tam na co dzień nosił buty? – pyta. – Zakładało się je w niedzielę do kościoła, no i jak nastały zimna. Ale latem, gdy było ciepło, chodziło się boso, przecież tu było biednie. Wystarczy spojrzeć na lasowiackie stroje – skromne, uszyte ze zwykłego płótna, ręcznie tkanego, ozdobione skromnym czerwonym haftem, w którym przewija się stały motyw – lasowiackie serce. I w takich bluzkach, spódnicach, zapaskach i chustkach na głowach prezentują się przed często kilkutysięczną publicznością. – Dwa lata temu występowałam na przeglądzie w Bydgoszczy, gdzie zdobyłam pierwsze miejsce – opowiada pani Zofia. – Bardzo ucieszyła się z tego faktu moja starsza siostra, mieszkająca tam, bo jeszcze nigdy nie miała okazji widzieć mnie i słyszeć na scenie. Naturalnie wyszłam na bosaka, zaśpiewałam parę śpiewek. Po tym występie jeden z organizatorów powiedział do siostry: „Maria, to nie stać ciebie, żeby siostrze kupić buty? Tylko musi występować boso?”. Jak mi to powtórzyła, to stwierdziłam, że butów mam pod dostatkiem, za to może mi sprezentować prawdziwe korale. Na scenie pierwszy raz stanęła jako dziecko w jasełkach reżyserowanych przez swojego tatę. – Od tego poważnego, dorosłego już zetknięcia się ze scenicznymi deskami minęło 40 lat, a ja wciąż gram tę rolę – żartuje pani Zofia. – I wciąż nie mam dosyć. Pasja lasowiaczki z Baranowa Sandomierskiego przysparza jej też dodatkowych radości i satysfakcji w postaci coraz liczniejszych nagród, dyplomów, trofeów przywożonych z różnych ogólnopolskich festiwali, które zapełniają półki na regałach, zdobią ściany w przedpokoju. – Pierwszą nagrodę zdobyłam w Bukowinie Tatrzańskiej w 1993 r. na Sabałowych Bajaniach, czyli w Ogólnopolskim Konkursie Gawędziarzy, Instrumentalistów, Śpiewaków, Drużbów i Starostów Weselnych – wspomina Zofia Wydro. Przed paroma tygodniami zaś pani Zofia zdobyła drugie miejsce w kategorii solistów na 49. Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. Komisja konkursowa, w której zasiadają największe autorytety z dziedziny etnografii, muzyki ludowej, wśród 22 śpiewaków solistów dostrzegła i doceniła kunszt Zofii Wydro. – Takie nagrody bardzo cieszą, bo człowiek ma świadomość, że oceniają go prawdziwi znawcy, specjaliści – podkreśla z dumą lasowiaczka.

    Genetyczny śpiew

    Okazuje się, że śpiewem genetycznie obciążone zostały również kolejne pokolenia Ciejków. W zespole bowiem występują i śpiewają córka Agnieszka oraz dwie wnuczki – starsza, 14-letnia Ola Solarska i młodsza, 12-letnia Ola Wydro. – Córka zaczynała swoją „karierę” w „Lasowiaczkach” jeszcze jako malutkie dziecko – wspomina pani Zofia. – Leżała w kołysce, a ja śpiewałam kołysanki, których niestety nie lubiła, bo zamiast usypiać, płakała wniebogłosy. Mój tato żartował, że widocznie ma bardzo wrażliwe serce i wzrusza się tymi smutnymi kołysankami. W ślady mamy i cioci poszły obie Ole – które nieco później, ale jeszcze jako dzieci zaczęły swoją przygodę z baranowskim zespołem. Teraz, mimo „-nastu” lat, mogą poszczycić się już prestiżowymi laurami zdobywanymi na ogólnopolskich festiwalach i przeglądach, jak choćby na Sabałowych Bajaniach czy w Ogólnopolskim Festiwalu Dziecięcej Twórczości Folklorystycznej „Dziecko w folklorze” w Baranowie Sandomierskim.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół