• facebook
  • rss
  • Polska tatanka

    ks. Tomasz Lis

    |

    Gość Sandomierski 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Środowisko. Są naprawdę potężne, jednak nad wyraz spokojne i łagodne. Kiedyś przemierzały indiańskie prerie w Ameryce, dziś można je oglądać już z bliska. Nad kurozwęckim stadem bizonów zawisła jednak urzędnicza groźba likwidacji.

    Letnie słońce mocno przygrzewa. Idealny czas na safari. Wraz z Marcinem Popielem i panem Stanisławem wyruszamy na niezwykłą wyprawę między bizony. Na tylną platformę dżipa trafia jedyna nasza broń – dwa worki naturalnej paszy owsianej. Ruszamy w drogę. Podjeżdżamy pod solidne ogrodzenie, gdzie bramy strzeże nie tylko kłódka, ale i elektryczny pastuch. Po wjeździe na pastwisko brama się zamyka i zostajemy sam na sam ze stadem bizonów.

    Pionierzy tatanki

    Okolice Kurozwęk przez lata były zarządzane przez rodzinę Popielów, których przodkowie wybudowali piękny pałac i gospodarzyli na rozległych terenach rolniczych. Po wojnie majątek upaństwowiono, a w dawnych folwarkach powstała hodowla koni arabskich. Przez kilka dziesięcioleci pałac doprowadzono do ruiny. W domowej kaplicy przechowywano węgiel, a wytworne komnaty służyły za biura lub mieszkania dla pracowników PGR-u. Dopiero w połowie lat 90. potomkowie właścicieli mogli odzyskać zagrabione dobra. – Żal było patrzeć na to, co zrobiono z dziełem życia naszych ojców, ale chcieliśmy przywrócić blask temu miejscu i wrócić do dawnej świetności – opowiada Marcin Popiel. Wraz z rodzinnym pałacem odzyskał rozległe tereny rolnicze.

    Były to lata trudne dla polskiego rolnictwa, które przechodziło transformację z państwowego gospodarowania na rolnictwo indywidualne. – Wtedy przyszedł pomysł na hodowlę bizona, która w Europie już cieszyła się dużym powodzeniem. To był nasz pomysł na zagospodarowanie dużych pastwisk wokół pałacu. Rozpoczęły się wtedy trudne sprawy administracyjne. Po uzyskaniu pozwoleń z Ministerstwa Rolnictwa i Ministerstwa Ochrony Środowiska oraz władz samorządowych mogliśmy rozpocząć przygotowania do hodowli – dodaje pan Marcin. Powstały wtedy pastwiska, które wkomponowano w okoliczne łąki nad brzegiem przepływającej obok rzeki Czarnej. W 2000 r. na kurozwęckie prerie trafiły pierwsze bizony. – Przywieźliśmy wtedy 20 jałówek i 2 byki z największej hodowli w Europie „Bison d’Ardenne” w Belgii. Początkowo trwała kwarantanna. Po badaniach weterynaryjnych, które wypadły pozytywnie, mogliśmy rozpocząć hodowlę. Oczywiście nie mieliśmy doświadczenia, tylko wiedzę książkową. Uczyliśmy się bycia z bizonami każdego dnia – wspomina. Zwierzęta od początku wzbudzały sensację. Do Kurozwęk przybywały wycieczki szkolne oraz indywidualni turyści, którzy z bliska chcieli zobaczyć potężne zwierzę znane dotąd tylko z westernów lub zoo. Każdy mógł podziwiać potężne dwa byki i pasące się obok krowy, które już niedługo miały dać pierwsze bizonie potomstwo w Polsce. Tak indiańska tatanka zagościła w Polsce.

    Oko w oko z bykiem

    Czy bizon jest groźny? – pytam pana Marcina, gdy zbliżamy się do pierwszego stada. – Nie – odpowiada z uśmiechem. – To niezwykle spokoje i przyjazne zwierzę. Ma doskonały węch i słuch, ale bardzo słaby wzrok, dlatego będziemy mogli podjechać bardzo blisko. One wiedzą, że wieziemy im przysmak, a ponadto pana Stasia uważają niemal za swojego, bo on jest przy nich codziennie i znają jego zapach, więc możemy czuć się bezpiecznie – dodaje. Podjeżdżamy do głównego stada. Strzegą go ważące ponad tonę dwa wielkie byki. Obok nich stado krów w różnym wieku. Obecnie większa połowa prowadza już małe cielaki. Kilka matek jeszcze chodzi w zaawansowanej ciąży, oczekując narodzin małych bizoniątek. – To nasze główne stado – z dumą podkreśla pan Marcin. – Te dwa byki niekoniecznie się lubią. Muszą co roku w czasie rui rywalizować o względy krów. Każdy z nich nosi ślady zaciekłych walk o dominację w stadzie. Obecność dwóch byków zapewnia ich lepszą kondycję i poziom testosteronu podczas rui, co przekłada się na lepszą efektywność krycia krów – wyjaśnia hodowca. Obok matek brykają małe cielaki. Mają jasną sierść, która dopiero po pierwszym linieniu zamieni się w ciemne umaszczenie. – Co roku przychodzi na świat w naszej hodowli około 20 cieląt, które początkowo są przy matkach. Po kilku miesiącach, gdy są już samodzielne, odławiamy je i przechodzą do młodszego stada, gdzie dorastają wśród swoich starszych kolegów. Do głównego stada wrócą dopiero po około trzech latach, gdy będą mogły już z sukcesem rywalizować z dorosłymi o pożywienie – opowiada Marcin Popiel. Pan Stanisław opróżnia jeden z worków z owsianą paszą i jedziemy do drugiego stada. To właśnie tutaj dorastają młode bizony. Możemy czuć się bardziej bezpiecznie. Młode bizony biegną za samochodem, wiedząc, że za chwilę dostaną swój przysmak. – Każdy bizon ma swój numer hodowlany, a niektóre także imiona. W tym stadzie każdy wychowywał się pod moim okiem. Znam charakter każdego z nich. Jedne są bardziej płoche i ostrożne, inne całkiem łagodne. Nie można jednak zapominać, że to dzikie zwierze, i zawsze trzeba być ostrożnym – opowiada pan Stanisław.

    Bliźniacza historia

    Tej wiosny w kurozwęckiej hodowli już po raz trzeci na świat przyszły bizonie bliźnięta. To bardzo rzadkie przypadki, ale czasami się zdarzają. Bliźniacza ciąża nie niesie zagrożenia dla bizoniej mamy. Jednak los cieląt może różnie się ułożyć. – Najważniejsze są pierwsze chwile po wycieleniu. Jeśli cielęta urodzą się w bardzo krótkim odstępie czasu, jest szansa, że mogą równocześnie zacząć ssać matkę, która wtedy oferuje im najbardziej cenny pokarm, tzw. siarę. Jeśli drugi rodzi się po kilku godzinach, pierwszy cielak wyssie to, co najcenniejsze, i drugi nie ma dużych szans, by nabrać sił po narodzeniu. Jeśli jest słaby, stado bardzo szybko odrzuca go, sądząc, że jest chory, i może go nawet stratować – opowiada pan Marcin. W tym roku taka sytuacja zdarzyła się w kurozwęckiej hodowli. Mały cielaczek, który urodził się jako drugi z bliźniąt, był zdecydowanie słabszy i stado zaczęło go odsuwać od siebie. Na szczęście zauważyły to osoby nadzorujące i udało się go uratować. Jednak osierocony bizonek wymagał pomocy. Po przebadaniu przez weterynarza dostał odpowiednie środki wzmacniające. Teraz kilka razy dziennie pije kozie mleko z butelki. Maluch rośnie pod czujnym okiem dwojga studentów, którzy odbywają praktyki w bizonim gospodarstwie. – Gdy nie może doczekać się mleka, ssie nasze palce lub liże nas po nogach. Jeśli zbyt długo nie dostaje swojego przysmaku, delikatnie uderza głową o naszą nogę, przypominając, że nadeszła pora karmienia – opowiada Joasia, opiekunka bizonka. Malucha nazwano Popiołek, bo już niemal stał się członkiem rodziny państwa Popielów, właścicieli hodowli.

    Bizon kontra żubr

    W ostatnim czasie kurozwęcka hodowla stanęła przed widmem likwidacji. Regionalny dyrektor ochrony środowiska w Kielcach stwierdził, że stado bizonów żyjące w zamknięciu może stanowić zagrożenie dla rodzimego żubra. Urząd argumentuje swoją decyzję tym, że bizony mogą przenosić na żubry nowe choroby i pasożyty oraz że w wypadku ucieczki bizona z hodowli może dojść do niekontrolowanego krzyżowania się obu gatunków. – Nigdy nie mieliśmy przypadku ucieczki bizonów poza teren, w którym odbywa się hodowla. Stado jest stale monitorowane. Czasami zdarza się, że młode przedostanie się za ogrodzenie, ale szybko wraca do matki – opowiada pan Popiel. Właściciel stada bizonów odwołał się od decyzji dyrektora generalnego. Jednak na rozstrzygnięcie sprawy trzeba będzie poczekać kilka miesięcy, gdyż urzędnicy zawiesili wydanie wyroku. Uzasadnienie ekologów dotyczące likwidacji hodowli bizonów związane z zagrożeniem dla populacji żubra wydaje się trochę przesadzone. W całym województwie świętokrzyskim żubry nie występują, najbliższe stada znajdują się w oddalonej o kilkaset kilometrów Puszczy Białowieskiej lub w głębokich lasach bieszczadzkich. Jednak takie argumenty nie przekonują urzędników, którzy wydali decyzję, aby byki bizona były kastrowane, a matki krowy sterylizowane, zaś młode bizoniątka muszą zostać zabite. W efekcie ma to doprowadzić do likwidacji hodowli. Właściciel stada dementuje także sugestie, że hodowla bizonów kieruje się tylko względami biznesowymi i podwyższeniem atrakcyjności całego kompleksu pałacowego w Kurozwękach. – To nieprawda. Te zwierzęta są naszym oczkiem w głowie, dbamy o nie. Jednak jeśli sąd zdecyduje, że mamy zaprzestać hodowli bizonów, myślę, że niewykluczone jest zamknięcie kompleksu i jedyne, co pozostanie, to jego sprzedanie. My tych zwierząt nie pozwolimy zabić. Niech przyjdą urzędnicy i sami to zrobią – dodaje Marcin Popiel.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół